Ojej, tato, ale cię tu witają… Po co ci był ten sanatorium, skoro w domu masz pełne wszystko w cenie?
Kiedy Szymon wręczył jej klucze do swojego mieszkania, Bożena zrozumiała: warownia zdobyta. Żaden DiCaprio nie czekał na Oscara z taką tęsknotą, jak Bożena czekała na swojego Szymona, a teraz dostała własną chatę.
Zrezygnowana, trzydziestopięcioletnia, coraz częściej rzucała współczujące spojrzenie bezdomnym kotom i wystawom Wszystko do rękodzieła.
A tu pojawił się samotny, który młodość poświęcił karierze, zdrowemu żywieniu, siłowni oraz innym bzdurnym poszukiwaniom siebie w tym świecie, i do tego bezdzietny.
Bożena wyczarowała ten prezent od dwudziestki, i pewnie gdzieś tam w niebiosach w końcu ktoś uznał, iż nie żartowała.
Mam ostatnią delegację w tym roku i później cały jestem twój powiedział Szymon, wręczając upragnione klucze. Tylko nie przestrasz się mojej nory. Bywam tam wyłącznie, żeby spać dodał i wyleciał w inną strefę czasową na cały weekend.
Bożena wzięła szczoteczkę, krem i ruszyła zobaczyć, co to za legowisko. Problemy ujawniły się już na wejściu. Szymon uprzedził, iż zamek się zacina, ale Bożena nie sądziła, iż aż tak.
Przez czterdzieści minut szturmowała drzwi: naciskała, ciągnęła, wciskała klucz do końca, próbowała z gracją, ale drzwi wyraźnie nie zamierzały otworzyć się przed nowym lokatorem.
Bożena zaczęła działać psychologicznie, tak jak uczyli jej w szkole korytarzowej. Na hałas wyszły drzwi sąsiednie.
Co się pani w cudze mieszkanie dobija? zapytała zaniepokojona sąsiadka.
Nie włażę, mam klucze! odparła wściekła Bożena, wycierając pot z czoła.
A kim w ogóle pani jest? Pierwszy raz panią widzę sąsiadka wciąż wtykała nos.
Jestem jego dziewczyną! wykrzyknęła Bożena z miną godną generalskiej córki, ale rozmawiała przez szparę w drzwiach.
Pani? zdziwiła się kobieta.
Tak, ja. Problem jakiś?
Nie, żadnego. Tylko on nigdy tu nikogo nie sprowadzał (Bożena pokochała wtedy Szymona jeszcze bardziej), a tu nagle taki…
Taki jaki? nie załapała Bożena.
To nie moja sprawa, przepraszam zamknęła drzwi sąsiadka.
Rozumiejąc, iż musi być albo ona, albo zamek, Bożena wcisnęła klucz z całą mocą swojego pragnienia wejścia do środka, aż prawie wyłamała framugę. Drzwi się otworzyły.
Wnętrze Szymona ujawniło się przed Bożeną, a jej dusza okryła się szronem. Oczywiście, młodemu samotnikowi przystoi asceza, ale to była prawdziwa cela.
Biedaku, twoje serce zapomniało, a może nigdy nie znało domowego ciepła wyrwało się Bożenie, gdy oglądała skromne mieszkanie, które miało być teraz jej nowym domem.
Była jednak zadowolona. Sąsiadka nie kłamała: kobieca ręka nigdy nie dotknęła tych ścian, tej podłogi, tej kuchni ani tych szarych okien. Bożena pierwsza.
Nie mogąc znieść, wskoczyła w buty i pobiegła do najbliższego sklepu po śliczną zasłonkę i dywanik do łazienki, przy okazji chwyciła rękawice kuchenne i kolorowe ręczniki.
W sklepie dopadła ją gorączka… Do dywanika i zasłonki dołączyły zapachy, manualnie robione mydło, wygodne pojemniczki na kosmetyki.
Dodanie tych drobiazgów do cudzego mieszkania to żadne chamstwo, przekonywała samą siebie Bożena, dokładając drugi wózek.
Zamek już nie stawiał jej oporu. W zasadzie przestał spełniać swoją funkcję i przypominał obrońcę hokejowego, który zapomniał założyć maskę.
Zrozumiawszy skalę zniszczeń, Bożena do północy śrubokrętem wykręcała stary zamek, a rano gnała po nowy. Noże także musiała wymienić. Do tego widelce, łyżki, obrus, deski i podkładki pod gorące. Potem już tylko firanka.
W niedzielne południe zadzwonił Szymon, mówiąc, iż musi zostać na delegacji jeszcze parę dni.
Będę tylko wdzięczny, jeżeli wniesiesz tu trochę ciepła uśmiechał się do słuchawki, gdy Bożena wspomniała o swoich ingerencjach w jego wnętrze.
Swoje domowe ciepło już dowoziła ciężarówkami, rozmieszczając według technicznego planu. Latami gromadziła to w sobie, a gdy jej pozwolono, nie potrafiła przestać.
Do powrotu Szymona z dawnej chaty został tylko pająk przy kratce wentylacyjnej. Bożena już chciała go wygnać, ale widząc osiem wystraszonych oczu, zrozumiała, iż lepiej go zostawić jako emblemat nietykalności cudzej własności.
Mieszkanie Szymona wyglądało, jakby od ośmiu lat był szczęśliwy w małżeństwie, rozczarował się, a potem znowu szczęśliwy, choć na przekór.
Bożena nie tylko przejęła kontrolę nad mieszkaniem, ale cały blok już wiedział, iż jest nową gospodynią i wszelkie sprawy przez nią trzeba załatwiać. Obrączki wprawdzie jeszcze nie miała, ale to już kwestia formalna.
Sąsiedzi patrzyli z podejrzliwością, ale potem rozkładali ręce: Jak będzie, tak będzie, nas to tam nie dotyczy.
***
W dzień powrotu Szymona Bożena przygotowała prawdziwą domową kolację, opakowała swoje sprężyste biodra w efektowną, mocno wyzywającą kreację, rozstawiła zapachy po kątach, przyciemniła światła i zaczęła czekać.
Szymon się spóźniał. Gdy Bożenie zaczęło boleśnie uwierać opakowanie w ten rejon, nad którym pół roku pracowała na siłowni, w zamku usłyszała klucz.
Zamek jest nowy, tylko popchnij, niezamknięte! z lekka zażenowana, ale i zmysłowa odezwała się Bożena. Nie obawiała się ocen. Za dobrze odrobiła mieszkanie. Wszystko jej się wybaczy.
W chwili gdy drzwi się rozwarły, Bożena dostała nagłe SMS od Szymona: Gdzie jesteś? Ja już w domu. Mieszkanie nietknięte. Koledzy straszyli mnie, iż wszystko zalejesz kosmetykami.
SMS-a przeczytała dużo później. Tymczasem do mieszkania weszło pięć zupełnie obcych osób: dwóch młodych chłopaków, dwoje dzieci w wieku szkolnym i jeden bardzo stary dziadek, który na widok Bożeny momentalnie się wyprostował i wygładził siwe włosy.
No proszę, tato, jakie powitanie. Po co ci było to uzdrowisko, skoro tutaj masz wszystko w cenie? pierwszy zażartował młody mężczyzna i od razu dostał uwagę od swojej żony za bezczelne patrzenie.
Bożena stała na progu z dwoma pełnymi kieliszkami, sparaliżowana. Chciała krzyczeć, ale nie mogła się ruszyć.
W kącie ochoczo zachichotał pająk.
Przepraszam, a pani to kto? pisnęła Bożena.
Gospodarz tej nory. A pani pewnie z przychodni, przyszła zrobić opatrunek? Sam sobie radzę, dziękuję powiedział dziadek, spoglądając na jej pielęgniarski strój.
No tak, Adam Maciejewski, tu naprawdę panuje spokój i ciepło zajrzała za plecy Bożenie żona młodego. Teraz zupełnie inaczej, bo wcześniej było jak w grobowcu. A pani jak ma na imię? Czy Adam nie za stary dla pani? Chociaż, wiadomo, szanujący się mężczyzna, z własnym mieszkaniem
Bo-Bo-Bożena
No proszę! Adamie, umiesz ludzi wybierać!
Dziadek, błyskając oczami, też wydawał się zadowolony z tego trafu.
A gdzie Szymon? szepnęła Bożena. Ze stresu wypiła oba kieliszki jednym haustem.
Ja jestem Szymon! zawołał radośnie chłopiec ośmioletni.
Poczekaj, za wcześnie na Szymona matka odsunęła jego rękę i kazała dzieciom z tatą zejść do samochodu.
P-rzepraszam, chyba pomyliłam mieszkanie Bożena wreszcie dostrzegła błąd w adresie. To była Bzowa, osiemnaście, mieszkanie dwadzieścia sześć?
Nie, to Bukowińska, osiemnaście dziadek już w dłoniach rozpakowywał niespodziewany prezent.
Ach tak westchnęła tragicznie Bożena pomyłka. Proszę się zadomowić, a ja muszę zadzwonić.
Zgarnęła telefon i uciekła do łazienki, gdzie zabarykadowała się ręcznikiem. Tam przeczytała SMS od Szymona.
Szymon, zaraz będę, utknęłam w sklepie odpowiedziała w biegu.
Dobrze, czekam. Jakby co, zabierz czerwone nagrał głosem Szymon.
Czerwone Bożena zamierzała przynieść, ale już w sobie. Pod pachą dywanik, zdjęta zasłonka, czekała aż nieznajomi zejdą do kuchni i wydostała się z łazienki.
Zebrała rzeczy do siatki, wyskoczyła z mieszkania.
***
Opowiem, ale później wyjaśniła swój wygląd Bożena, kiedy młody człowiek otworzył jej drzwi.
Idąc jak lunatyczka, przeszła obok niego, nie patrząc. Weszła do łazienki, zmieniła zasłonkę, rozwinęła dywanik, potem padła na kanapę i spała aż do rana, aż cały stres i czerwone wyparowały.
Obudziwszy się, zobaczyła przed sobą nieznanego młodego mężczyznę oczekującego wyjaśnień.
Przepraszam, jaki to adres?..
Batorego, osiemnaście…










