Wiesz, ledwo włożyłam koszulę nocną i zaczęłam warkocz układać, gdy telefon zadzwonił. Te trzaski rozdarły ciszę mieszkania, iż aż drgnęłam. Dziesiąta trzydzieść. „Halo?” – cicho w słuchawce. „Halo, kto mówi?” „Mama?” – ledwo słychać ten głos, jakby bał się, iż ktoś usłyszy. „Kalino? Co się stało? Wiesz, nie lubię, jak dzwonią późno!” – opadłam na krawędź łóżka, ściskając słuchawkę. „Wszystko dobrze?” „Tak… to znaczy nie… Mamo, mogę przyjechać? Teraz?” Coś w głosie córki ścisnęło mnie za gardło. Kalina nigdy o pomoc nie prosiła, zawsze sama dawała radę. „Oczywiście, przyjeżdżaj. A co się stało?” „Później. Już idę.” Pusty syk w słuchawce. Stałam chwilę, a potem odłożyłam i ruszyłam nastawiać czajnik. Kalina mieszka w sąsiedniej dzielnicy, z autobusem dobre czterdzieści minut, jeżeli korków nie ma. Maksymalnie godzinę.
Wyjęłam z kredensu te dobre filiżanki, na gości, pokroiłam cytrynę, na talerzyk wyłożyłam herbatniki. Ręce trochę drżały – złe przeczucie nie ustępowało. Kalina była wcześniej niż myślałam. Gdy otworzyłam drzwi, stała na progu ze spłakanymi oczami, włosy w nieładzie. Sportową torbę niosła. „Oj, córeczko moja…” – objęłam Kalinę, poczułam jak drży. „Wchodź, wchodź prędzej. Herbata gotowa.” Siedziałyśmy w kuchni. Kalina piła herbatę w milczeniu, tylko co jakiś czas łkanie się wydzierało. Czekałam, nie śmiejąc wypytywać. Opowie, jak będzie gotowa. „On mnie bije, mamo” – powiedziała w końcu tak cicho, iż ledwie dosłyszałam. „Już nie pierwszy raz.” Odstawiłam filiżankę, poczucie zimna rozlewające się w klatce. „Jak bije? Jacek? Co ty mówisz!” „A co, kłamię?” – Kalina podniosła gwałtownie głowę. Pod okiem siniec wstydliwie kryty podkładem. „Proszę bardzo, popatrz!” „Jezu…” – sięgnęłam do córki, ale się odsunęła. „Nie żałuj mnie! Sama sobie winna. Myślałam, iż po ślubie się zmieni, ochłonie… Głupia byłam, mamo, głupia!” „Czemuś mi wcześniej nie powiedziała? Przecież my…” „A co byś zrobiła?” – gorzko się uśmiechnęła. „Namawiałabyś do cierpliwości, zachowania rodziny, dla dzieci. Zawsze powtarzałaś: ślub bierze się raz i na zawsze.” Spuściłam wzrok. Faktycznie, zawsze tak sądziłam. Sama z ojcem Kaliny przeżyłam czterdzieści lat, choć bywało różnie. Znosiłam jego ciągi, chamstwo, obojętność. Myślałam, iż tak musi być. „A dzieci gdzie?” „U jego matki zostały. Powiedziałam, iż u babci pobędę.” – Kalina otarła oczy rękawem. „Nie chcę, żeby mnie taką widzieli. Zosi dopiero siedem, Staś… on już czuje, iż w domu nie jest dobrze. Wczoraj pytał, czemu tata na mamę krzyczy.” „I co odpowiedziałaś?” „Że tata zmęczony w pracy.” – Kalina zaciśniętą pięść postawiła na stole. „Sztukę kłamstwa opanowałam. Brawo, co?” Wstałam, podeszłam do okna. Za siatką mżył deszcz, latarnie rozmyte w kałużach. Ile razy sama tak stałam, gdy mąż nie wracał albo wracał pijany i zły. Ile razy myślałam odejść, ale zostałam. Rzekomo dla córki. „A on gdzie?” „W domu. Śpi. Zapił się i padł.” – Kalina łapczywie złapała powietrze. „Mamo, ja już nie mogę. Nie chcę, żeby dzieci w takim domu rosły. Pamiętasz, jak się bałam, gdy ojciec nadpity przychodził? W szafie chowałam się i modliłam, żeby na mnie nie krzyczał.” „Twój ojciec nigdy ręki nie podniósł!” „Ale darł się tak, iż sąsiedzi w ścianę stukali. A ty wybaczałaś, cierpiałaś. Myślałam wtedy, iż tak trzeba, iż wszyscy faceci tacy.” – Kalina popatrzy
Małgorzata kładła się spać, słuchając szumu deszczu za oknem i znajomego oddechu córki na kanapie, czując w sercu dziwną ciszę przed nadchodzącą burzą, ale i pewność, iż tym razem wybiorą światło.