Malwina, nie ma cię już od pięciu lat, nie obchodzi cię, co się ze mną dzieje i jak żyję
Malwina i Łukasz mieszkali razem od ponad pięciu lat, w tym dziwacznym mieszkaniu o ścianach koloru pomarańczy. On był spawaczem w hucie na obrzeżach Krakowa, zarabiał tyle, iż ledwie starczało na mielone i bigos. Malwina śniła o życiu utkanym z atłasu i złotych monet, lubiła podglądać okna bogatych, wyobrażając sobie, iż kiedyś tam wstawi nogę.
Pewnego popołudnia, kiedy wiatr dmuchał przez zmurszałe okna i kurz wirujący po pokoju układał się w kształty ryb, sen przerodził się w jawę elegancki biznesmen w lakierkach, z Warszawy, dostrzegł Malwinę na przystanku tramwajowym pod zamkiem Wawelskim. Sypnął obietnicami, jakby złoty deszcz spadał z nieba góry pieniędzy, szeleszczące banknoty, wakacje nad Bałtykiem poza sezonem. Malwina dała się ponieść, jakby tańczyła na lodzie, i odeszła, zostawiając zapłakanego Łukasza.
Łukasz zachowywał się tak, jakby mu duszę wyrwano: leżał na podłodze, kurczowo trzymając się starych papci Malwiny, błagał, obiecywał, iż zostanie górnikiem w kopalni soli w Wieliczce, iż przyniesie z pracy tyle złotych monet, iż Malwina będzie spać na nich jak księżniczka. Mówił, iż dniem i nocą będzie orać dla niej ziemię, by tylko została.
Ale Malwina myślami była już na pokładzie mlecznobiałego jachtu na Mazurach, sączyła szampana pod mostem Grunwaldzkim. Nie przejmowała się łzami Łukasza, pędziła przez korytarze nowego świata, nie zważając na cienie dawnej miłości. Nie przekonały jej ani przysięgi, ani obietnice rozbicia Tatr na kawałki.
Minęło pięć lat. Malwina miała teraz trzydzieści dwa lata, czuła w kościach ciężar tęsknoty i starzenia się. Biznesmen już dawno rzucił ją jak zepsutą zabawkę, zakochany w coraz młodszych warszawskich sarenkach. Zostawił jej w torebce tylko stary bilet tramwajowy i garść porwanych snów.
Malwina, nieprzyzwyczajona do pracy, nieprzygotowana do życia bez poduszki z gęsiego puchu, postanowiła wrócić do starego mieszkania na Kazimierzu, do Łukasza. Przecież przysięgał wieczną miłość, a jego serce myślała bije tylko dla niej. To musi być przeznaczenie.
Klucze śniły się jej we śnie, więc w tym śnie podeszła pod drzwi, które kiedyś znała na pamięć. Ale pod drzwiami ujrzała kobietę w niebieskim fartuszku, trzymającą jasnowłosą dziewczynkę.
Haniu, ile razy mówiłam, żebyś nie otwierała drzwi bez mamy! kobieta szepnęła aksamitnym głosem do dziecka, patrząc podejrzliwie na Malwinę, która rozchyliła usta jak karp na Wigilię.
Kogo pani szuka? zapytała kobieta, jednocześnie tuląc dziewczynkę.
Ja Ja szukam Łukasza, czy jest w domu? Malwina próbowała zebrać myśli, czuła, iż ściany mieszkania wirują.
Łukaszu, ktoś do ciebie jakaś kobieta. Może powiesz mi, jak masz na imię? kobieta rzuciła przez ramię i skinęła do kogoś w środku.
Malwina!? Łukasz wyszedł w zbyt dużych kapciach, jego oczy dziwnie tańczyły. Kochanie, wejdź do środka powiedział do nieznajomej muszę z nią porozmawiać.
Kto to był, ta kobieta? zapytała Malwina, patrząc na dziewczynę oddalającą się z córeczką.
To jest moja żona, Elżbieta odpowiedział Łukasz z miękkim uśmiechem. A to nasza córeczka, Magdusia.
Kiedy ty się stałeś mężem? Masz dziecko?! Przecież obiecywałeś mi, iż będziemy razem do końca świata! Przysięgałeś, iż nigdy nikogo nie pokochasz tak mocno!
Od tamtych dni minął już ocean lat, Malwina. Na początku ryczałem do poduszki, ale później zrozumiałem, iż życie to nie jelita krakowskiej obwarzanki. Po twoim odejściu jakoś potoczyło się dalej. Odnalazłem Elżbietę, stała się dla mnie światłem. Z nią mogę śnić w kolorach, ona dała mi córkę, dom, spokój.
A ja?
Malwina, minęło pięć długich lat. Nie interesowałaś się, jak żyję, czy jem, czy śpię, czy marznę zimą. Rzuciłaś się w objęcia obcych pieniędzy, śniłaś tylko o złotych zegarach i aksamitnych tapetach. Może i nie byliśmy bogaci, ale to nie usprawiedliwia twojego odejścia. A teraz wracasz i myślisz, iż będę tu siedział jak krasnal w kapuście i na ciebie czekał aż do sądu ostatecznego?
Byłam głupia! przez cały czas cię kocham!
Malwina, nie graj już tej sceny. Lepiej idź, nie ma cię już w moim życiu, nie chcę cię widzieć. Twój bogaty pan cię rzucił i dlatego przyszłaś? Szkoda słów. Lepiej idź już swoją drogą.
Malwina zatonęła w słonych łzach, płakała tak, jakby miała się rozpłynąć w kałużach na Plantach, a Łukasz, patrząc za nią przez okno, poczuł rozkoszną ulgę wszak sny czasem kończą się lepiej niż jawy.







