Mój mąż Bartek i ja mieszkaliśmy razem ponad dwadzieścia lat. Żyliśmy spokojnie i cicho. Mieliśmy działkę w podwarszawskiej wsi, gdzie co weekend jeździliśmy w kaloszach na grilla i walczyliśmy z komarami. Bartek sprzątał mieszkanie, ja gotowałam. Sądziłam, iż tak już będzie do samych emerytur, a potem wspólnie zaczniemy zbierać grzyby na Mazurach. Aż tu nagle Bartek zaserwował mi bombę:
Jadzia, przepraszam cię, odchodzę. Poznałem inną kobietę i strasznie się zakochałem!
No cóż, swoje lata miałam, głupia nie byłam trzeźwo zauważałam, iż Bartek coś pokrętnie wpada późno do domu, a życzliwi znajomi co jakiś czas przesyłali mi zdjęcia Bartka i tej jego atrakcji. Ale myślałam, iż nigdy ode mnie nie odejdzie, w końcu komu chciałoby się szukać nowych kapci? Kiedy więc Bartek rzeczywiście postanowił się wynieść, przeżyłam szok.
Na szczęście nasza córka Ola akurat była nad morzem z koleżankami, a ja mogłam wyżalić się przyjaciółkom.
Zebrał się babiniec. Jedna radziła mi od razu schudnąć i znaleźć sobie nowego faceta. Druga odwiedzić wróżkę i wyprosić odzyskanie męża magicznymi sposobami. Trzecia po prostu iść w tango.
A Hania doradziła: Żyj normalnie, tak jak dotąd! Przejdzie ci, zobaczysz! Ale ja nie mogę, tak boli! Bo musisz! Czas leczy rany, wiem coś o tym. Trzy razy już przez rozwód przechodziłam. Sprzątaj mieszkanie, gotuj, idź do pracy, oglądaj seriale, czytaj książki! A dla kogo będę gotować? Dla nas, głuptasie! My przyjdziemy każdej wieczorem i wszystko zjemy!
Podziękowałam dziewczynom za porady, ale długo nie mogłam się zdecydować, którą wybrać.
W końcu postanowiłam pójść najpierw do wróżki na Pradze. Zabrałam zdjęcie Bartka i jego fanki. Cyganka rozłożyła karty, okadziła pokój jałowcem i oświadczyła, iż mąż wróci do mnie za dwa tygodnie.
Dwa tygodnie minęły, potem cztery… Bartek nie wrócił, a ja zostałam z portfelem chudszym o pół pensji i duszą cięższą o kilka smutków. W samotności zaczęłam kupować kilogramy pączków w cukierni na rogu. Po dwóch tygodniach weszłam na wagę i stwierdziłam, iż dłużej tak się nie da plus siedem kilo jednego smutku!
Zebrałam się w sobie. Zrobiłam gruntowne porządki, umyłam wszystko, przesadziłam kwiatki i przestawiłam meble mieszkanie wyglądało jak z katalogu IKEI! Zapisałam się na zajęcia taneczne ileż można zadręczać się pączkami? Codziennie gotowałam krupnik, który Bartek tak lubił, a wieczorami przychodziły do mnie koleżanki i wyskrobywały cały garnek. Potem oglądałyśmy razem Grę o Tron.
Bartek zawsze powtarzał, iż obejrzymy ten serial razem, ale jakoś nie było kiedy. Okazało się, iż umiem cieszyć się sama z siebie i ze spokoju. I wtedy, pewnego wieczoru, drzwi się otwierają Bartek wchodzi do pokoju. Rozejrzał się po lśniącym mieszkaniu, powąchał aromat świeżego botwinka i zobaczył mnie na kanapie z pilotem w ręce.
Jadzia, cześć. Przyszedłem po rzeczy, których ostatnio nie zabrałem. Jasne! Już ci je spakowałam! Masz jakąś torbę? Nie mam. Mam, spokojnie!
Spakowałam Bartkowi rzeczy, wręczyłam reklamówkę.
Zrobiłaś botwinkę? Zrobiłam! Chcesz zjeść? Bartek pomyślał chwilę i przytaknął.
Wyłożyłam mu dwie pełne miski. Po czym Bartek mówi: Dzięki Jadzia! Idę już. No to idź! Mam serial do obejrzenia! Co oglądasz? Grę o Tron. Przecież mieliśmy to kiedyś razem oglądać… zamyślił się Bartek. No, pamiętam… odpowiedziałam.
Wyszedł. Popłakałam się trochę, potem dokończyłam sezon, po czym zasnęłam. Po dwóch tygodniach Bartek wrócił… z wszystkimi swoimi gratami.
Patrzę na niego a on jęczy: Jadzia, wybacz! Kocham cię, tęsknię za twoją zupą, botwinką, twoim domem. Proszę, wybacz mi, iż poleciałem na młodość… Czyli stęskniłeś się za moją botwinką? Za wszystkim! Ale najbardziej za tobą! No to wchodź! Strasznie się wstydzę przed tobą i Olą… Nic jej nie powiesz? Nic nie powiem. Kolację chcesz? Chcę, bardzo dziękuję!







