**Nie otwieraj drzwi tej, która wróciła z przystanku**

twojacena.pl 1 dzień temu

Ten deszcz wtedy nie był zwykły. Pamiętam, bo ojciec trzy razy powtarzał mamie, żeby wzięła parasol, a ona machnęła ręką, iż zdąży przed burzą. Nie zdążyła. Ostatni autobus do Nowej Huty uciekł jej sprzed nosa, została na przystanku przy alei Róż, sama, z torbą na ramieniu i mokrymi włosami przyklejonymi do czoła.

Stało tam jeszcze kilka osób, ale nikt się nie odzywał. Mgła szła od strony łąk, taka gęsta, iż latarnie wyglądały jak żółte plamy. I wtedy mama ją zobaczyła — dwadzieścia metrów dalej, pod wiatą przystanku. Kobieta w identycznym fioletowym swetrze, z identyczną torbą z tkaniny, choćby włosy spięte tak samo, z tym jednym pasemkiem, które zawsze wypadało jej zza ucha.

Mama pomyślała, iż to zbieg okoliczności. Uśmiechnęła się. Ta druga też się uśmiechnęła — w tym samym momencie. Nie sekundę później. W tym samym. Jak lustro.

Mama uniosła rękę. Nieznajoma uniosła swoją. Ludzie wokół gapili się w telefony, nikt nie patrzył. Mama zrobiła krok, potem drugi. Z bliska było gorzej. Zmarszczki takie same, blizna pod lewym okiem taka sama, choćby sposób, w jaki stawiała stopy — palce lekko do środka, jakby szła po linie.

— Kim jesteś? — zapytała mama.

Kobieta przechyliła głowę i odpowiedziała jej własnym głosem:

— Pytanie brzmi… kim ty jesteś?

Mama cofnęła się o krok. Podjechał autobus. Wsiadła, nie odwracając się. Dopiero gdy ruszył, spojrzała w okno. Tamta dalej stała. Uśmiechnięta. Nieruchoma.

Przechodnie przechodzili przez nią jak przez dym.

Do domu wróciła po dwudziestej trzeciej. Ojciec oglądał powtórkę skoków narciarskich, ja odrabiałem fizykę. Powiedziała tylko, iż zmarzła i iż zrobi herbaty. Nic więcej. Uznałem, iż miała ciężki dzień — pracuje w szpitalu na oddziale geriatrycznym, tam czasem pacjenci majaczą i człowiek wraca wykończony psychicznie.

Ale następnego dnia zaczęły się drobiazgi.

Zdjęcia z wakacji w Ustce stały na komodzie w odwrotnej kolejności. Mama przysięgała, iż nie ruszała ich od tygodnia. Potem zniknęła jej zupa pomidorowa — cały garnek. Ojciec twierdził, iż mama kazała mu ją wylać, bo „już się zepsuła”. Mama patrzyła na niego, jakby mówił po węgiersku.

— Nigdy niczego takiego nie powiedziałam.

— Marcinku, przysięgam, powiedziałaś.

Kolejnego wieczoru tata uparł się, iż mama obiecała mu odebrać buty od szewca. Mama nie była u szewca od miesiąca. To były głupstwa. Ale one się sumowały.

Ja pierwszy raz poczułem, iż coś jest nie tak, we czwartek. Siedziałem w salonie, słyszałem, jak pod prysznicem leci woda — mama poszła się wykąpać. Minutę później zobaczyłem ją, jak wchodzi do kuchni i nalewa sobie kawy. W ubraniu. Suche włosy.

— Mamo? — zdążyłem tylko tyle.

Spojrzała na mnie zdziwiona. W łazience woda dalej szumiała.

— Kto jest w łazience? — zapytałem.

— Nikt — powiedziała. — Pewnie sąsiad z góry spuszcza wodę.

Sąsiad z góry wyprowadził się w marcu. Stało tam puste mieszkanie, ojciec trzymał w nim skrzynki z narzędziami.

Poszedłem do łazienki. Woda leciała. Kabina była pusta, ale na lustrze, na środku, był odciśnięty ślad dłoni. Od środka. Jakby ktoś opierał się o szybę od strony, po której nikogo nie było.

Nie powiedziałem o tym nikomu. Powiedziałem sobie, iż to gra świateł, wilgoć, cokolwiek.

A potem była ta noc.

Obudziło mnie coś koło trzeciej. Coś jak kłótnia, ale zbyt cicha, zbyt równa, jakby dwie osoby starały się mówić tym samym głosem. Wyszedłem na korytarz. Drzwi na podwórko były uchylone, zasłona mokra od deszczu.

Za oknem, na trawniku między naszymi krzakami malin i starą studnią ojca, stały dwie kobiety. Obie w nocnych koszulach. Obie miały twarz mojej matki.

Jedna płakała. Ręce zwinięte w pięści, ramiona się trzęsły.

Druga patrzyła na nią i się uśmiechała. Bez słowa. Ten uśmiech — wiem, iż zabrzmi to głupio — ale on był jak z reklamy. Za szeroki o pół centymetra.

Jedna cofnęła się pod jabłoń, druga stała. Stały tak z dziesięć minut, nie odzywając się. Potem ta płacząca odwróciła się i odeszła w stronę furtki. Ta uśmiechnięta patrzyła za nią, dopóki tamta nie rozpłynęła się we mgle przy żywopłocie.

Rano w kuchni była tylko jedna.

Mama smażyła jajecznicę. Nakryła do stołu. Zawołała ojca po imieniu, jak zwykle, pogłaskała mnie po włosach, jak zwykle.

Nie wiem, która z nich wróciła.

Pytam o to każdego dnia, chociaż na głos nie mówię nic. Ojciec niczego nie zauważył. Dla niego wszystko gra. Ale ja patrzę.

Mama gotuje, mówi, śmieje się, przytula. Ale przestała patrzeć w lustro. W ogóle. W łazience przestawiła wszystkie przybory tak, żeby nie musieć podnosić wzroku. Myje zęby, wpatrując się w kran. Czesze się przy oknie, plecami do lustra. Kiedy mija przedpokój, odwraca twarz od tego dużego lustra, które ojciec kupił na raty w zeszłym roku.

Jedyne, co przy lustrze robi, to ściera ten ślad dłoni. Ale on wraca. Zawsze rano. Zawsze w tym samym miejscu.

Dwa tygodnie temu nie wytrzymałem. Stanąłem w łazience, kiedy szła w stronę sypialni, i zapytałem:

— Mamo, czemu nie patrzysz w lustro?

Zatrzymała się. Nie odwróciła głowy.

— Po co? — odpowiedziała. — Wiem, jak wyglądam.

— Wiesz, kim jesteś?

Chwila ciszy. Ojciec w salonie kazał ściszyć telewizor.

— Śpij już, Kubo — powiedziała cicho.

Kuba. To ona nadała mi to zdrobnienie, jak miałem sześć lat. Obca kobieta by go nie znała.

Ale tej samej nocy usłyszałem coś, co nie daje mi spać do dzisiaj. Szedłem z butelką wody, mijałem łazienkę. Zza zamkniętych drzwi, z drugiej strony lustra — nie z łazienki, tylko zza lustra — dobiegł szept. Przytłumiony, napięty, taki, jakby ktoś mówił z bardzo daleka:

**— Nie otwieraj… ta, która wróciła z przystanku… to nie byłam ja.**

Skręciłem klamką. Drzwi były zamknięte od wewnątrz. Zapukałem. Woda szumiała. Po chwili mama wyszła z ręcznikiem na mokrych włosach i rzuciła ze śmiechem, iż znowu przysnąłem na kanapie i gadałem przez sen.

Ale ja nie spałem.

Dziś jest sobota. Mama zabrała ojca na działkę, została na noc. Siedzę w domu sam i muszę coś zrobić.

Znalazłem jej telefon. Musiałem. Wiem, iż bezczynność nic nie da. Otworzyłem galerię i odszukałem zdjęcia sprzed tego deszczowego wieczoru. Długo na nie patrzyłem.

A potem zobaczyłem coś, czego wcześniej nie zauważyłem.

Kilka dni przed tamtą nocą mama sfotografowała swoją twarz w lustrze w przedpokoju. Zwykłe selfie, sprawdzała nowe uczesanie. I w maju tego roku pozostało jedno selfie z tego samego miejsca. I jeszcze jedno z kwietnia.

Przysunąłem ekran do oczu, tak blisko, iż widziałem piksele.

Na każdym zdjęciu lustro odbija to, co powinno — ją, przedpokój, wieszak, drzwi.

Na żadnym z nowszych zdjęć nie ma ani jednego takiego ujęcia. Ani jednego odbicia.

Ale najgorsze jest inne. Ostatnie zdjęcie z tego wieczoru, zrobione tuż przed tamtym autobusem.

Mama patrzy w obiektyw. Uśmiecha się.

A za nią, w odbiciu szyby przystanku — tej, której nie powinno być.

Stoi tam, uśmiechnięta tak samo. Tylko iż ta na zdjęciu ma oczy całkiem czarne.

Nie usunę tego zdjęcia. Zaniosę je w poniedziałek na komendę przy Mogilskiej. Powiem, iż mam sąsiada, który się włamuje. Najpierw zobaczę, co zrobią. A jak nie zrobią nic, to wyjmę jeden szczegół, o którym nikomu nie mówiłem.

W dniu, kiedy zniknęła zupa pomidorowa, mama wróciła z pracy godzinę później niż zwykle. Zapytałem, czemu tak długo. Powiedziała, iż musiała wrócić po portfel.

Mam nagranie z kamery w sklepie spożywczym na rogu. Stanąłem tam z ojcem kupić papierosy, sprzedawczyni była miła, pokazała mi, bo prosiłem o sprawdzenie, o której mama płaciła za chleb.

Tamtego dnia mama była w sklepie o 17:03.

Problem w tym, iż ja widziałem, jak wchodzi do kuchni o 16:41.

I była sucha, chociaż na zewnątrz lało jak z cebra.

W szafce pod zlewem znalazłem zegarek, który mama dostała na czterdziestkę. Miała go na ręce w autobusie tamtej nocy. Ojciec mówi, iż zgubiła go w szpitalu we wtorek, na dwa dni przed tym wszystkim.

Wtorek. Zanim ktokolwiek widział tę drugą.

Mam pudełko po butach z jedenastoma rzeczami, których nie potrafię wyjaśnić. Rachunek z apteki z datą o tydzień wcześniejszą, którego mama nie zna. Pomadka w kolorze, którego nigdy nie używała. Pojedynczy kolczyk, który nie pasuje do jej dziurki w uchu, bo jest na gwint, a ona nosi wkręty.

Dwa tygodnie temu zamówiłem przez internet zamek do drzwi wewnętrznych. Do łazienki. Z kluczem. Przyjdzie w środę.

W środę wieczorem położę na korytarzu jej ulubione ciastka z budyniem z piekarni na Dąbrowskiego i zaproszę ją, żeby pooglądać serial. Zamknę drzwi na noc. I poczekam, aż ta druga spróbuje wyjść.

Bo o ile naprawdę słyszę ją przez lustro, to może dlatego, iż nie jest za lustrem.

Może jest w lustrze i to jej ślad zostaje na szkle.

A o ile to prawda, to nie chodzi o to, iż mama przestała patrzeć w lustro.

Chodzi o to, iż lustro przestało pokazywać mamę.

I dlatego zrobię coś, czego nie zrobiłby nikt, kto kocha swoją matkę mniej niż ja.

Zostawię w łazience list.

„Kocham cię. Wracaj. A jeżeli nie możesz — to nie otwieraj. Ja otworzę.”

A potem wrócę do pokoju, wezmę młotek ojca z szafki pod schodami i stanę przed lustrem w przedpokoju.

Nie po to, żeby je rozbić.

Po to, żeby tamta myślała, iż to zrobię.

I zobaczyć, która z nich pierwsza zawoła moje imię.

Idź do oryginalnego materiału