Drogi dzienniku,
Jestem ojcem na urlopie rodzicielskim, a mój mały Jasio ma już dwa i pół roku. Codziennie wędrujemy po naszej małej miejscowości wędrujemy wzdłuż głównej ulicy, przecinamy Rynek Kościelny, a po obu stronach znajdują się liczne sklepiki spożywcze i targowiska. Zgodnie z naszą tradycją kupuję Jasiowi obwarzanek z makiem, po czym siadamy na drewnianej ławce przed sklepem. Jasio z apetytem i nieokiełznaną euforią pożera wypiek, a ja chwytam chwilę oddechu.
Lubię obserwować przechodniów na bulwarze to dla mnie fascynująca rozrywka. Staram się po kroku, ubiorze i gestach odgadnąć ich zawód, myśli, marzenia i pośpiech. Czytam ich niewerbalne sygnały niczym otwartą książkę.
Ostatnio zauważyłem tam stałą parę eleganckiego starszego mężczyznę, wygląda na około siedemdziesiąt lat, i kobietę, której wiek trudno określić, ale wydaje się mieć od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu lat. Zadziwia mnie, iż nigdy nie widziałam jej bez świeżego makijażu nie potrafię nazwać jej babcią. W jej kosmetyczce znajdą się korektor, róż, tusz, kredka i neutralne cienie. Włosy podkreśla jasnym odcieniem blond i stylizuje w modną fryzurę muszelkę.
Zwracam uwagę na jej dłonie regularnie odwiedza salon manicure, a paznokcie mieni się od subtelnego francuskiego po ogniste czerwienie. W myślach nazywam ją złotą ważką.
Para często odpoczywa przy tej samej ławce, przy której my i Jasio codziennie się zatrzymujemy. Mężczyzna nosi imię Stanisław Kowalski, a jego żona Grażyna Nowak.
Ile razy mam ci mówić, Grażyno, iż nie powinno się rzucać kasztanami w przechodniów! przypomina jej Stanisław. Co byś powiedziała, gdybyś sama dostała kasztan w nogę?
Kochanie, to dopiero zabawa! Kasztany są moje ulubione, nie gniewaj się, żyjczku! odpowiada Grażyna, rozpraszając się śmiechem.
Dobrze, kupię ci gumową piłeczkę, żebyś mogła się bawić w domu, a ja schowam się w łazience proponuje Stanisław.
O nie, gra w piłkę w domu to nie to! Nie rozumiesz mnie, kochanie! wybucha Grażyna, przyciskając wargi.
Muszę cię pilnować, inaczej skończysz w szpitalu, a ja będę musiał przynieść ci lekarstwa. Nie zapomnij, iż robię gęstą zupę, a ty nie będziesz głodna. mówi Stanisław, żartując, iż nie pozwoli jej nie słuchać.
Ich dialogi są pełne humoru i czułości, a ja zawsze zastanawiam się, jak tak trwać przy siwych włosach. Stanisław wspiera Grażynę, podając jej rękę, a ona opowiada mu historie z pasją, od czasu do czasu stukając nogą.
Często obserwuję, jak Grażyna trzyma męża za rękę, patrzy mu w oczy i uśmiecha się z miłością, a on odpowiada:
Uważaj na nogi, Grażynko, już nie jesteśmy młodzi! Nie poślizgniesz się i nie złamiesz sobie kości.
I wtedy, siedząc razem na ławce, całują się, jakby byli młodymi kochankami, nie słysząc nic oprócz bijących serc.
Dzisiaj usłyszałem ich rozmowę:
Chodźmy po pastelowy błyszczyk do ust, może będzie promocja? Pójdziesz ze mną? pyta Grażyna.
Idź sama, będę czekał na ławce. Nie kupuj wszystkich pomadek, zostaw coś innym odpowiada Stanisław.
Jasio już skończył obwarzanek i podbiegł do mężczyzny. Stanisław wyciągnął z torby małą tabliczkę czekolady i podał ją dziecku:
Trzymaj, chłopcze, smacznego. Jak masz na imię?
Dziękuję, mój panie powiedziałem, podając rękę Jasiowi. Nazywam się Artur, a mój syn ma na imię Jasio.
Przepraszam, iż tak podglądam, ale jesteście wspaniałą parą. Jak udaje wam się tak ciepło trzymać? zapytałem z ciekawością.
Stanisław milczał, patrząc na opadające liście. Wiatr podniósł je i zakręcił w wir. Wtedy opowiedział:
Poznałem Grażynę jesienią, pięćdziesiąt pięć lat temu. Była w parku, zbierała barwne liście, podchodziła do każdego i uśmiechała się. Miałam na sobie podniszczone płaszcze, a w kieszeni trzymała pięć złotych monet. Dom miał tylko chleb z musztardą, a ona wciąż była radosna. Rozmawiała z kwiatami, dotykała czarnyberka i chryzantemy. Była jak ta jesień pełna ognia, siły, determinacji i piękna. Wielu ją podziwiało, ale wybrała mnie. Pokazała mi swoje prawdziwe ja, bez masek.
Nigdy się nie kłócicie? dopytałem.
Czasem, ale staramy się rozwiązywać nieporozumienia od razu. Nie warto trzymać urazy, życie jest krótkie, nie poświęcajmy go na drobne spory. Gdy kiedyś ją obraziłem, milczałem tygodniami i widziałem, jak cierpi. Zrozumiałem, iż te dni rozstania są jak liście zdmuchnięte przez wiatr nie wrócą. Lepiej wybaczyć i iść dalej.
Jasio podjadał czekoladę i słuchał naszej rozmowy.
Wiesz, kochanie, nie mogę bez ciebie żyć przyznał Stanisław. Gdybyś mnie zostawiła, nie wytrzymałbym. Gdy chorowałem, ty biegłaś po aptekach w śniegu, przynosiłaś leki, podgrzewałaś ręczniki i otulałaś mnie.
W tym momencie podeszła do nas zarumieniona Grażyna.
Nie ma takiej pomadki, której szukam westchnęła. Różowa, czerwona, liliowa nic mi nie pasuje.
Co trzymasz? Proszę, podaj mi rękawiczki, twoje palce są już lodowate zaproponował Stanisław, pomagając jej się rozgrzać.
Pożegnaliśmy się, a Jasio jeszcze długo machał w stronę odchodzącej pary. Zobaczyłem ich idących ramię w ramię po bulwarze nie dwoje, a jedną całość, utkane z cierpliwości, miłości i współodczuwania.
Patrząc na to wszystko, doszedłem do wniosku: umiejętność kochać z taką delikatnością to prawdziwa sztuka, której warto się uczyć.
Na koniec zapisuję sobie lekcję: nie czekaj, aż wiatr zabierze najcenniejsze liście pielęgnuj każdy moment, wybaczaj gwałtownie i nie pozwól, by drobne spory rozwijały się w burzę. Życie jest zbyt krótkie, by tracić je na niepotrzebny gniew.












