Natrętna teściowa wpadała do nas jak do siebie aż odpłaciłam jej pięknym za nadobne
Czasem wróg w domu to nie obcy, ale teściowa o słodkim uśmiechu i plastikowym pojemniku pełnym podejrzanych klopsików. Nazywam się Zofia, od dwóch lat jestem mężatką, i jak to mówią między mną a mężem wszystko układało się idealnie dopóki jego matka nie zaczęła ogrzewać naszego domowego ogniska odrobinę za często. Z takim uporem, iż choćby listonosz zaglądał rzadziej niż ona.
Przesortowywałam zapasy w kuchennej szafce, gdy nagle dzwonek do drzwi. Otwieram. Oczywiście, kto by inny? Halina, moja teściowa.
Zosiu, dzień dobry! Przyniosłam wam klopsiki! Z dorsza! Świeżutkie! podaje mi plastikowy pojemnik z radosnym błyskiem w oku.
Wzdycham. Mój mąż i ja nienawidzimy ryb od dziecka. Mnie karmiono nimi na siłę, a on, syn rybaka, jadł ich tyle, iż mało nie wyrosły mu skrzela. Mówiliśmy o tym. Wielokrotnie. Ale teściowa udawała, iż nie pamięta.
Halinko, my nie jemy ryb Przecież pani wie.
Ależ to się nie wyrzuca! Zachowajcie, może komuś podarujecie! tłumaczyła się, machając ręką.
Lecz nie chodziło tylko o te przeklęte klopsiki. Przychodziła coraz częściej. Bez zapowiedzi. Bez pukania. Wchodziła jak u siebie i zaczynała swoje inspekcje:
O, co to za ser? Nigdy nie jadłam, wezmę kawałek. I szynkę też, dokupisz sobie później. Aha, przyniosłam wam rybę trzeba się dzielić!
Z każdą wizytą jej apetyty rosły. Pewnego dnia zjawiła się z koleżanką. Bez telefonu. Bez pytania.
Byłyśmy w aptece pomyślałyśmy, iż wpadniemy się ogrzać. Zrobisz nam kawę?
Gdy ja stałam jak wryta w progu, ona już grzebała w lodówce, wyciągając dżem, ser, ciastka, a jej przyjaciółka rozsiadała się wygodnie przy stole.
Czułam się jak intruzka we własnym domu. Mąż tylko wzruszał ramionami: To mama, jest dobra. Dobra? Widziałam, jak chowa naszego ananasa pod płaszczem. To nie była pomoc ani troska to była bezczelna okupacja.
Więc opracowałam plan. Delikatny, ale celny. Następnego dnia zabrałam koleżankę Magdę, kupiłyśmy najostrzejsze sushi w okolicy i bez zapowiedzi zawitałyśmy do Haliny.
Dzień dobry! Byłyśmy w pobliżu, pomyślałyśmy, iż wpadniemy! Przyniosłyśmy wam sushi spróbujcie! uśmiechnęłam się słodko, wpychając jej tacę w ręce.
Teściowa zbladła. Nienawidzi sushi. Raz spróbowała i od tamtej pory nazywa je surowymi szczurami na ryżu.
Rozgośćcie się, a ja zobaczę, co tu macie smacznego mówię, kierując się ku jej lodówce.
Wyciągam kaszę gryczaną, sałatkę jarzynową, sernik wszystko ląduje na stole. Magda już chichocze.
Halinko, nie ma pani nic przeciwko? Przecież przyniosłyśmy sushi wymiana to przecież coś naturalnego, prawda? dodaję z udawaną niewinnością.
Halina zastygła w bezruchu. Bez słowa. Zrozumiała. Poczuła, jak to jest, gdy ktoś wpada bez zaproszenia.
Wyszłyśmy, dziękując za serdeczne przyjęcie i obiecując rychły powrót.
Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Dzwoni teraz przed wizytą, pojawia się rzadko i dyskretnie. choćby przynosi to, co naprawdę lubimy. Zero ryb. Czasem nie trzeba kłótni. Wystarczy pokazać im lustro.












