Nazywam się Jan i mam 61 lat.
Obecnie nie mieszkam w Polsce.
Trzy lata temu zostałem wdowcem.
Kiedy Basia odeszła, zostałem w tym samym domu.
Wychowaliśmy tam razem dzieci.
Nagle wszystko stało się za wielkie.
I zbyt ciche.
Moje dzieci żyją w innych miastach.
Mają własne rodziny.
Dzwonią w niedzielę, wpadają na Boże Narodzenie.
Przez resztę roku jestem tylko ja i cisza.
Przez 38 lat pracowałem jako nauczyciel w szkole podstawowej.
Przeszedłem na emeryturę z myślą o odpoczynku.
Prawda była inna – nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić.
Pierwsze miesiące siedziałem przed telewizorem.
Jadłem byle jak.
Przestałem o siebie dbać.
Kiedy odwiedziła mnie córka Zosia, była bliska płaczu.
– Tato, wyglądasz jak cień człowieka – powiedziała.
Miała rację.
Sześć miesięcy temu postanowiłem, iż dłużej tak nie może być.
Zacząłem codziennie chodzić na spacery do parku.
Jest tam ławka pod starym dębem.
Naprzeciwko małego stawu z kaczkami.
Siadam tam każdego dnia.
To miejsce jest spokojne, ale nie samotne.
Czuć tam życie.
Jakieś dwa miesiące temu zauważyłem pewną kobietę.
Krótkie białe włosy, duże okulary, kolorowy sweter.
Bez względu na pogodę.
Siadaliśmy na przeciwległych ławkach.
Kiwaliśmy sobie tylko głową.
Aż pewnego dnia usiadła tuż obok mnie.
– To pana miejsce? – zapytała z uśmiechem.
– Nie moje, ale… zwykle tu siadam – odpowiedziałem.
– To niech pan przysiądzie. Zmieścimy się we dwoje – powiedziała.
I od tego się zaczęło.
Opowiedziałem jej o Basi.
Jak uwielbiała kaczki.
Mówiła, iż są wolne, ale zostają, bo ktoś się nimi opiekuje.
Spojrzała na mnie w sposób, który rozumie tylko ktoś, kto też stracił.
– U mnie minęło pięć lat – powiedziała cicho. – Mąż. Rak.
Od tamtego dnia zostaliśmy towarzyszami tej samej ławki.
Czasem rozmawialiśmy, czasem milczeliśmy.
Któregoś poranka przyniosła mi kawę w termosie.
Innym razem ja przyniosłem chleb dla kaczek.
Śmiała się jak dziecko, kiedy je karmiliśmy.
Ma na imię Grażyna.
Pewnego dnia podarowała mi własnoręcznie zrobiony sweter.
Niebieski. Mój ulubiony kolor, choć nigdy jej tego nie powiedziałem.
– Obserwuję pana codziennie – uśmiechnęła się szeroko. – Człowiek się uczy dostrzegać.
Rozmawialiśmy o życiu, o stracie, o teraźniejszości.
Że miłości się nie zastępuje, ale serce jest większe, niż myślimy.
Wczoraj po raz pierwszy od trzech lat zaprosiłem kogoś do siebie.
Ugniotłem kluski śląskie według przepisu Basi.
Nie wyszły idealnie, ale były prawdziwe.
Rozmawialiśmy długo. Było dużo śmiechu.
Dużo dzielenia się.
Kiedy wychodziła, mocno mnie przytuliła.
Takie przytulenie, które przypomina, iż się żyje.
Dzisiaj znowu spotkałem ją w parku.
Miała przy sobie dwie książki.
– Jedna jest dla pana – powiedziała. – Poczytajmy razem.
Usiadłem bliżej niż zwykle.
Czy to jeszcze przyjaźń, czy już coś więcej?
Może nie trzeba tego nazywać.
Wystarczy, iż znowu czuję, iż żyję.



![Uruchamiamy MC1204, słynny zegar z CEMI [TOWARY MODNE 342]](https://i1.ytimg.com/vi/9Sw4qEphmjs/maxresdefault.jpg)







