Nie czekaj z różami na mój pogrzeb

twojacena.pl 2 dni temu

Znalazłam ten list w szufladzie z rachunkami, gdy już po wszystkim porządkowałam mieszkanie po mamie. Leżał między starym dowodem osobistym a kartką od hydraulika z numerem telefonu sprzed ośmiu lat. Koperta była zaklejona, ale nie zaadresowana. Jakby mama napisała go, a potem nie mogła się zdecydować, czy w ogóle ma sens go wysyłać.

Mam na imię Kasia. Mam trzydzieści siedem lat, pracuję w księgowości w Katowicach i przez ostatnich jedenaście lat widywałam matkę głównie na ekranie telefonu. Krótkie rozmowy: „Cześć, mamuś, wszystko dobrze? To dobrze. Muszę kończyć, oddzwonię”. Oddzwanianie kończyło się zwykle tydzień później, w biegu, między jednym spotkaniem a drugim.

Mama mieszkała sama w dwupokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze w Bytomiu, w kamienicy bez windy. Schody śmierdziały kapustą i starym tynkiem, a na drugim piętrze od lat nie działała żarówka. Ilekroć do niej jechałam, wchodziłam po ciemku, macając ścianę jak złodziej.

List nosił tytuł: „Umowa”.

Reszta była pisana manualnie, granatowym długopisem, tym charakterem pisma, który znałam od dziecka: litery lekko pochylone w prawo, ogonki przy „ą” i „ę” zawsze za duże, jakby mama spieszyła się, żeby zdążyć, zanim myśl jej ucieknie.

„Moje kochane dziecko” — zaczynał się.

Przeczytałam go trzy razy. Za pierwszym razem w całości, stojąc przy oknie. Za drugim — na głos, jakby to miało sprawić, iż słowa staną się mniej prawdziwe. Za trzecim — tylko fragmenty, te, które bolały najbardziej.

Mama proponowała układ. Zamiast kwiatów na pogrzeb — jedna róża teraz. Zamiast kawy wypitej w milczeniu nad trumną — kawa u niej, z ciastem drożdżowym, które piekła od trzydziestu lat według przepisu swojej babki. Zamiast czarnej sukienki — zwykły dres i wyjście do restauracji. Pisała, iż zapłaci. Że chce zobaczyć moje dzieci, swoje wnuki, u siebie, przy stole, nie w alejce cmentarza w pierwszym rzędzie. Że woli lody waniliowe z posypką teraz niż wieniec za dwa tysiące złotych później.

Pamiętam dokładnie moment, w którym dotarło do mnie, iż to nie jest list. To było lusterko.

Bo wszystko, co opisała, ja już przerabiałam. W myślach. W planach. W wyrzutach sumienia, które odkładałam na potem razem z obietnicami: „przyjadę na święta”, „wpadnę w weekend”, „zabiorę cię nad morze”. Całe życie w trybie „kiedyś”.

Telefon zadzwonił w środę o szóstej rano. Numer nieznany. Usłyszałam słowo „przykro mi”, a potem długą ciszę, w której zmieściło się wszystko, czego nie zdążyłam.

Mama odeszła we wtorek wieczorem. Siedziała w fotelu, z kubkiem herbaty z cytryną na parapecie. Telewizor był włączony na TVP Kultura, leciał koncert chopinowski. Sąsiadka z naprzeciwka powiedziała później, iż światło u mamy paliło się do drugiej w nocy. Ta cholerna żarówka, którą obiecałam wymienić w listopadzie. Mówiła, iż mruga.

Skłamałabym, gdybym napisała, iż poczułam ból. Poczułam coś gorszego. Ciszę. Taką, w której przestajesz rozumieć, kim jesteś, bo jedyna osoba, która znała cię od pierwszego oddechu, właśnie zamilkła na zawsze.

Pogrzeb zorganizowałam w trzy dni. Zakład pogrzebowy, ksiądz, cmentarz przy ulicy Kwiatowej, ten sam, na którym leży tata. Wybrałam trumnę dębową, bo mama kiedyś powiedziała, iż dąb ładnie pachnie. Nie wiem, czy to prawda, ale zapłaciłam za nią cztery tysiące dwieście złotych. Wiązanka z róż i lilii kosztowała osiemset. Zamówiłam najlepszą, jaką mieli, bo przecież nie mogłam już kupić jej niczego innego.

Na stypie piliśmy kawę i rozmawialiśmy szeptem. Ciocia Grażyna opowiadała, jak mama w młodości tańczyła na zabawach w ogródkach działkowych. Jej brat, wujek Stefan, wspominał, iż mama zawsze dodawała do kawy odrobinę cynamonu — i to był ten „sekretny składnik”. Wszyscy jedli sernik z cukierni, nikt nie płakał głośno. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak mama przewidziała w liście. Tylko jej tam nie było.

Dzieci nie zabrałam. Powiedziałam mężowi, iż są za małe, iż cmentarz to nie miejsce dla sześcioletniej Hani i czteroletniego Kuby. Prawda była prostsza: bałam się, iż zapamiętają babcię w czerni, a nie przy stole z ciastem.

List znalazłam dwa tygodnie po pogrzebie.

Siedziałam na podłodze w jej sypialni, między kartonami z ubraniami, które śmierdziały lawendą, i płakałam w rękaw swetra. Nie do końca ze smutku. Z wściekłości. Na siebie, na grafik, na delegacje, na to, iż zawsze było coś ważniejszego. A potem, gdy dotarłam do postscriptum — „Kocham słoneczniki. I kocham ciebie” — wstałam i zadzwoniłam do kwiaciarni.

Kupiłam dziesięć słoneczników. Zawiozłam je na cmentarz. Wsadziłam do wazonu wbitego w ziemię przy nagrobku. Stałam tam z telefonem w ręku i pisałam SMS-a na jej numer, który wciąż miałam zapisany w kontaktach. Wiedziałam, iż nikt go nie odbierze. Wysłałam: „Masz rację. Podpisuję”. Telefon zawibrował po chwili — wiadomość nie została dostarczona.

Wróciłam do pustego mieszkania i zrobiłam kawę. Dodałam cynamon. Zapaliłam lampkę w przedpokoju, tę, o której zawsze kłóciła się z tatą, bo żarówka była za mocna. Wypiłam ją przy jej stole, z jej kubkiem w dłoni, i pierwszy raz od dwóch tygodni przestałam planować, co powinnam była zrobić.

Układ z mamą okazał się jednostronny. Ona dotrzymała swojej części — ja nie zdążyłam. Ale od tej pory robię wszystko, żeby z tą umową żyć dalej. Co niedzielę zabieram dzieci do parku, nie do restauracji. Piekę z nimi drożdżowe według jej przepisu. Hania pyta, czemu babcia pisała listy zamiast dzwonić. Mówię, iż dzwoniła. Że to ja odbierałam za późno.

Na dnie kartonu z jej dokumentami znalazłam jeszcze jeden słonecznik. Zasuszony, włożony do starej książki kucharskiej. Mama przygotowała się na ten list dużo wcześniej, niż sądziłam. W środku był mój rysunek z przedszkola: dwa patyki z głowami i napis „MAMA I JA”. Znałam ten rysunek. Wisiał u niej na lodówce przez dwadzieścia pięć lat. Schowała go. Po co? Może chciała mi pokazać, iż od zawsze wybierała mnie. choćby wtedy, gdy ja wybierałam wszystko inne.

W zeszłym tygodniu zmieniłam numer telefonu. Nie dlatego, iż nie chciałam, żeby dzwonili. Dlatego, iż stary numer kojarzył mi się z tym, jak mówiłam „oddzwonię” i nie oddzwaniałam. Nowy zapisałam w kontaktach córki jako „Mama”. Pod nim dodałam: „odbieraj”.

Dzieci w sobotę upiekły babci tort urodzinowy. Czternastego marca, choć mama urodziła się w kwietniu. Hania uparła się, iż „babcia i tak nie patrzy na kalendarz, a w niebie jest inna data”. Zjedliśmy go przy jej zdjęciu, na parapecie, przy wazonie ze słonecznikami. Hania włożyła do buzi całą truskawkę z tortu i powiedziała z pełnymi ustami: „Babcia by się śmiała”. I nagle, pierwszy raz od śmierci mamy, zrobiło mi się lżej. Nie dlatego, iż przestało boleć. Tylko dlatego, iż w końcu zrobiłam coś, na co mama czekała, kiedy jeszcze mogła to zobaczyć. Zrobiłam to po swojemu: nie przy trumnie, tylko przy stole. Nie w czerni, tylko w fartuchu uwalonym mąką.

Na nagrobku mamy nie ma już słoneczników — zostały tam frezje, które kupił mąż. Ale na naszej kuchennej szafce stoi wazon, a w nim trzy sztuczne słoneczniki z Pepco, które wybrała Hania. Sztuczne, bo prawdziwe więdną. Dzieci mówią, iż to po to, żeby babcia zawsze widziała, iż o niej pamiętamy, choćby jak nas nie ma.

List mamy trzymam w torebce. Złożony, w foliowej koszulce. Czasem, w pracy, otwieram go i czytam jedno zdanie: „Proszę, zatrzymaj się na chwilę i usiądź ze mną”. Wtedy zamykam laptop, wychodzę na korytarz i dzwonię do Hani. Pytam, co jadła w przedszkolu. Śmieje się, iż znów dzwonię w środku dnia.

Nie powiem, iż mnie to zbawiło. Ale powiem tak: od kiedy trzymam ten list, przestałam mówić „kiedyś”. Kiedy moja córka pyta, czy pójdę z nią na lody, mówię: teraz. Wstaję, zakładam buty, biorę klucze i wychodzimy. I za każdym razem, gdy Hania patrzy na mnie znad kubka z gałką waniliową, mam wrażenie, iż mama siedzi obok i kiwa głową. Że podpisałyśmy w końcu tę umowę. Po jej myśli. Tylko zamiast jej dnia wybrałam mój.

Idź do oryginalnego materiału