Neuropatia cukrzycowa bez dramatu: to nie jest materiał na historię

polregion.pl 6 dni temu

Stopy Henryka

Henryk Wolski wiedział, iż coś jest nie tak, gdy przestał czuć guzik w bucie.

Chodziło o but roboczy, prawy, znoszony przez dwadzieścia lat pracy w warsztacie samochodowym przy ulicy Kolejowej w Radomiu. Wewnątrz, przy pięcie, sterczał od miesiąca luźny gwóźdź. Henryk czuł go rano, kiedy zakładał but, i przeklinał, iż wciąż zapomina go wyjąć. A potem, pewnego wtorku w marcu, przestał go czuć zupełnie.

— Halina, podaj mi te szczypce — powiedział do żony, siadając na taborecie w kuchni, żeby obejrzeć stopę.

Halina przyniosła szczypce i usiadła naprzeciwko niego przy stole, wycierając ręce w fartuch.

— Co tam znowu?

— Nic. Gwóźdź w bucie.

Wyjął but, obrócił go, wytrząsnął. Gwóźdź faktycznie tam był, zardzewiały, o centymetr wystający z podeszwy. Musiał tam sterczeć od dawna. Henryk zdjął skarpetkę i spojrzał na piętę.

Rana była głęboka jak paznokieć kciuka. Zaschnięta krew, brzegi żółtawe. I żadnego bólu. Żadnego.

— Halina.

Coś w jego głosie sprawiło, iż żona wstała od stołu.

— Jezus Maria, Henryk, od kiedy to masz?

— Nie wiem. Nie czułem nic.

To było kłamstwo połowiczne. Henryk czuł od kilku miesięcy, iż ze stopami dzieje się coś dziwnego — mrowienie po nocach, jakby chodził po drobnym żwirze, choć leżał w łóżku. Czasem piekące ukłucia w palcach, które budziły go o trzeciej nad ranem. Zrzucał to na wiek, na zmęczenie, na złe buty. Miał pięćdziesiąt sześć lat i cukrzycę typu 2 rozpoznaną jeszcze osiem lat temu, którą traktował jak formalność — pigułka rano, pigułka wieczorem, i tyle. Do lekarza chodził, kiedy recepta się kończyła, nie wcześniej.

— Jedziemy na pogotowie — powiedziała Halina, już sięgając po klucze od samochodu.

— Nie ma mowy. To zwykła rana, zaklejmy plastrem i tyle.

— Henryk, ty tego choćby nie czujesz! To nie jest normalne!

Pokłócili się wtedy pierwszy raz o tę stopę, ale nie ostatni.

***

Pojechali w końcu, bo Halina zagroziła, iż zadzwoni do syna w Warszawie, a Henryk nie chciał, żeby Marcin rzucał wszystko i przyjeżdżał robić z niego inwalidę. Lekarka na ostrym dyżurze — młoda, zmęczona, z podkrążonymi oczami — obejrzała stopę, zmierzyła poziom cukru z opuszka palca i spojrzała na wynik dłużej, niż Henrykowi się podobało.

— Trzysta dwadzieścia — powiedziała. — Panie Henryku, to jest bardzo wysoki poziom. A ta rana to skutek neuropatii cukrzycowej. Nerwy w pana stopach są uszkodzone przez lata podwyższonego cukru. Dlatego pan nie czuje bólu.

— To dobrze czy źle, iż nie czuję? — spróbował zażartować.

Lekarka nie roześmiała się.

— To bardzo źle. Ból to alarm. Pan stracił alarm. Może pan chodzić z odłamkiem szkła w stopie tydzień i się nie zorientować, aż zacznie się zakażenie. A zakażenie u diabetyka może skończyć się bardzo poważnie. Musimy oczyścić ranę, założyć opatrunek, i proszę koniecznie iść do poradni diabetologicznej. Nie za miesiąc. W tym tygodniu.

Halina siedziała obok na krześle, ściskając torebkę na kolanach tak mocno, iż knykcie jej zbielały.

— A jeżeli nie pójdzie? — zapytała cicho.

— jeżeli rana się nie zagoi i dojdzie do martwicy tkanki, mówimy o amputacji. To nie jest straszenie, proszę pani. To statystyka.

Henryk milczał całą drogę do domu.

***

Przez dwa tygodnie robił dokładnie to, co kazała lekarka — zmieniał opatrunek, brał antybiotyk, choćby umówił się do poradni diabetologicznej. Ale coś w nim się zamknęło. Nie mówił o tym z Haliną, nie mówił z synem, kiedy ten zadzwonił zaniepokojony. Odpowiadał krótko: goi się, nie martw się, jestem umówiony na wizytę.

Wizyty nie odwołał, ale też na nią nie poszedł. W dniu terminu pojechał zamiast tego do warsztatu, bo klient czekał na naprawę hamulców, a Henryk czterdzieści lat swojego życia budował reputację człowieka, który nie zawodzi.

Halina dowiedziała się przypadkiem, kiedy zadzwoniła do przychodni, żeby zapytać o wyniki.

— Pan Wolski się nie stawił — powiedziała recepcjonistka.

Tego wieczoru w mieszkaniu przy Kolejowej było głośno, jak dawno nie było.

— Ty chcesz stracić nogę?! — krzyczała Halina, stojąc na środku kuchni, podczas gdy Henryk siedział przy stole, patrząc w obrus. — Ty myślisz, iż jak nie pójdziesz do lekarza, to problemu nie ma?!

— Nie mam czasu w siedzenie w kolejkach do specjalisty, Halina! Mam warsztat, mam klientów!

— A jak ci utną stopę, to będziesz miał czas siedzieć w domu na rencie, tak?! Tego chcesz?!

Cisza, jaka zapadła po tych słowach, trwała długo. Henryk wstał od stołu, poszedł do łazienki i zamknął drzwi. Usiadł na brzegu wanny, zdjął skarpetkę i popatrzył na piętę. Rana, mimo antybiotyku, wyglądała gorzej niż dwa tygodnie temu — zaczerwienienie rozlało się na boki, skóra wokół była napięta i błyszcząca.

Po raz pierwszy poczuł strach, który nie miał nic wspólnego z dumą.

***

Do poradni diabetologicznej zawiozła go w końcu Halina, siłą niemal wciągając go do samochodu w sobotni poranek, kiedy warsztat był zamknięty i nie miał wymówki. Lekarz, starszy mężczyzna z siwą brodą, obejrzał stopę długo, uciskał ją w kilku miejscach metalowym kluczykiem, pytając za każdym razem, czy Henryk czuje dotyk.

Henryk kręcił głową. Nic. Nic. Nic. Dopiero przy kostce poczuł coś, słabe mrowienie.

— Panie Henryku, to jest zaawansowana polineuropatia obwodowa. Utracił pan czucie w większości stopy. To efekt cukru, który przez lata nie był dobrze kontrolowany. To się nie cofnie do końca, ale możemy zatrzymać postęp i uratować to, co pan jeszcze ma. Rana wymaga teraz intensywnego leczenia — będziemy ją czyścić co kilka dni, dostanie pan mocniejszy antybiotyk, a cukier musimy opanować, bo inaczej nic się nie zagoi.

— A jeżeli się nie zagoi?

Lekarz odłożył kluczyk na biurko.

— Widziałem w tym gabinecie ludzi, którzy stracili palce. Widziałem takich, co stracili stopę. Zwykle nie dlatego, iż choroba była nie do zatrzymania. Dlatego, iż przyszli za późno albo nie wracali na kontrole. Pan przyszedł. To dobry znak. Ale teraz musi pan to potraktować poważnie, jak naprawę silnika, w którym zignorowanie jednego dźwięku kończy się wymianą całej jednostki. Pan to rozumie lepiej niż niejeden pacjent.

Coś w tym porównaniu dotarło do Henryka bardziej niż wszystkie wcześniej wygłoszone ostrzeżenia. Silnik, który stuka, a kierowca jedzie dalej, bo się spieszy — dopóki nie stanie na środku drogi.

***

Zmiany nie przyszły od razu i nie przyszły łatwo. Henryk zaczął mierzyć cukier trzy razy dziennie, zapisując wyniki w zeszycie, który trzymał w warsztacie w szufladzie z narzędziami. Halina nauczyła się gotować bez cukru dodanego wprost do potraw, choć pierwsze tygodnie kończyły się kłótniami o to, iż jedzenie jest "bez smaku". Co wieczór, zamiast siadać przed telewizorem, oglądał własne stopy przy świetle lampki nocnej — obracał je, sprawdzał między palcami, szukał czegoś, czego mógł nie poczuć.

To była najdziwniejsza część — musiał patrzeć tam, gdzie ciało przestało go ostrzegać.

Rana goiła się powoli, tygodniami, ale się goiła. W poradni co dwa tygodnie mierzono jej obwód, robiono zdjęcia, porównywano. Pewnego dnia, jakieś trzy miesiące po tamtym marcowym wtorku, pielęgniarka zdjęła opatrunek i powiedziała po prostu:

— To już się zamknęło. Zostanie blizna, ale skóra jest cała.

Henryk patrzył na własną piętę, na różową, ściągniętą skórę tam, gdzie wcześniej była dziura. Nie czuł jej pod palcem, kiedy dotknął. Ale wiedział, iż jest.

W drodze do domu zatrzymał się po nowe buty — nie takie, jakie nosił od lat, tylko specjalne, ortopedyczne, które lekarz mu polecił, z miękką wkładką i bez szwów w środku. Halina siedziała obok w sklepie, przymierzając razem z nim kolejne pary, aż znaleźli adekwatną.

— Będziesz teraz codziennie sprawdzał sobie stopy? — zapytała w samochodzie, kiedy wracali.

— Będę.

— Obiecujesz?

Henryk spojrzał na nią, potem na pudełko z butami na tylnym siedzeniu.

— Halina, ja czterdzieści lat sprawdzam silniki, żeby nie stanęły w połowie trasy. Mogę chyba nauczyć się sprawdzać własne stopy.

Uśmiechnęła się pierwszy raz od tygodni, tak naprawdę się uśmiechnęła, i przez chwilę w samochodzie było tylko cicho i spokojnie, tak jak dawno nie było.

Idź do oryginalnego materiału