"Nie będę już sama zajmować się rodzicami. W końcu mam rodzeństwo"

kobietaxl.pl 3 godzin temu

Została „wydmuszką”

Aneta mieszka u rodziców, nie takie miała marzenia. Po maturze gwałtownie poślubiła Jurka. Wyprowadziła się do jego rodzinnego domu pod miastem, gdzie jej nowo poślubiony mąż z bratem i rodzicami mieli pieczarkarnię. Na początku myślała, iż „złapała Pana Boga za nogi”, wszyscy jej zazdrościli chłopaka z majątkiem. W rodzinnym domu żartowali, iż mają teraz „panią na włościach”. Była młoda, arogancka, pewna, iż ma wspaniałą przyszłość.

- Jurka poznałam w technikum – opowiada Aneta. – Chodziłam do ekonomika, a on był po technikum rolniczym. Był trochę starszy, w moim zespole szkół kończył policealny kierunek ekonomiczny. Szykował się do prowadzenia rodzinnego biznesu. Jurek był przystojny, miał duże powodzenie u dziewczyn. Do szkoły przyjeżdżał podrasowanym BMW. Kiedyś zagadał, potrzebował pomocy przy angielskim, byłam dobra z języka. Zgodziłam się go przygotować do testu, bo by nie zaliczył. Tak się zaczęło.

Aneta pochodzi z robotniczej rodziny, tato był spawaczem, mama pracowała w cukierni. Mieszkali w jednorodzinnym domu, typowym „klocku” z lat 70. Miała rodzeństwo, starszy brat Marek po szkole wyjechał do pracy za granicę, zaczepił się w fabryce samochodów. Był po technikum mechanicznym, miał talent do maszyn, dobrze sobie radził. Poznał Polkę założyli rodzinę, kupili dom. Nie zamierzał wracać. Młodsza siostra Agnieszka, lubiła dzieci, skończyła pedagogikę w większym mieście. Wyszła za wojskowego, zamieszkała tam, gdzie mąż dostał przydział. Została mamą. Wszyscy ułożyli sobie życie.

- I ja sądziłam, iż małżeństwo z Jurkiem jest na zawsze – opowiada Aneta. – Chociaż nie znałam się na uprawie grzybów, to chciałam się nauczyć i pracować z nimi razem, jak rodzina. Ale jakoś od początku oni mnie nie dopuszczali do plantacji. Woleli żebym zajęła się prowadzeniem domu. Nie protestowałam. Dostałam pracę w rachunkowości przedsiębiorstwa przetwórczego. Zakład był trzy kilometry dalej, dojeżdżałam swoim małym autem. Byłam zadowolona.

Aneta i Jurek dostali od teściów jedno piętro w ich trzykondygnacyjnym domu. Powoli się urządzali, szykowali pokoik dla synka, Aneta była w ciąży. Para bardzo się cieszyła, planowali większą rodzinę.

- Dobrze znosiłam ten stan – wspomina Aneta. – USG płodu pokazywało zdrowego chłopczyka. Dopiero tydzień przed terminem porodu zamierzałam iść na urlop. Nie chciałam żadnych niespodzianek w pracy. W ostatnim miesiącu ciąży brzuch był duży, czułam się bardzo ociężała, Jurek postanowił wozić mnie do i z pracy. Był bardzo opiekuńczy, nie chciał abym gniotła się za kierownicą, nie narażała dziecka. Dlatego nie zapinałam się pasami bezpieczeństwa. To było przecież tak blisko. Rano w poniedziałek, kilka dni przed moim urlopem, Jurek wiózł mnie do zakładu. Miał pierwszeństwo, skręcił, wtedy na pełnym gazie uderzył w nas pijany kierowca tira. Potem nic nie pamiętam. Straciłam przytomność, gdy się ocknęłam, byłam w szpitalu. Pusta, dziecka nie było. Miałam zmiażdżoną miednicę, połamane nogi. Jurek miał wstrząśnienie mózgu, był tylko potłuczony. Strata syna była strasznym ciosem, ale nie ostatnim. Lekarz prowadzący poinformował, iż nigdy nie zostanę mamą. Musieli mi usunąć część narządów rozrodczych. Wpadłam w rozpacz.

Po długim pobycie w szpitalu Aneta wróciła do męża i teściów. Powoli dochodziła do siebie, jej młody organizm odbudowywał fizyczne uszkodzenia. Gorzej było z psychiką.

- Bolałam nad stratą dziecka – mówi. – Mąż też. Sądziłam, iż z czasem jakoś razem damy radę, mieliśmy siebie. Ale coś się zmieniło, Jurek mnie unikał. Teściowie traktowali jak obcą. Podobnie brat męża. Zrozumiałam, iż mnie tu nie chcą. Nie wytrzymałam tej atmosfery, zapytałam Jurka wprost, o co chodzi. I usłyszałam „ jesteś wydmuszką, nie kobietą”. Zrozumiałam, iż nie mam tam czego tam szukać.

Z podkulonym ogonem

Aneta po roku bycia żoną wróciła do domu rodzinnego. Rodzice ją przyjęli, znowu zamieszkała w dawnym pokoju.

- Nie miałam pieniędzy, żeby kupić mieszkanie – opowiada. – Układ z rodzicami był taki, iż nie płacę za czynsz, zbieram na kawalerkę, ale gotuję i sprzątam. Po ich śmierci dom miał być sprzedany i podzielony na nas troje. Taki był testament. Każdemu po równo. Uznałam układ za OK.

Jurek gwałtownie podał sprawę o rozwód, nie ukrywał, iż chciał być ojcem. Pragnął syna, następcy. Aneta rozumiała, nie utrudniała, sprawnie poszło, została rozwódką. O jej nieszczęściu było w mieście głośno, ludzie plotkowali, niektórzy współczuli. Tu wszyscy się znali, więc każdy wiedział o tej „bezpłodnej” Anetce.

- Chociaż przez cały czas mogłam się podobać, wolni mężczyźni mnie unikali – stwierdza Aneta. - Owszem miałam propozycje seksualne ale od żonatych. To było obrzydliwe i obraźliwe. Dałam sobie spokój. Zresztą, po tym co przeżyłam, nie byłam zdolna komuś zaufać, a co dopiero uprawiać seks. Nie miałam już takich potrzeb. Zamknęłam ten rozdział.

Aneta skoncentrowała się na pracy i podnoszeniu kwalifikacji. W domu pomagała rodzicom, dbała o porządek, gotowała, piekła. Robiła wszystko, by zająć ręce i głowę. Z czasem poczuła się lepiej. W pracy była ceniona, zrobiła zaoczne studia, awansowała na kierownicze stanowisko. Lepiej zarabiała, często brała nadgodziny, bo nie miała rodziny. Jej oszczędności powoli rosły, marzenia o swoim kącie miały już konkretne kształty. choćby wybierała okolicę, gdzie chciałaby zamieszkać.

- Dalej mieszkałam z rodzicami, cieszyłam się z odwiedzin rodzeństwa – przyznaje Aneta. – Na początku cieszyłam się gdy z rodzinami składali świąteczne wizyty. Pucowałam dom, przygotowywałam tradycyjne potrawy. Rodzice mi pomagali. Było radośnie, choć dla mnie wyczerpująco. Trochę nas było przy tym świątecznym stole. Gdy wszyscy wracali do siebie, mnie czekało sprzątanie po gościach. Owszem, oni nie przyjeżdżali z pustymi rękami, ale dom był gotowy, stół nakryty, a ja wszystkich obsługiwałam. Grałam rolę gospodyni. Tak wypadało, rodzice nie byli już młodzi.

Plany były dobre, do czasu

Aneta już miała kupować mieszkanie, ale wtedy plany się posypały. Najpierw zachorował ojciec. Miał wylew, przeżył, ale wymagał opieki i rehabilitacji. Matka nie miała prawa jazdy. Wszystko było na głowie Anety.

- Jakoś dawałam radę, jak na złość mamie wysiadł kręgosłup – opowiada Aneta. – Choroba zawodowa, przez całe lata stała na nogach i dźwigała worki z mąką lub cukrem. Wcześniej już miała rozpoznaną cukrzycę. Było źle. Byłam w kropce, zadzwoniłam do rodzeństwa, co teraz? Chciałam iść na swoje, ale rodzice wymagali przecież stałej opieki. Nic nie wskórałam. Brat i siostra owszem, mogli dać jakieś pieniądze na leki czy płatną pomoc, ale nic poza tym.

Aneta zostałam sama z problemem. Przeanalizowała sytuację, mogła kupić mieszkanie, przenieść się tam. Lub nie kupować lokalu, mieszkać z rodzicami do ich śmierci w rodzinnym domu, potem spłacić rodzeństwo.

- Wybrałam mieszkanie, po co mi dom z kilkoma pokojami – przyznaje. – Poinformowałam rodzinę, iż mam swoje mieszkanie, bez zaciągania kredytu. Pogratulowali, ale z przekąsem. Dziwne, bo każdemu się powodzi.

Aneta dostała klucze swojego wymarzonego mieszkanka, ale go nie meblowała. Nie mogła jeszcze zostawić rodziców. Przyszły święta, potem kolejne. Rodzeństwo jak zwykle przyjeżdżało do rodziców na kilka dni.

- Zjawiali się tradycyjnie, na gotowe – mówi Aneta. – Padałam na twarz, bo niby wynajmowałam panią do mycia okien i odkurzania domu, ale reszta była na mojej głowie. Rodzice wymagali stałej obsługi. Nie chcieli słyszeć o obcych, którzy mieliby ich myć, gotować obiady czy karmić. Tolerowali tylko mnie. Z tego stresu i zmęczenia nabawiłam się nadciśnienia i przewlekłych bóli głowy. Nie miałam zupełnie siły.

Przyszły kolejne święta i scenariusz się powtórzył. Aneta postanowiła porozmawiać z bratem i siostrą o zmianach przy organizacji rodzinnych zjazdów. Chciała, by przyjeżdżali wcześniej i brali udział w przygotowaniach. Częściej dbali o rodziców.

- Poprosiłam o rozmowę przedstawiłam problem – opowiada. – Liczyłam na zrozumienie, tyle lat wszystko ogarniałam, plus codzienna rutynowa obsługa. Zareagowali agresją i wyrzutami. Usłyszałam, iż jak mi się nie udał bogaty mąż, to i tak poszłam na gotowe. Pasożytowałam na rodzicach. Ich zdaniem powinnam być wdzięczna za darmowy dom i za to przynajmniej dwa razy w roku zrewanżować się w organizację świąt. Poza tym nie mam własnej rodziny, to nie mam innych obowiązków. Takich słów się nie spodziewałam. Zabolało. Przecież dokładałam się do jedzenia i ich obsługiwałam wszystkich, jak służąca.

Rodzeństwo gwałtownie wyjechało, rodzice mieli do niej pretensję, uważali, iż Agnieszka i Marek mieli rację, według nich była niewdzięczna.

Czas na zmiany

Tego było zbyt wiele. Aneta umeblowała mieszkanie, zaczęła przenosiny swoich rzeczy. Mimo protestów matki i ojca, zorganizowała dochodzącą pomoc. Sama zobowiązała się do regularnych wizyt, zakupów i wożenia na wizyty do lekarzy. Opisała jakie obowiązki obejmuje i wysłała listę do rodzeństwa. Resztę, w tym opłaty rachunków, zostawiła rodzeństwu. Zażądała miesiąca wolnego dla niej, bez wizyt u rodziców, bo ma zamiar wyjeżdżać i wreszcie o siebie zadbać.

– Niech zobaczą, jak to wygląda w praktyce. Mimo lamentu rodziców, w te święta wyjeżdżam do sanatorium, będę się leczyć, jestem w złej kondycji. Potrzebuję spokoju i zmiany otoczenia. Chcę, żeby już na stałe w każde święta to rodzeństwo zajmowało się rodzicami – mówi Aneta. - Skoro i tak kilka robiłam, jestem niewdzięczna, to niech radzą sobie sami. Fakt, iż nie mam rodziny, nie oznacza, iż tylko na mnie ma spoczywać opieka.

Idź do oryginalnego materiału