Zdrada w Rzeszowie, ucieczka na wieś
Zimno obudziło ją o piątej rano. Wyciągnęła rękę na drugą stronę łóżka — poduszka była lodowata. Marek nie nocował w domu trzecią noc z rzędu. Mówił, iż delegacja, iż negocjacje w Rzeszowie, iż nie będzie jej zawracał głowy. Leżała, wpatrując się w ciemny sufit, i słuchała, jak listopadowy deszcz zacina o parapet. Gdzieś na dole, w korytarzu starej kamienicy na krakowskim Podgórzu, skrzypiały drzwi wejściowe. Dwadzieścia lat temu to skrzypienie oznaczało jedno: Marek wraca. Zanim zdążyła wstać, on już zdejmował buty, a ona udawała, iż śpi, żeby móc usłyszeć, jak cicho przeklina, gdy w ciemności kopnie w stołek.
Teraz to skrzypienie oznaczało, iż sąsiedzi wychodzą do pracy.
W kuchni nastawiła czajnik. Na blacie stały dwa kubki — ten z krakowskim smokiem, kupiony na straganie w Sukiennicach, i ten z odpryśniętą rączką, jej. Przez lata nikt nie śmiał wyrzucić tego z wyszczerbioną rączką, bo „babcia by się pogniewała". Nalała wrzątku do swojego, wrzuciła torebkę rumianku. Telefon leżał obok, ekranem do góry. Jedno powiadomienie z nieznanego numeru:
„Chyba już Pani rozumie. Marek należy do mnie. Z Panią jest z przyzwyczajenia. Proszę go puścić — tak będzie uczciwiej dla wszystkich".
Przeczytała trzy razy. Potem odłożyła telefon i usiadła na taborecie. Nie płakała od razu — najpierw poczuła chłód w klatce piersiowej, jakby ktoś wlał pod żebra zimną wodę. Potem przyszły łzy, gorące i gniewne. Zacisnęła dłoń na ustach, żeby nie obudzić kamienicy swoim łkaniem.
Miała czterdzieści osiem lat. W tym mieszkaniu przeżyła dwadzieścia trzy z nich. Urodziła dwoje dzieci, wyprawiła im urodziny z tortem z wielorybem i z gaszeniem świeczek na balkonie. Teraz Kuby dawno nie było — pracował w Gdańsku, Wiktoria studiowała w Poznaniu. Mieszkanie zrobiło się za duże, jak ubranie po kimś innym.
Nie dzwoniła do Marka. Nie sprawdzała, gdzie jest.
Otworzyła szafę w przedpokoju. Na najwyższej półce stała stara walizka, ta sama, z którą przed laty jeździła do ciotki Stefanii pod Zamość. W środku wciąż leżał zasuszony kwiat rumianku, włożony tam kiedyś przez matkę na szczęście. Anna wrzuciła do walizki dżinsy, dwa swetry, ciepłe skarpety, dokumenty. Na spód schowała kopertę z gotówką, którą odłożyła w zeszłym roku z myślą o remoncie łazienki. Osiem i pół tysiąca złotych.
Do autobusu miała czterdzieści minut. Wyszła na deszcz, walizka stukała o nierówne kocie łby. Nie obejrzała się. Gdyby się obejrzała, zobaczyłaby balkon, na którym Marek stawiał pierwszą gwiazdę betlejemską w ich wspólnym życiu. Nie mogła.
Dworzec autobusowy przy Bosackiej pachniał mokrym asfaltem i kebabem. Kupiła bilet do Zamościa, z przesiadką. W autobusie było pusto. Usiadła przy oknie. Otworzyła aplikację bankową i wysłała tamtej kobiecie trzy słowa:
„Proszę bardzo. Jest wolny".
Wyłączyła telefon. Przyłożyła czoło do zimnej szyby.
Wieś pod Zamościem przywitała ją błotnistą drogą i psem, który szczekał, ale nie podchodził. Dom ciotki Stefanii stał na końcu ulicy, za kapliczką. Kalenica zapadnięta, w oknach żadnego światła. Ciotka zmarła dwa lata temu, dom stał pusty, dzieci ciotki mieszkały w Niemczech i nie kwapiły się go sprzedać. Anna pchnęła furtkę, zawias jęknął. Klucz miała na dnie walizki — włożony tam nie wiadomo kiedy, na zapas, jakby czekała na dzień, kiedy będzie jej potrzebny.
W środku pachniało kurzem, woskiem i suszonymi ziołami. Na ścianie wyblakła reprodukcja Częstochowskiej, pod nią stolik nakryty serwetą. Anna zdjęła mokrą kurtkę i położyła ją na ławie. Rozpaliła w piecu. Drewno, złożone pod wiatą, nasiąkło wilgocią — długo dymiło, zanim chwyciło ogniem. Siedziała przed otwartymi drzwiczkami i patrzyła, jak płomień robi się pewny.
Kiedyś, zanim wyjechała do Krakowa, matka uczyła ją piec ziemniaki w popiele. „Patrz, nie w ogień, tylko w popiół" — mówiła. Anna nigdy nie potrafiła trafić w ten moment: za wcześnie, za późno. Może dlatego, iż zawsze się spieszyła.
Nie spieszyła się teraz.
Przez pierwsze trzy dni nikt nie wiedział, iż tu jest. Ani dzieci, ani Marek. Telefon leżał w szufladzie, wyłączony. Anna myła podłogi tą samą szmatą, której używała ciotka; prała firanki w blaszanej balii; znalazła w skrzyni stertę listów, przewiązanych sznurkiem. Czytała je do nocy, opierając się plecami o zimną ścianę. Między listami — jej własny sprzed lat, do matki: „Mamo, kupiliśmy z Markiem kanapę. Wieczorem siedzimy na niej i gadamy o budowie domu. Śmiejemy się tak, iż sąsiadka puka w ścianę. Jest dobrze".
Kartka wysunęła się z ręki, upadła na podłogę. Anna nie podnosiła jej przez chwilę.
Czwartego dnia po drewno przyszedł sąsiad, pan Roman. Mały, w szelkach, pachnący tytoniem. Zobaczył ją przy drewutni, zdjął czapkę.
— Aa, to ty. Jam myślał, iż złodziej — powiedział.
— Ja, panie Romanie. Przyjechałam na trochę.
— Sama? — zapytał, mierząc wzrokiem jej samotną sylwetkę.
— Sama.
Nic więcej nie powiedział. Pomógł narąbać drzewa, zostawił po sobie woń machorki i niedomkniętą furtkę. Anna poprawiła ją i dopiero wieczorem zorientowała się, iż na schodku leży zawiniątko: twaróg, lepiący się w gazie, i trzy jajka. To była miejscowa forma solidarności — nie słowa, tylko produkty.
Piątego dnia pod dom podjechało auto. Marek.
Anna zobaczyła go przez okno, zanim zdążył zadzwonić. Stał przy kapliczce, w za dużym płaszczu, w ręku bukiet czerwonych róż, który wyglądał, jakby ją przepraszał. Nie wyszła od razu.
Siedziała przy stole i patrzyła na swoją dłoń na blacie. Dlaczego ludzie przyjeżdżają z różami po tym, jak przez miesiące nie przynoszą nic? Może to takie pukanie do drzwi, o których zapomnieli, iż istnieją.
Wyszła na próg.
— Anna — powiedział. — Szukałem cię po całym cholernym Krakowie.
Głos miał zachrypnięty, jak po nocy spędzonej w samochodzie.
— Nie prosiłam, żebyś szukał.
— Wyłączyłaś telefon. Ktoś widział cię na dworcu. Myślałem, iż coś się stało.
— Stało się. Tylko iż pewnie w innym miejscu, niż myślisz.
Marek zrobił krok bliżej, ale nie wszedł. Patrzył to na nią, to na dom, jakby ten dom był mu obcy. I był.
— Mogę wejść? — zapytał.
— Woda na herbatę się gotuje.
W środku usiadł na brzegu krzesła, nie zdjął płaszcza. Anna postawiła przed nim kubek ze smokiem wawelskim — jedyny, jaki miała poza swoim.
— Wiem, iż ona ci napisała — zaczął. — Wyrzuciłem ją z pracy. Zrywam wszystko. Sprzedaję mieszkanie, wyniosę się albo zrobimy tak, jak zechcesz.
— Nie chcę, żebyś się wynosił. Chcę, żebyś przestał udawać, iż ja jestem twoją odpowiedzialnością.
— Nie jesteś moją odpowiedzialnością.
— To czym jestem?
Nie odpowiedział. Patrzył w okno na deszcz, który znowu się zaczął.
To milczenie trwało za długo, żeby je jeszcze wybaczyć.
— Dwa dni temu — powiedziała Anna — wyciągałam z beczki stare narzędzia ciotki. Była w nich taka motyczka do ziemniaków. Wiesz, co z nią zrobiłam? Wrzuciłam do ognia. Zardzewiały szmelc. Trzymałam ją dwadzieścia lat, bo nie umiałam wyrzucić rzeczy bez użycia.
— Anna, co to ma wspólnego z nami?
— Ty jesteś tą motyczką, Marek. — Głos jej się nie podniósł, ale każde słowo padało jak uderzenie. — Trzymałam cię, bo się przyzwyczaiłam, nie dlatego, iż mnie jeszcze do czegoś potrzebujesz. Ale ja umiem już wyrzucać rzeczy bez użycia. Nauczyłam się tego w cztery dni.
Marek poderwał się z krzesła.
— Nie porównuj mnie do złomu! Dwadzieścia trzy lata, Anna, dzieci, dom…
— To ty porównałeś siebie do przystawki, kiedy tamta kobieta pisała do mnie, iż jestem przyzwyczajeniem. Ja tylko wskazuję, gdzie leży prawda.
Zamilkł. Opadł z powrotem na krzesło, jakby nogi odmówiły posłuszeństwa.
— Czego ty chcesz, Anna? Powiedz wprost, bo ja już nie rozumiem nic.
— Chcę zobaczyć, kim jestem, kiedy nikt mnie nie potrzebuje z przyzwyczajenia. choćby jeżeli to będzie bolało bardziej niż to, co mi zrobiłeś.
W końcu wstała i zdjęła z półki nad kredensem prosty, lniany fartuch, cały w spranych plamach.
— Pojutrze zaczynam pracę. Tu jestem do piątku — powiedziała.
— Wracasz? Do Krakowa?
— Nie. Do pracy. W kościele w Zamościu.
Marek zamrugał.
— Jakiej pracy?
— Wypalanie świec i sprzątanie zakrystii. Siostra Janka, którą przysłał proboszcz, prosiła, żebym pomogła przy dekoracji na adwent.
To była prawda. Proboszcz z sąsiedniej parafii widział światło w ciotczynym domu, przyszedł zamieść podwórko. Rozmawiali pół godziny o ziołach, o ciotce, o tym, iż „gdzieś trzeba rękę zaczepić". Nazajutrz przysłał siostrę. Anna nie odmówiła.
Marek siedział niezręcznie, obracając w palcach ten głupi bukiet. W końcu ułożył go na ławie, tak jak lądują rzeczy, które nie trafiają do rąk.
— Anna, błagam. Wiem, iż skrzywdziłem. Ale nie zmieniaj swojego życia przez jedną głupią sprawę. Wróć do Krakowa. Porozmawiamy.
— Ja się w końcu rozbieram z tego, co nie jest mną — powiedziała. — Ty chyba nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy.
Podniósł się. Krzesło zgrzytnęło.
— Powiedz mi, co mam zrobić. Zrobię wszystko.
— Wozić mnie po Krakowie nie musisz. Możesz przestać kłamać, iż ta poduszka w naszym łóżku jest twoja.
To go uderzyło. Otworzył usta, zamknął. Wyszedł. Furtka stuknęła.
Anna zgarnęła róże z ławy, zdjęła celofan. Poobcinała końcówki, powkładała do słoika po ogórkach. Postawiła na parapecie. Z daleka, w cienkim świetle listopadowego popołudnia, wyglądały całkiem przyzwoicie.
Wieczorem zadzwoniła Wiktoria.
— Mamo, tata powiedział, iż masz kryzys. Że się wyprowadziłaś na wieś. Co się dzieje?
— Tata powiedział „kryzys"?
— No, iż ci odbiło, iż potrzebujesz czasu, iż on czeka.
Anna oparła się o chłodną kuchenną framugę.
— Zapytaj ojca, komu wysłał w zeszłym miesiącu paczkę z bielizną. Z paczkomatu przy Galerii Kazimierskiej. Adresat: Malwina i numer mieszkania napisany z literówką.
Wiktoria długo milczała.
— Skąd wiesz? — zapytała cicho.
— Bo paczkę ktoś odebrał, a pani Malwina ma porządek we wszystkim oprócz cudzych facetów. Zostawiła mi swoje rajstopy na sedesie. Myślała, iż to ja piorę. Nie zostawia się śladów.
Wiktoria wybuchła płaczem. Anna słuchała, jak córka oddycha z trudem, jak pyta „co teraz, mamo", jak wreszcie ucichła, gdy matka nic nie odpowiedziała.
— Przyjedź, jak skończysz semestr — powiedziała Anna w końcu. — Uparcie chcę, żebyś zobaczyła, iż to nie jest kryzys. To jest urządzanie się w życiu.
— Ale rozstajecie się?
— Tego ja jeszcze nie wiem. Wiem, iż nie wrócę do tamtego mieszkania na Podgórzu jako kobieta, którą można powiadomić esemesem.
Odłożyła słuchawkę i usiadła przy stole. Dom owinął ją ciszą tak pełną, iż słyszała własny oddech. Za oknem na jabłoni kołysały się ostatnie liście.
Następnego ranka założyła kurtkę jeszcze wilgotną w rękawach i poszła do kościoła.
Siostra Janka wyglądała jak zapach — sucha, czysta, w roboczym fartuchu. Podała Annie drabinkę, watę i komplet nowych osłonek na klosze. Pracowały w chłodzie, w zielonkawym świetle padającym z witrażu. Żadna nie mówiła o mężczyznach. Mówiły o wosku: iż łatwiej się go zdejmuje z klosza, gdy blacha jest ciepła, nie gorąca.
Kiedy Anna zeszła z drabinki, siostra obejrzała jej dzieło.
— Ma pani cierpliwość. A to już połowa drogi.
Wtedy Anna rozpłakała się pierwszy raz od tamtej nocy. Nie dlatego, iż usłyszała coś wielkiego. Po prostu ktoś powiedział jej, iż coś umie.
Po miesiącu mieszkała na wsi na stałe. Zima przyszła szybko, śnieg zrównał pola. Jeździła do Zamościa autobusem, kupiła na targu miejskim solidne kalosze, nauczyła się zamykać komin przed mrozem. Marek przyjeżdżał co niedzielę. Czasem wchodził, czasem tylko odstawiał pod furtkę siatkę z pieczywem i serem. Nie naciskał. Nie składał obietnic. Którejś środy Wiktoria przywiozła jej z Krakowa pudełko z rzeczami: szalik, wełniany sweter, fotografię, którą Anna trzymała w kuchni, i mały ceramiczny dzbanuszek. Reszta została. Anna o nic nie prosiła.
W piątek przed adwentem w kościele zabrakło jednego klosza. Nie zbił się — zniknął. Siostra Janka razem z Anną szukały go po wszystkich szafkach, aż proboszcz powiedział, iż „może Matka Boska wzięła na górę". Anna uśmiechnęła się pod nosem. Wieczorem znalazła klosz u siebie na parapecie — ktoś musiał wynieść go razem z firankami. Następnego dnia po mszy oddała go proboszczowi.
— Pani Anno — powiedział — jeden klosz to dużo. Światło się równe robi.
— Ale nierówne też nie jest byle jakie — odpowiedziała.
Wiosną jabłoń oblepiła się pąkami. Marek przyjechał w sobotę, jak zwykle. Miał ze sobą tylko kawę mieloną i chleb razowy. Anna stała w otwartych drzwiach i patrzyła, jak idzie od furtki. Znowu śnieg — już mokry, marcowy — padał mu na ramiona.
— Piłeś pewnie tę samą co ona, co? — zapytała, mrużąc oczy.
Stanął. Zasmucił się.
— Nie rozumiem.
— Kawę. Pytam, czy ona też pije taką.
— Anna, nie jadłem z nią kolacji. Nie mieszkaliśmy razem. To była… nie wiem, przystawka do pustki. Ale do ciebie wracam po życie, nie po smak.
To była taka odpowiedź, po której nie mogła ani płakać, ani kazać mu odejść. Więc nabrała wody do czajnika i wpuściła go.
Tego wieczoru nie rozmawiali o Malwinie ani o tym, co było. Obierali ziemniaki. On zmywał, ona wycierała. Para osadzała się na szybach, a dom wreszcie pachniał gotowanym jedzeniem, nie kurzem.
Kiedy wychodził, powiedział:
— Zostałbym.
— Wiem.
— Ale nie zostanę, dopóki nie powiesz, iż chcesz.
Wtedy Anna podeszła do niedużej skrzynki przy piecu, otworzyła ją i wyjęła z niej fartuch siostry Janki, a potem prosty, złamany nożyk do wosku.
— Jak chcesz coś robić, to w poniedziałek przyjdzie proboszcz po klosz, który nie należy do mnie. Pomóż mi go zapakować. Potem pomyślimy.
Marek popatrzył na nożyk, na nią. Zabrał się do pomocy.
W poniedziałek proboszcz zastał ich w ogródku, gdzie pili mleko zsiadłe. Zapytał, czy Anna podjęła decyzję. Odpowiedziała, iż na razie zostaje na wsi, a Marek może przyjeżdżać, jeżeli chce, ale jego miejsce nie jest przypisane. Proboszcz pokiwał głową.
Anna nie wybaczyła od razu. Najpierw nauczyła się pakować cudze klosze i nie mylić ich ze swoimi. Potem — wiązać woskowane knoty tak, żeby paliły się dłużej. A potem, w maju, przed świtem, gdy Marek spał w kanadyjce na ganku, podeszła boso do furtki i zobaczyła, iż jabłoń obsypana jest kwiatem.
Nie zawołała go. Poszła do kuchni, nalała wody do wiadra i po kolei zgasiła wszystkie woskowe końcówki, które zostały po pracy. Jedną po drugiej.
Kiedy weszła do izby, na blacie, oprócz kubka z krakowskim smokiem, stała pusta miska. Nie pamiętała, kto ją tam postawił. Wzięła ją, napełniła wodą i wylała pod jabłoń.
Marek uniósł się na łokciu, zaspany.
— Co robisz? — zapytał.
— Podlewam — odparła.
I uśmiechnęła się do siebie, bo woda spływała po korzeniach dokładnie tak, jak powinna.











