Nie nienawidzę Cię

twojacena.pl 1 dzień temu

adekwatnie nic się tu nie zmieniło.

Wera nerwowo skubała mankiet płaszcza i patrzyła przez okno taksówki na znajome od dziecka ulice te same, po których kiedyś biegała z Radkiem, śmiejąc się i snując szalone plany. Siedem lat. Siedem długich lat nie widziała rodzinnego Poznania.

Dojechaliśmy odezwał się kierowca, przerywając jej zadumę delikatnym, ale stanowczym tonem.

Taksówka zatrzymała się pod blokiem z wielkiej płyty. Wera odruchowo sprawdziła, czy ma telefon, sięgnęła po portfel, wyjęła kilka złotych, zapłaciła i wysiadła. Gdy drzwi trzasnęły, zamarła na chwilę, łapiąc powietrze rodzinnego miasta. Inne, niż w pełnej smogu Warszawie, gdzie teraz mieszkała. Ten zapach świeżo ściętej trawy z osiedlowego skweru, pieczonego chleba z maleńkiej piekarni i czegoś nieuchwytnego, co Polacy nazywają po prostu: dom. Serce ścisnęło jej się w piersi. Wszystko było naraz radosne i straszne, jakby nie wiedziała, czy zaraz zapadnie się pod ziemię, czy rozklei z sentymentu.

Miała wrócić tylko na kilka dni. Oficjalnie żeby odwiedzić mamę i popracować z nią nad bałaganem w dokumentach, które od lat leżały w szufladzie. Przecież matka sama sobie nie poradzi! Poza tym chciała zobaczyć, czy tramwajowa pętla i kiosk z gazetami wyglądają tak samo, jak w jej wspomnieniach. Ale gdzieś w środku wiedziała dobrze, iż powód jest zupełnie inny (i raczej nie chodziło jej o długi ZUS, choć to temat na osobny dramat narodowy). Chciała spotkać Radka. Tak, tego Radka! Może życie jeszcze da jej jakąś szansę? A nuż…

Wera orientowała się, iż Radosław mieszka niedaleko. Przy okazji spotkań ze wspólnymi znajomymi, czy podczas wymiany sucharów na Facebooku, jego nazwisko zawsze się przewijało. Nowa praca poważne stanowisko (wreszcie facet na swoim miejscu!), własne mieszkanie, ponoć choćby matkę przygarnął do siebie. Słysząc cokolwiek o Radku, oczami wyobraźni widziała jego sylwetkę, myślała, jak dziś wygląda, o czym marzy, czy jeszcze pije kawę codziennie rano (takiej szansy do romansu nie mogła przegapić studentka polonistyki). gwałtownie jednak odpychała te myśli, uciekając od nich jak diabeł od święconej wody.

***************

Następnego dnia Wera wybrała się na spacer po centrum. Bez planu po prostu chciała poczuć miasto, zerkać w witryny, odkurzyć stare wspomnienia. O, jest kiosk, w którym kupowała Bravo Girl, tam ławka pod topolą godzinami siedziała tam z dziewczynami po lekcjach, zjadając chipsy z Biedronki. W kawiarni na rogu po raz pierwszy wylała sobie na bluzkę cappuccino w dniu pierwszej randki. Cudowne, iż nie musiała płacić za to odszkodowania w rublach, bo kawaler nie doczekałby się takiej sumy.

I wtedy go zobaczyła.

Radosław szedł drugą stroną ulicy, zapatrzony gdzieś przed siebie, pewnie rozmyślając nad losem Narodu albo przynajmniej rozważał, jak przechytrzyć promocje w Lidlu. Wera zamarła. Wszystko w niej przewróciło się do góry nogami. Nie zmienił się prawie wcale ten sam wzrost (nadal trochę za wysoki do tańca w pociągu), ta sama charakterystyczna lekkość ruchów, fryzura jak na starych zdjęciach.

Nie mogąc się powstrzymać, przeleciała przez ulicę niczym polski łowca okazji przez wyprzedaż. Sygnał świetlny migał już na żółto, ktoś w oddali zatrąbił, ale ona gnała przed siebie, serce biło jej jak oszalałe.

Radek! wykrztusiła, dopadając do niego pod Żabką.

Głos, choć przypominał raczej piski zarzynanego nietoperza, wyraźnie jej drżał. Radosław odwrócił się i… tyle. Zero entuzjazmu. Zero złości. Zero wszystkiego.

Wera? powiedział spokojnie, po prostu stwierdzając fakt, jakby właśnie zobaczył sąsiadkę z parteru.

Ten ton chłodny, beznamiętny zabolał gorzej niż kubeł zimnej wody z Wisły. To, co kisiło się w niej przez siedem lat, nagle wylało się na zewnątrz. Oczy zaszły łzami. Głos się załamał.

Radku, ja tak bardzo żałuję wyjąkała Wera. Wiem, iż nie mam prawa, ale tu się rozszlochała na dobre. Kocham cię. Wciąż. Przepraszam cię. Wybacz mi, błagam!

Mówiła chaotycznie, szybko, jakby od tego zależało jej następne życie. Wśród dziesiątek myśli w głowie wybrzmiewało tylko jedno: muszę to powiedzieć.

Rzuciła mu się na szyję, ściskając mocno, jakby tym gestem mogła cofnąć czas. W tej jednej chwili nie liczyło się już nic ani ulica, ani przechodnie, ani ich lata. Liczyło się tylko to, iż jeszcze może być blisko, iż jest cień szansy.

Radosław nie odsunął się natychmiast. Przez ułamek sekundy wydało się jej, iż zawahał się, ramiona lekko drgnęły, może choćby miał ochotę odwzajemnić uścisk To dało jej resztki nadziei może jeszcze coś się da naprawić, może on też ciągle trzyma w sercu wspomnienia Może naprawdę jeszcze mają przed sobą przyszłość?

Ale trwało to tylko moment. Radek pewnie objął ją za ramiona, stanowczo, ale delikatnie odsunął. Jego twarz pozostawała spokojna niemal bez wyrazu, wzrok chłodny. Nie widziała w jego oczach chłopaka, z którym śmiała się do łez i obiecywała sobie rzeczy wielkie. Patrzył na nią dorosły facet, szczelnie zamknięty w sobie.

Spadaj wyszeptał jej do ucha.

Powiedział to tak obojętnie, jakby czytał prognozę pogody, a ona była dla niego kimś totalnie obcym.

Nienawidzę cię dodał i tylko wtedy spojrzał na nią z jawną odrazą.

Odwrócił się i poszedł. Ani razu się nie obejrzał. Wera została jak zamurowana. Ludzie szli, gdzieś w oddali płakało dziecko, samochody stały w korku pod Castoramą, a ona stała jak wryta, nie wiedząc kim jest i jak do tego doszło. Dopiero odgłos jego oddalających się kroków i własny, urywany oddech wcisnęły ją z powrotem w rzeczywistość.

To już koniec. Na zawsze powtarzało jej się w głowie.

Bezmyślnie powlokła się do domu. Kroki stawiała mechanicznie, ledwo ciągnąc nogi. W głowie huczało echo tych kilku słów.

W mieszkanku matki choćby nie próbowała czegokolwiek tłumaczyć. Przeszła bez słowa przez przedpokój, usiadła przy stole i jak automat wpatrywała się w szybę. Mama, widząc jej poszarzałą twarz i zapuchnięte oczy, tylko westchnęła cicho (pewnie spodziewała się tego dłużej niż Wera), postawiła wodę na herbatę i zostawiła ją z jej dramatem.

Nie wybaczył wyszeptała Wera, ściskając w drżących rękach parujący kubek herbaty. Par szczypał ją w twarz, ale ona tego choćby nie czuła. Gapiła się w bursztynową herbatę jak w szklaną kulę może tam miała zobaczyć jakiś znak?

Mama przysiadła się do niej, gładząc ją po ramieniu. Ten dotyk miękki, znajomy, bez słowa przeniósł Werę prosto w czasy, gdy rozbijała sobie kolana na podwórku i wracała z hukiem, żeby płakać mamie w fartuch.

Przecież wiedziałaś, iż tak będzie powiedziała cicho, nie z wyrzutem, tylko z rezygnacją.

Wiedziałam kiwnęła głową dziewczyna. Zabrzmiała, jakby w głowie miała to zdanie już od wieków. Ale miałam nadzieję. Głupie, co nie?

Nie głupie delikatnie zaprzeczyła mama. Po prostu zdecydowałaś za siebie. Zrobiłaś Radkowi dużą krzywdę. On naprawdę długo nie mógł się pozbierać Był jak ten Kaj z baśni Andersena. Nikt nie sięgnął potem jego serca.

Głęboki oddech, kubek odstawiła na stół. Obrazy sprzed siedmiu lat same pojawiły się przed oczami.

To miało być takie proste. Miała wtedy dwadzieścia dwa lata czas, kiedy życie jawi się jako pasmo niekończących się możliwości. Radek złoty chłopak, można go zaciągać choćby z rozgrzebanej budowy na randkę, a on zawsze przyjdzie. Słuchał, pomagał, podtrzymywał na duchu.

Ale był jeden problem lub, jak jej się wydawało, problem. Pracował fizycznie, uczył się zaocznie, marzył o własnej firmie. Plany miał, tylko czasu brakowało na wszystko. A ona ona nie chciała czekać.

Nie marzyła o bogactwie. Nie. Chciała mieć spokój: wiedzieć, iż za rok czy dwa nie zamieszka pod mostem, iż będzie gdzieś jej miejsce, iż życie nie rozpadnie się jak domek z kart przez jakieś kredyty. A z Radkiem wszystko było nazbyt niepewne wieczne chałtury, wieczorna nauka, wieczne kiedyś się uda.

I kiedy wujek z Warszawy zaproponował jej pracę w swojej firmie, zgodziła się bez wahania. Przecież to była szansa życia.

Była też inna prawda ta, którą starała się wymazać z pamięci. W tym samym okresie, zaraz po przeprowadzce, poznała Igora. Przedsiębiorca, starszy o pół życia, z manierami godnymi filmu o mafii i portfelem na grubość cegły. Zaczęło się od drobiazgów: kwiatki z kartką dla najpiękniejszej, potem wyjścia do drogich knajp, spektakle, kolacje przy świecach, a między tymi wszystkimi lepszymi światami drogie prezenty, szale z kaszmiru i biżuteria, na którą normalnie patrzyła przez szybę. Igor umiał wywołać wrażenie, iż świat leży u jej stóp i lepiej żeby się do tego przyzwyczaiła.

Na początku stawiała opór. Ale czy Polka długo odmawia rogalikom z wyższej półki? Wszystko to było jak sen. Nowe życie, brak trosk, wystarczy przesunąć kartą i już czeka kawior (no, może nie kawior, ale łosoś z promocji to już coś!). gwałtownie przywykła do tej rzeczywistości. Do tego stopnia, iż Radek, ze swoimi bujnymi marzeniami, choćby nie miał szans w tej konkurencji. Przestała o nim myśleć, rozmawiając o nim coraz bardziej z pogardą: co, biedak, i tak niczego nie osiągnie.

Gdy po kilku miesiącach wróciła do Poznania, nie po to, by się z nim pogodzić. Chciała mu pokazać: Widzisz, można wyjść na ludzi!. Wybrała się do kawiarni, gdzie Radek lubił siadać po pracy. Sukienka z metką, pierścionek z brylantem, torebka kosztująca tyle, co miesięczny czynsz w kawalerce. Gdy wszedł, obrzuciła go spojrzeniem jego mina, gdy ją zobaczył, była bezcenna: od zaskoczenia przez ból, aż po takie nieśmiałe może zmyliłem osobę?. Utrzymała spojrzenie, jakby była finalistką konkursu Eurowizji. Wtedy uwierzyła, iż wygrała. Wybrała lepiej. Wygrała życie!

Ale kiedy Radek wyszedł, a ona została przy oknie, tłumacząc nowemu facetowi coś o przewagach Prosecco nad szampanem, ten spektakl gwałtownie ją zmęczył. Pierścionek, torba, choćby własny partner nagle to wszystko zamieniło się w zwykłe rekwizyty. Poczuła pustkę, której nie da się zapełnić ani biżuterią, ani nową fryzurą.

**************

Ta wygrana bardzo gwałtownie okazała się gorzka nie zorientowała się od razu, ale z dnia na dzień wszystko stawało się coraz bardziej oczywiste. Igor coraz mniej przypominał filmowego amanta: raz po raz do Werki docierało coś o zadbaj lepiej o siebie, nie śmiej się tak głośno, bo to wieśniackie, twoi znajomi są trochę za mało ekskluzywni. Coraz więcej czasu spędzała sama, coraz mniej było magicznych wieczorów, coraz więcej ignoranckich wiadomości typu: kup sobie coś na mieście, ja dziś nie wracam.

Wera tłumaczyła go sobie jak typowa Polka w kryzysie: ma stres, jest zmęczony, niech mu będzie. Chciała wierzyć, iż to przejściowe, iż można wszystko naprawić, iż może niepotrzebnie jest wymagająca. W głębi wiedziała jednak doskonale: stała się zabawką, przelotną atrakcją sezonu. Kiedy nowość minęła, stała się niewidzialna.

Męczyła się z Igorem, bo nie chciała przyznać przed samą sobą porażki. Jakby to było ogłosić światu, iż poświęciła miłość dla mirażu, a tamten ten od gruzów i zimnych wieczorów na dworcu to była jej największa wygrana?

W końcu choćby superdrogie ciuchy przestały cieszyć. Biżuteria leżała nieużywana, restauracje irytowały zapachy, które kiedyś wydawały się szczytem luksusu, teraz wywoływały mdłości. Siedząc samotnie w wynajętym mieszkaniu, z każdym dniem coraz częściej zerkała przez okno i myślała tylko a gdyby tak. Ale natychmiast urywała te rozważania, bo nie chciała dopuścić do głowy wizji tego, co nieuniknione: naprawdę, co dalej?

Ciszę wieczorami przerywał tylko tykanie zegara. Puste mieszkanie zdawało się jeszcze większe, a Werka coraz częściej myślała o Radku. O jego ciepłych, trochę szorstkich dłoniach; autentycznym uśmiechu i jego sposobie opowiadania o planach bez wielkich słów, po prostu będzie dobrze. Z nim nigdy się nie bała.

***********************

Trzeciego dnia pobytu w Poznaniu Wera poszła do parku, gdzie z Radkiem oglądali zachody słońca na ławce pod klonem. To właśnie tam, patrząc na lecące liście, powiedział kiedyś: Chciałbym, żebyśmy mieli kiedyś własny dom, z dużymi oknami, żeby słońce rano grzało nam stopy. I żeby w tym domu zawsze było światło, i szczęście. Pamiętała, iż wtedy tylko się uśmiechnęła dzisiaj zabrzmiało to jak lament straconych szans.

Gdy przystanęła, łapiąc oddech, usłyszała znajomy głos:

Wera?

Odwróciła się stał przed nią Arek, dawny kumpel ich obojga. Wyglądał na zaskoczonego, ale gwałtownie posłał jej uśmiech. Jakby zobaczyć Werę w Poznaniu w połowie października było tak rzadkie, jak promocja na benzynę.

Nie spodziewałem się cię tu zobaczyć stwierdził i uniósł brwi. Co słychać?

Wera próbowała zbyć temat, rzucając wymijające wpadłam do mamy, siląc się na uśmiech, który wcale nie wyglądał fałszywie. Arek nie pytał dalej, wskazał tylko ławkę:

Możemy przysiąść? Przechadzałem się bez celu, może czas na filozofię na dworze.

Zgodziła się, a Arek zaczął opowiadać o tym, co tam w Poznaniu: remonty, tramwaje, nowa knajpa serwująca pierogi jaglane. Rozmowa goiła lekko jej rany; klimat był troskliwy, ciepły.

W końcu padło pytanie:

Widziałaś się z Radkiem?

Opuściła wzrok na liście leżące pod nogami. W myślach natychmiast wróciła do wczorajszej sceny z centrum. Tak, wczoraj.

I jak? Arek był wyraźnie zatroskany.

Nie chce mnie znać powiedziała cicho. Nienawidzi mnie.

Arek ciężko westchnął, pochylił się do przodu, zapatrzył w alejkę zamglonego parku. Długo milczał, chyba zbierając się na coś poważnego.

Długo dochodził do siebie. Wiesz, zniknęłaś bez słowa. Nie odezwałaś się, choćby nie napisałaś to było jak cios w żebra. Potem naprawdę próbował o tobie zapomnieć. Umawiał się, ale żadnego związku nie traktował serio. Po twoim pokazowym występie w kawiarni naprawdę się załamał.

Wera słuchała z pochyloną głową, palce ściskały torebkę coraz mocniej.

Wiem wyszeptała. To moja wina.

Arek nie oceniał. Po prostu był. I właśnie to dawało jej, paradoksalnie, najwięcej otuchy.

On nie potrafi nikogo kochać tak jak ciebie. Po tobie był jak zamknięta twierdza. A teraz, po twoim powrocie Zresztą, dzwonił do mnie wczoraj wieczorem. Był pijany jak bela. Nie rób mu tego, nie wracaj już, Werka, on się dopiero pozbierał. Każde twoje pojawienie się to dla niego znowu otwieranie rany.

Wera przygryzła wargę, gotowa rozpłakać się na środku parku. Wiedziała, iż Arek ma rację.

Nie proszę go o wybaczenie powiedziała łamiącym się głosem. Tylko chciałabym, żeby wiedział, iż żałuję

Arek spojrzał na nią z cichym współczuciem. Może to właśnie nie jest mu już potrzebne. Może dla was obojga czas zamknąć ten rozdział.

********************

Wieczorem Wera siedziała przy oknie w pokoiku mamy. Za szybą zapalały się światła, Poznań migał kolorowymi refleksami. Nie zwracała jednak na nie uwagi. Myślała i przeżywała wszystko raz jeszcze jakby odtwarzała w głowie cały film swojego życia, kadrowany pod kątem co by było, gdyby.

Następnego ranka spakowała walizkę bez pośpiechu. Mama żegnała ją w drzwiach z matczyną czułością, bez pretensji, tylko z nutą zawodu.

Uważaj na siebie powiedziała, gdy Wera wychodziła.

Wera przytuliła ją, zaciągając się znajomym zapachem domu, i wyszła na klatkę schodową. Na dworcu kupiła bilet do Warszawy. Pociąg, godziny spędzone wśród nieznajomych może to pozwoli się jej w końcu zastanowić, co dalej.

Pociąg cicho ruszył, powoli mijając osiedlowe bloki, place zabaw, starą piekarnię miejsca, które znała na pamięć. Wśród tych ulic został mężczyzna, którego kochała najmocniej na świecie. Ktoś, komu nie dała choćby okazji się pożegnać. I już wiedziała, iż straciła go na zawsze.

*********************

Minęło pół roku. Wera przez cały czas mieszkała w Warszawie. Praca, znajomi, kawa po pracy, z pozoru wszystko bez zmian. Ale w niej przestało istnieć udawanie. Już nie szukała usprawiedliwień, nie wmawiała sobie, iż nowe prezenty, nowe twarze, nowy styl życia są ucieczką od przeszłości. Teraz patrzyła jej prosto w oczy. Przyjmowała na klatę poczucie winy i żal.

Nauczyła się zasypiać, powtarzając sobie: Zrobiłam, co zrobiłam. Popełniłam błąd. Ale życie się toczy dalej. Oddychaj. To przyniosło dziwną ulgę nie szczęście, ale coś łagodnego, cichą możliwość pogodzenia się ze światem.

Wieczorem, kiedy gotowała kolację, telefon zabrzęczał cichutko. Nowy numer, krótkie zdanie: Nie nienawidzę cię. Ale wybaczyć nie potrafię.

Zastygła. Telefon ścisnęła tak mocno, jakby przesyłał bicie cudzego serca. Przykucnęła na podłodze, ściskając ekran, jakby to mógł być jakiś talizman.

Nie rozumiała do końca, co te słowa oznaczają. Czy to pojednanie, czy definitywne żegnaj? Ale po raz pierwszy od lat poczuła, iż istnieje jakaś nić. Cieniutka, zwiewna, ledwo widoczna ale jednak. Ktoś w Poznaniu przez cały czas o niej myślał. Ktoś znalazł siłę, by napisać, pomimo bólu i urazy. Ktoś nie zamknął za sobą drzwi na cztery spusty.

Wera uśmiechnęła się przez łzy. Uśmiech był nieśmiały, niepewny, ale szczery. Może to jeszcze nie koniec? Może kiedyś uda im się porozmawiać bez pretensji, bez rozliczeń, bez obietnic.

Na razie na razie wystarczała jej ta świadomość, iż tam, kawał drogi stąd, ktoś jeszcze o niej pamięta. Że jej miejsce w czyimś sercu nie zginęło całkowicie wśród gruzów.

Tyle wystarczyło. Na dzisiaj.

Idź do oryginalnego materiału