No, słuchaj, akurat wciągałam koszulę nocną i wiązałam warkocz, kiedy zadzwonił telefon. Ten ostry dzwonek rozdarł ciszę w mieszkaniu, iż aż podskoczyłam. Na zegarku było wpół do dziesiątej.
— Halo? — Cisza w słuchawce. — Halo, kto mówi?
— Mamo? — Głos był cichutki, jakby się bał, iż ktoś go usłyszy.
— Wiesiu? Co się stało? Wiesz, iż nie lubię, jak dzwonią tak późno! — Usiadłam na brzegu łóżka, ściskając słuchawkę. — Wszystko w porządku?
— Tak… To znaczy nie… Mamo, mogę do Ciebie przyjechać? Już teraz?
W głosie córki było coś, co ścisnęło mi serce. Wiesia nigdy nie prosiła o pomoc, zawsze radziła sobie sama, była z tego dumna.
— Jasne, przyjeżdżaj. Ale co się stało?
— Opowiem później. Już wychodzę.
Pikanie w słuchawce. Postałam chwilę z telefonem, po czym odłożyłam go i poszłam nastawić czajnik. Wiesia mieszka w sąsiednim miasteczku, ze czterdzieści minut autobusem, jeżeli nie ma korków. Czyli za godzinę będzie.
Wyciągnęłam z kredensu dobre filiżanki, te od święta, pokroiłam cytrynę, na talerzyk wysypałam herbatniki. Rę ręce mi lekko drżały – złe przeczucie nie odpuszczało.
Wiesia pojawiła się szybciej, niż się spodziewałam. Kiedy otworzyłam drzwi, córka stała na progu z zapłakanymi oczami i potarganymi włosami. W ręku trzymała sportową torbę.
— Oj, córuchno moja… — Przytuliłam Wiesię, czując, jak drży. — Wchodź, wchodź prędzej. Herbata już gotowa.
Usiadłyśmy w kuchni. Wiesia piła herbatę w milczeniu, tylko czasem łkała. Czekałam, nie śmiejąc wypytywać. Opowie, jak będzie gotowa.
— On mnie bije, mamo, — w końcu wyszeptała tak cicho, iż ledwo dosłyszałam. — Już nie pierwszy raz.
Odstawiłam filiżankę, czując, jak zimno rozlewa się po piersi.
— Jak bije? Kazimierz? Co ty opowiadasz!
— A co, kłamię według ciebie? — Wiesia gwałtownie podniosła głowę. Pod okiem siniał siniak, który próbowała zamaskować makijażem. — Proszę, niech się mama napatrzy!
— Jezu… — Wyciągnęłam rękę do córki, ale ona się odsunęła.
— Nie ma co mnie żałować! Sama sobie winna, naraziłam się. Myślałam, iż po ślubie się zmieni, ochłonie… Głupia ja, mamo, głupia!
— Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś? Przecież razem…
— A co byś zrobiła? — Wiesia gorzko się uśmiechnęła. — Namawiała do cierpliwości, ratowania rodziny, dla dzieci. Zawsze mawiałaś: za mąż wychodzi się raz i na zawsze.
Spuściłam wzrok. Faktycznie, zawsze tak sądziłam. Sama przeżyłam z ojcem Wiesi czterdzieści lat, choć nie zawsze było łatwo. Znosiłam jego ciągi, chamstwo, obojętność. Myślałam, iż tak musi być.
— A dzieci gdzie?
— Zostały u jego matki. Powiedziałam im, iż przyjdę do babci na chwilę. — Wiesia otarła oczy rękawem. — Nie chcę, żebym widziały mnie taką. Małgosi ledwo siedem, a Pawełek… on już czuje, iż w domu nie jest dobrze. Wczoraj spytał, dlaczego tata krzyczy na mamę.
— I co odpowiedziałaś?
— Że tata się zmęczył w pracy. — Wiesia zacisnęła pięści. — Nauczyłam się dzieciom łgać. Super, co?
Wstałam, podeszłam do okna. Na zewnątrz mżyło, latarnie odbijały się w kałużach żółtymi plamami. Ileż razy sama tak stałam przy tym oknie, kiedy mąż nie wracał do domu albo wracał pijany i wściekły. Ileż razy myślałam, żeby odejść, ale zostawałam. Dla córki, jak mi się wtedy zdawało.
— A on gdzie teraz?
— W domu. Śpi. Nalał się i padł. — Wiesia łapczywie westchnęła. — Mamo, ja już nie daję rady. Nie chcę, żeby dzieci w takim domu rosły. Pamiętasz, jak się bałam, jak tata wracał pijany? Chowałam się w szafie i modliłam, żeby na mnie nie wrzeszczał.
— Twój ojciec nigdy rę
Marianna leżała w łóżku, patrząc jak pierwsze blade promienie słońca rozświetlają mrok przedświtu i myślała, iż to nie koniec nocy, a początek całkiem nowego dnia dla niej wszystkich.