— Mamo, znowu zaczynasz! — zirytowany Krzysztof choćby nie oderwał oczu od telefonu. — Przecież mówiłem, iż jestem zajęty!
— Zajęty! — Helena Piotrowska rzuciła mokrą szmatą o stół. — Czterdzieści lat za pasem, a zachowujesz się jak gimnazjalista! Krzyś, bardzo cię proszę, pojedź do babci. Dzwoniła wczoraj, skarży się, iż źle się czuje!
— Mamo, spotkanie za godzinę! Ważne spotkanie! — Krzysztof w końcu podniósł wzrok znad ekranu. — Pojadę później, wieczorem albo jutro.
— Jutro, pojutrze… — Helena usiadła na krześle naprzeciwko syna, zmęczona. — Twoja babcia żyje osiemdziesiąt trzy lata, a ty ciągle masz powody, żeby jej nie odwiedzić.
— Nie zaczynaj tej piosenki! — Krzysztof wstał, wsadził telefon do kieszeni. — Pracuję, rozumiesz? Zarabiam pieniądze! Nie jak niektórzy, co tylko umieją marudzić!
Helena drgnęła od jego przykrości, ale milczała. Przywykła. Krzysztof zawsze był oschły, zwłaszcza gdy chodziło o rodzinne obowiązki.
— Dobrze — powiedziała cicho. — To pojadę sama. Tylko kłopot — auto w warsztacie, a autobusem to dwie godziny w jedną stronę…
— No i? — Krzysztof wkładał kurtkę. — Pojedź autobusem, co w tym złego? Albo weź taksówkę!
— Taksówką drogo, synu. Mała emerytura, sam wiesz.
— Wiem, wiem! — Krzysztof stał już w drzwiach. — Słuchaj, mamo, pogadamy później, dobrze? Naprawdę się spieszę!
Drzwi się zatrzasnęły. Helena została sama w kuchni, gdzie unosił się zapach barszczu, który ugotowała dla syna. Krzysztof choćby nie tknął jedzenia.
Podeszła do okna, patrzyła jak syn wsiada do nowego auta. Piękne, drogie auto. Krzysztof był z niego dumny, często opowiadał znajomym o jego zaletach. Ale matki do babci zawieźć nie może — czasu nie ma.
Helena wyjęła z torebki wytarty portfel, przeliczyła pieniądze. Taksówką do babci naprawdę drogo. Trzeba będzie pojechać autobusem.
Wzięła torbę z upominkami dla teściowej, zawiązała chustkę na głowie i wyszła na ulicę. Do przystanku było z piętnaście minut spacerem. Helena szła wolno, zatrzymując się czasem, by złapać oddech. Serce ostatnio często dokuczało, ale do lekarzy nie szła. Nie było czasu, szkoda pieniędzy.
Na przystanku czekała pół godziny. Autobus przyjechał zatłoczony, Helena ledwo się wcisnęła. Jechanie miałaby długie, z przesiadkami. Młodzież siedziała w słuchawkach, wgapiona w telefony. Nikt nie ustąpił miejsca starszej kobiecie.
W końcu dotarła do wioski, gdzie mieszkała babcia Krzysztofa. Stary domek stał na uboczu, otoczony zaniedbanym sadem. Helena otworzyła furtkę, przeszła ścieżką do ganku.
— Babciu! — zawołała, pukając. — To ja, Helena!
Drzwi otworzyły się nie od razu. Anna Maria, matka nieżyjącego męża Heleny, stała w progu, opierając się na lasce. Staruszka wyraźnie schudła od ostatniego spotkania.
— Heluńciu! — ucieszyła się. — Jak dobrze, iż przyjechałaś! Wchodź, wchodź!
— Jak się masz, babciu? — Helena przytuliła teściową, pocałowała w policzek. — Jakaś ty chudziutka.
— Co tam robię… — Anna Maria wprowadziła ją do pokoju. — Ot, apetytu nie mam zupełnie. I spać źle zaczęłam. Ciągle jakieś bóle…
— U lekarza byłaś?
— Byłam, byłam. Mówią, wiek. Trudno, osiemdziesiąt trzy lata jednak. — Staruszka posadziła gościę przy stole. — Herbaty się napijesz?
— Oczywiście. — Helena wyciągnęła z torby paczki z jedzeniem. — O, przywiozłam ci barszcz, schabowe i pierogi z kapustą.
— Ojej, dziękuję ci, kochana! — Anna Maria uśmiechnęła się szeroko. — A gdzie Krzysio? Dawno go nie widziałam.
Helena milczała, nalewając herbatę.
— Dużo pracuje, babciu. Ma sprawy.
— Rozumiem — skinęła staruszka. — Mężczyzna powinien pracować. Tylko że… — zamilkła, po dodała ciszej: — Tylko iż ja za nim tęsknię. On jest moim jedynym wnukiem.
— Wiem, babciu. On też tęskni, po prostu czasu nie ma.
— Nie, Heluńciu — Anna Maria pokręciła głową. — Nie tęskni. Gdyby tęsknił, znalazłby czas. Ty znalazłaś.
Helena nie wiedziała, co odpowiedzieć. Sama często o tym myślała. Krzysztof naprawdę mógłby znaleźć czas dla babci, gdyby chciał. Ale nie chciał. Nudziło go siedzenie w starym domu, słuchanie opowieści o chorobach i wspomnień z przeszłości.
— Opowiedz lepiej, jak żyjesz — poprosiła Helena.
— Co tam opowiadać… — Anna Maria wzruszyła ramionami. — Wstaję rano, jem śniadanie, chodzę po domu. Sąsiadka Marysia czasem wpadnie, pogadamy trochę. A tak — sama. Telewizję oglądam, ale tam takie straszne rzeczy pokazują…
— A zdrowie jak?
— Źle, Heluńciu. Bardzo źle. Serce boli, w piersi kłuje. I głowa często się kręci. Wcz
Igor obiecał sobie, iż w przyszłym tygodniu na pewno wpadnie na chwilę, ale minęły kolejne dni pełne pracy i natłoku spraw, a jego babcia, Anna, czekając cierpliwie przy oknie, tylko raz jeszcze westchnęła cicho, iż dobry chłopak z niego, choć choćby zwykłego „dziękuję” nie usłyszała nigdy za całą tę miłość.