Nie była samotna. Prosta historia
Poranek zimowy rozciągał się leniwie, nie spiesząc się wcale do południa. Za oknem, na podwórku starego bloku w Łodzi, słychać było, jak pan Leszek, osiedlowy zamiatacz, z zapałem odgarnia śnieg, aż płaty bieli fruwały na boki.
Drzwi klatki schodowej co chwilę trzaskały to sąsiedzi gnali do pracy, mrucząc pod nosem coś nie zawsze cenzuralnego.
Kot Felek, z istną polską powagą, okupował parapet na szóstym piętrze i wszystkiemu się przyglądał z wysokości, z miną filozofa. W poprzednim wcieleniu przekonany był o tym całym swoim kocim jestestwem był księgowym, który nie widział świata poza złotówkami, tabelkami i paragonami.
Ale teraz, oj teraz już wiedział, iż w życiu liczą się sprawy poważniejsze niż saldo na koncie.
Zrozumiał, iż nie ma nic cenniejszego od ciepłego spojrzenia, serdecznego słowa i dachu nad głową reszta sama się jakoś ułoży.
Felek zerknął do pokoju na wygniecionym już kanapobrzeżu spała babcia Wanda, jego wybawczyni.
Kot zeskoczył z okna i cichutko ułożył się tuż przy jej głowie, grzejąc babcine siwe włosy swoją ciepłą sierścią jak najlepsza termoforka.
Felek był wtajemniczony: każdego ranka babci Wandzie dokuczała głowa więc starał się pomagać, jak tylko mógł.
Felku, kochany z ciebie doktor babcia Wanda otworzyła powoli oczy, czując znajome ciepełko znowu mi łeb odczarowałeś, no jesteś mistrz! Czym ja bym sobie bez ciebie poradziła, hę? Jak ty to robisz, powiedz no!
Felek machnął łapką nonszalancko jakby mówił: Dla mnie to pestka, jeszcze nie takie rzeczy ogarniam!
W tym momencie z przedpokoju dobiegało ciche, zawistne chrząkanie to zazdrość przemówiła przez psa Gawrysia.
Gawryś wiernie trwał przy babci Wandzie od lat był jej obrońcą, przyjacielem i domowym ochroniarzem. Zawsze, gdy na klatce ktoś hałasował, Gawryś szczekał z przekonaniem, żeby nikomu nie przyszło do głowy, iż babcia jest bezbronna.
Był święcie przekonany, iż rządzi całym tym gospodarstwem.
Kim on był za życia? Pewnie majstrem albo milicjantem, zastanawiał się Felek, spoglądając filozoficznie na Gawrysia, taki hałaśliwy, ale co tam, niech sobie szczeka może i rację ma, przecież z nim bezpieczniej!
No moi kochani, a co ja bym bez was zrobiła babcia Wanda, sapiąc i gmerając w kieszeni szlafroka za okularami, wstała z kanapy zaraz coś wam podrzucę, a potem pójdziemy na spacer.
A jak emeryturka wpadnie to choćby kurczaka kupimy!
Samo słowo kurczak spowodowało istną eksplozję radości.
Kocur zaczął ugniatać łapami kanapę, pomrukując tak donośnie, iż aż firanki się poruszały, i rozanielił się głową tak mocno w babcine artretyczne palce, iż aż pierścionek się przekręcił.
No, łobuziaku jeden, nie dość, iż rozumiesz co się mówi, to choćby trochę za bardzo uśmiechnęła się babcia Wanda. Pies tylko sapnął, bo wiedział już wszystko, i przycisnął wilgotny nochal do jej kolan.
No popatrzcie, żywe stworzenia, a od razu dom cieplejszy i dusza nie taka samotna myślała ze wzruszeniem babcia Wanda.
Człowiek umiera i potem co? Jedni mówią tak, drudzy siak trybikiem nie nadążysz. Ale ja, gdyby się dało, to bym kotką została po śmierci. Żebym tylko trafiła do takich dobrych ludzi. Psem to nie szczekać za głośno, a ja taka jestem cicha. Ale kotką, oj kotką, to bym była świetną, mizianą i kochaną. Może jeszcze kiedyś się uda
A tfu, na stare lata człowieka łapią takie rozkminy mruknęła do siebie babcia Wanda, otrzepując fartuch.
Nie zauważyła, jak kot się do siebie uśmiechał w wąsy i z satysfakcją posłał spojrzenie Gawrysiowi.
No proszę, kotką chce być, nie psem!
Felek umiał już czytać myśli, co w sumie było miłym bonusem po tylu wcieleniach.
Takie to życie: do czego to człowiek (i kot) może się przyzwyczaić.











