Nie chcę wychodzić za mąż — nie potrzebuję dodatkowych problemów na koniec życia.
Mam 56 lat. Od dwóch lat jestem związana z mężczyzną, którego kocham i przy którym czuję się spokojnie. Jednak on coraz częściej porusza jeden temat: „Dlaczego byśmy się nie pobrali?” A ja coraz mocniej odczuwam, iż nie tylko tego nie chcę — ja się tego boję. W tym wieku, po przejściu wielu burz, człowiek nie marzy już o ślubie jak o cudzie. Pragnie stabilności, ciepła i prostoty. A małżeństwo to odpowiedzialność, biurokracja, prawa do majątku, niezadowolenie dorosłych dzieci i niekończące się „a co jeśli…”. Jestem zmęczona tym „jeśli”.
Mój partner to Aleksander. Jest starszy o pięć lat. Spotkaliśmy się przypadkiem — w sanatorium, gdzie pojechałam odzyskać zdrowie po ciężkiej chorobie. Na początku wszystko było łatwe: spacery, rozmowy do późna w nocy, wycieczki do pobliskich miast, wspólne poczucie humoru. Potem zaczęło się prawdziwe życie. Przeprowadził się do mojego trzypokojowego mieszkania, które odziedziczyłam po rodzicach. Mój syn jest już dorosły, pracuje w Warszawie. Córka studiuje, mieszka ze mną. Aleksander także jest rozwiedziony. Ma dwie córki z poprzedniego małżeństwa, obie się uczą, mieszkają z matką.
Żyjemy razem, dzielimy codzienność, odpoczywamy, jeździmy na wieś, ale każdy żyje na swoje pieniądze. On ma swoją emeryturę, swój samochód. Ja mam mieszkanie, działkę na Podhalu, oszczędności i samochód kupiony z własnej pensji. Aleksander wspiera swoje córki — czasem bardziej, niż powinien. Ja również wspieram swoją córkę, ale staram się wychowywać ją do samodzielności.
Wszystko jest u nas poukładane. Nie kłócimy się, nie wyjaśniamy sobie spraw. Każdy ma swoją przestrzeń. Ale on chce pieczątkę w paszporcie. A ja nie.
Nie dlatego, iż go nie kocham. A dlatego, iż już raz byłam mężatką. Małżeństwo skończyło się ciężko — z krzykami, podziałem majątku, sądem i upokorzeniem. Były mąż próbował odebrać mi mieszkanie, na które oszczędzałam długie lata, udając urażonego. Po tym wszystkim potrzebowałam lat, by znów zacząć ufać.
A teraz Aleksander znowu mówi: „Dlaczego nie chcesz być moją żoną?” On nie rozumie. A ja nie potrafię tego wyjaśnić bez zranienia jego uczuć.
Nie chcę, żeby mój dom, moja praca, moje życie — stały się powodem podziału, jeżeli okaże się, iż nie pasujemy do siebie. Przecież nie jesteśmy dziećmi. Nie będziemy mieli wspólnych dzieci, nie będziemy już budować „życia od zera”. Wszystko już zostało zbudowane. Po co niszczyć i przebudowywać?
A jeszcze – moje dzieci. Nigdy nic nie powiedziały przeciw Aleksandrowi, ale widzę, jak córka go unika, mimo iż jest uprzejma. Syn w ogóle go nie komentuje. Jestem pewna: jeżeli się pobierzemy — zaczną się rozmowy. „A co, jeżeli teraz domaga się mieszkania?” „A jeżeli mama zdecyduje się coś przepisać na niego?” Im już teraz nie jest łatwo w życiu. Chciałabym kiedyś sprzedać mieszkanie, kupić sobie małe, przytulne jednopokojowe mieszkanie, a pozostałe pieniądze dać dzieciom. By mogły wziąć kredyt hipoteczny lub przynajmniej wynająć godne mieszkanie. o ile wyjdę za mąż — wszystko się skomplikuje. To będzie traktowane jako „wspólnie zdobyte”.
Nie chcę zbędnych papierów, nie chcę potem walczyć w sądzie, jeżeli coś pójdzie nie tak. Chcę po prostu żyć z ukochanym człowiekiem i być pewną, iż jest ze mną nie z powodu meldunku, nie z powodu mieszkania i nie z lęku przed samotnością.
Ale w ostatnich miesiącach Aleksander się zmienił. Milczy, zamyka się w sobie, coraz częściej oskarża mnie, iż „go nie kocham”. Staje się drażliwy, złośliwy. Mówi, iż wszystko robię „z wyrachowania”. Boli mnie to. Bo jestem z nim z miłości i chęci bycia razem. Po prostu nie chcę wychodzić za mąż.
Nie jesteśmy zakochanymi dwudziestolatkami, którzy wierzą, iż pieczątka coś zmieni. Ona nie zmieni nic. Tylko doda komplikacji. W naszym wieku miłość to nie ślub, nie pierścionki ani nazwisko. To dłoń podana w trudnym momencie. To osoba, z którą można milczeć wieczorami, oglądać telewizję i wiedzieć — jest obok i jest spokój.
Ale jakoś Aleksander uważa, iż bez pieczątki nie jestem poważna. A ja coraz częściej myślę: może to właśnie jest prawdziwa dojrzałość — kochać bez umów i zobowiązań?
Nie wiem, jak zakończy się nasza historia. Może odejdzie, obrażony. A może zrozumie. Ale nie zmienię swojej postawy. Żyłam zbyt długo, by znów stracić siebie w związku. Chcę ciszy, szacunku i wewnętrznego spokoju. A nie rozpraw sądowych, podziału majątku i formalnego „męża”.
Nie potrzebuję statusu — potrzebuję człowieka. I jeżeli tego nie rozumie, to może nie jest tym, na którego czekałam.