Nie chcę powielać scenariusza mojej mamy: o tym, jak budowałam zaufanie, a odkryłam ukrytą gorycz i …

polregion.pl 1 dzień temu

Nie chcę powielać scenariusza mojej mamy

Zawsze wydawało mi się, iż z mamą nie mam żadnych tajemnic. No, prawie żadnych.

Potrafiliśmy rozmawiać o wszystkim: o dziecięcych strachach, o pierwszych sukcesach, o złamanym sercu w wieku szesnastu lat.

Nawet kiedy się ożeniłem, ta nić zaufania przynajmniej w moim odczuciu nie przerwała się, a choćby tylko się wzmocniła.

Mamie mój wybór partnerki się podobał. Powtarzała, iż Marta to prawdziwa kobieta z zasadami. Kiedy na świat przyszła nasza Hania, mama promieniała z dumy. Zawsze zwoziła pełny bagażnik warzyw z działki, kupowała całe stosy ubranek i rozpływała się nad wnuczką.

Pamiętam, jak mówiłem Marcie:

Widzisz? Mamy najlepszą mamę na świecie, ona tylko uśmiechała się w odpowiedzi i kiwała głową.

I nagle, zupełnie przypadkiem, odkryłem, iż najlepsza mama na świecie od lat nosi w sobie bombę rozczarowań i żalu. Byłem tego zupełnie nieświadomy.

Zdarzyło się to jesienią. Mama przyjechała jak zawsze objuczona darami działki marchewką, ziołami, jabłkami, słoikami przetworów.

Po co tego tyle? westchnąłem, pomagając jej taszczyć te skarby Przecież my z Hanią we dwójkę tego nie zjemy: Marta jest akurat na delegacji.

Rozdasz sąsiadom albo kolegom z pracy, machnęła ręką i ucałowała Hanię w czoło. A poza tym: mojej wnuczce należy się wszystko, co najlepsze, z natury!

Poszedłem nastawić czajnik, a mama zabrała Hanię do pokoju, by położyć ją spać.

Po kilku minutach poszedłem do nich. I nagle stanąłem jak wryty w korytarzu. Z salonu dobiegał głos mamy. Niski, rozedrgany i… zupełnie mi nieznany.

Nie żalę się, Ela, po prostu serce mi pęka. Jak tak można żyć? On na delegacjach, zarabia grosze. A ona… Siedzi. Wyobraź sobie! Córka prawie dwa lata, a ona wciąż nie oddała jej do żłobka i nie poszła z powrotem do pracy. A ona tylko w domu, pieści się z dzieckiem: Hania pozostało mała, nie gotowa. Leniuszek! Siedzą mi na karku, a jeszcze mają pretensje. Co? No jasne, iż im pomagam. Ubrania kupuję, jedzenie im przywożę. Już przywykli, choćby nie protestują. Rozumiem, iż można pomagać, ale to droga donikąd! A szkoda, bo mogłaby mieć porządne życie No i miłości między nimi, jak dawniej, już nie widzę. Paweł jakby obcy; zimny, nie zwraca na Martę uwagi. Ona nic nie mówi, nie skarży się, ale ja przecież widzę…

Brzęczenie w uszach. Podłoga prawie usuwała mi się spod nóg. Stałem oparty plecami o zimną ścianę i słuchałem, jak ktoś bardzo bliski kruszy moje życie w szary proch.

Grosze. Siedzą mi na karku. Zimny. Każde z tych słów bolało, jakby biczowano nimi moje wnętrze. Patrzyłem na własne dłonie te, które cały dzień noszą, karmią, tulą Hanię, gotują, sprzątają, prasują, lepią z niej zabawne zwierzaki z plasteliny… Dłonie leniuszka.

A w salonie dalej płynął jad. Mama mówiła coś o swoich podejrzeniach, o tym, iż zaniedbałem się i nic mi się nie chce. W końcu nie wytrzymałem. Na palcach, niczym złodziej, wycofałem się do sypialni, zamknąłem drzwi i usiadłem na łóżku z głową w dłoniach. Hania cicho oddychała w łóżeczku. Jej równy oddech był jedyną rzeczywistością w tym odwróconym nagle świecie.

Co zrobić? Wpaść do salonu, nakrzyczeć, zapłakać? Wyrzucić ją za drzwi? W środku zamarzłem. Stalowa pustka. Zrobiłem więc to, czego nauczyły mnie dwa lata ojcostwa odpaliłem tryb autopilota: otarłem twarz, głęboko odetchnąłem, wyciszyłem się i poszedłem do kuchni.

Po dziesięciu minutach mama skończyła rozmowę. Weszła promienna, jakby zrzuciła z siebie wielki ciężar.

Oj, zapomniałam się z Elą! powiedziała, siadając do stołu. A Hania sama zasnęła, zanim jej misia położyłem spać. No, a moja herbata… wystygła…

Wlałem jej świeży wrzątek. Ręka mi nie drżała.

O czym tak długo rozmawiałyście? zapytałem, ponad czterdzieści minut! Coś się stało?

Mama ożywiła się, a jej oczy zabłysły tym znajomym blaskiem, który kiedyś uważałem za szczery entuzjazm wobec ludzi.

Słuchaj, synowa Eli, ta… Magda, chce nowy samochód! A Ela narzeka, iż syn wszystko wydaje na nią i choćby nie wezwał Wigilię. Dzieci zupełnie się wyrodziły!

W jej głosie słyszałem to samo gładkie współczucie i święte oburzenie, z jakim przed chwilą komentowała mnie.

Prawie mnie zemdliło od tej obłudy.

Po co plotkujesz? zapytałem ciszej, niż planowałem ci powiem, co to za sprawa dla ciebie ta synowa? Może mają sto własnych powodów!

Twarz mamy momentalnie stężała, obraziła się, zacięła.

Co to za plotkowanie? rzuciła lodowatym tonem. To moja przyjaciółka, muszę ją wesprzeć, wysłuchać. Nic nie rozumiesz w relacjach rodzinnych.

Ironia tej wypowiedzi była miażdżąca. Bliscy ludzie…

Spojrzałem na nią i pierwszy raz zobaczyłem nie matkę, tylko obcą kobietę. Kobietę, która potrzebuje dramy, by czuć, iż żyje. Kobietę, która być może latami gromadziła w sobie żal o moją nieidealność. O to, iż nie odtwarzam scenariusza, który dla mnie wyśniła.

A jej pomoc! Te kilogramy warzyw i niepotrzebne sweterki! To nie wyraz miłości, tylko zapłata za prawo do krytyki! Pomagam, więc mogę oceniać.

Chciałem jej to wszystko wygarnąć, ale powstrzymałem się. Zresztą po co? Mama zrozumiała, iż została przejrzana. Wyszła urażona. Zostałem sam w ciszy mieszkania. Najpierw pustka zamieniła się w złość, potem w ból, a potem w dziwne, świdrujące poczucie.

Przypomniałem sobie jej młodość. Jak samodzielnie mnie wychowywała po rozwodzie. Jak była dumna, gdy dostała dobrą pracę. Jej największym strachem zawsze było: Co ludzie powiedzą?.

Ułożyła sobie życie w nieustannej walce o status, o szacunek, o pozory szczęścia. A moja codzienność spokojna, skromna, ale pełna ciepła i miłości, mój wybór, by być więcej z dzieckiem, nie ścigać się za wszelką cenę dla niej był niemym wyrzutem. Słabością. Porażką. Nie mogła się tym pochwalić przed ciocią Irką czy Elą. Potrzebowała historii sukcesu, a ja dałem jej zwykłą historię życia

Następnego dnia przyszła wiadomość: Wybacz, jeżeli cię wczoraj uraziłam. Przecież wiesz: kocham cię.

Kiedyś od razu bym dążył do zgody. Teraz odłożyłem telefon i nie odpisałem. Czekałem na rozwinięcie, choć nie w takiej formie, jakiej się spodziewałem.

Po tygodniu odwiedziła mnie sama Ela przyjaciółka mamy, pani Elżbieta. Trochę zmieszana tłumaczyła, iż akurat była w okolicy. Wyraźnie liczyła, iż nie domyślę się, iż jest wysłanniczką.

Siedzieliśmy przy herbacie, bawiliśmy się z Hanią. Nagle, patrząc na to, jak córka skupiona układa wieżę z klocków, pani Elżbieta westchnęła:

Masz tu spokojnie… Cicho. Domowo. Zupełnie nie jak w impasie.

Nie odpowiedziałem. Milczała chwilę, patrząc przez okno.

Syn z żoną mieszkają w innym mieście. Wielki sukces. Kredyty, mieszkanie na raty, wieczna gonitwa. Wnuka widuję raz na pół roku. A ty… jesteś z rodziną. Naprawdę żyjesz. Twoja mama… zwyczajnie się boi.

Czego? nie wytrzymałem.

Że przestaniesz jej potrzebować. Że jej doświadczenie i walka kilka dziś znaczą. Wybrałeś inną drogę, a dla niej to wyrzut. Łatwiej jej szukać wad w twoim życiu i komentować je, niż przyznać, iż jesteś na swój sposób szczęśliwy. A te warzywa… To jedyny most, który daje jej choćby iluzję prawa, by być kimś więcej niż tylko biernym widzem.

Słuchałem i widziałem, iż naprzeciw mnie siedzi nie wróg, a równie pogubiona osoba. Kobieta, która może też jest zmęczona rolą powierniczki maminych dram.

Dlaczego mi to pani mówi? zapytałem cicho.

Żebyś nie miał do mamy żalu. Ona… po prostu się pogubiła. Ale miej twarde granice. To konieczne.

Pani Elżbieta wyszła. Zrozumiałem wtedy najważniejsze: mama widzi świat po swojemu. Nie tak jak ja.

Moja rzeczywistość to Marta, która po każdej delegacji wpada najpierw w moje i Hani objęcia, szepcząc: Bardzo tęskniłam.

To nasze własne, nieduże mieszkanie, na które spłacamy kredyt sami i nikt nam nie pomaga. To moje prawo zdecydować, kiedy wrócić do pracy i czy posłać tak małą Hanię do żłobka. To prawo do życia bez patrzenia na cudze opinie.

Nie robiłem awantur. Powoli stawiałem nowe granice. Przestałem dzielić się z mamą tym, co mogłaby przeinaczyć przeciwko mnie.

Na jej krytyczne komentarze (Wszyscy już dawno wrócili do pracy!), odpowiadam spokojnie:

Z Martą wszystko przemyśleliśmy, nie martw się.

Na zapędy, by znów przynieść torby zakupów, mówię: Dziękuję, ale lepiej przynieś jeden najładniejszy puzzel i wręcz go Hani osobiście, kiedy się spotkacie.

Przywracam jej rolę babci, nie sponsora ani sędziego. To trudne. Mama się buntuje, jest urażona.

Ale czasem, choć jeszcze rzadko, gdy pieczemy razem ciastka i Hania obsypuje nas mąką, łapię jej wzrok. Wtedy widzę nie groźnego sędziego, a zwyczajną babcię, która z dumą patrzy na wnuczkę.

Może tym mostem z mąki, cukru i śmiechu dziecka uda nam się odbudować relację?

***

I wyniosłem z tego istotną lekcję.

Najboleśniejsze rany zadają nie wrogowie. One pochodzą od ludzi, od których oczekujemy ochrony. Najważniejsze, by po takim ukłuciu nie zatracić w sobie dobroci, nie zatwardzić serca. Można się wyleczyć tylko prawdą o sobie samym. O tym, iż nie jesteś czyimś wyobrażeniem; jesteś człowiekiem z pełnym prawem do prawdziwego, choćby nieidealnego życia.

***

Kiedy opowiedziałem Marcie o wszystkim, po prostu mnie przytuliła i rzuciła:

Wiesz co, może zabierzmy naszą księżniczkę nad morze w przyszłym miesiącu? Pokażmy jej prawdziwe, żywe morze!

W jej oczach zobaczyłem tę odrobinę, której rzekomo tak bardzo nam brakuje. Cały ocean.

Idź do oryginalnego materiału