Naszyjnik z pereł, który nigdy nie został sprzedany

newsempire24.com 4 dni temu

Zofia Barańska miała osiemdziesiąt jeden lat i pudełko po butach pod łóżkiem w pokoju gościnnym w Łodzi, gdzie trzy zimy wcześniej zamieszkała u siostrzenicy Karoliny. W pudełku: pożółkłe wycinki z gazet, kontrakt płytowy z 1974 roku i naszyjnik z pereł słodkowodnych, który włożyła tylko raz, na koncercie w Sali Kongresowej w Warszawie, kiedy jeszcze podpisywała płyty na Piotrkowskiej.

Zofia była piosenkarką. Nie gwiazdą wypełniającą stadiony, ale głosem rozpoznawalnym w klubach i restauracjach w całej Polsce w latach siedemdziesiątych, jednym z tych, które puszczano w radiu w niedzielne popołudnia, kiedy rodziny szykowały rosół. Nagrała trzy płyty. Druga trafiła choćby na listy przebojów w Trójce. Potem przyszła cisza nieudanych kontraktów, mąż, który odszedł z połową tantiem, i trzydzieści lat śpiewania na weselach, piętnaście lat za sto złotych od wieczoru.

Karolina, jej siostrzenica, pilnowała pudełka po butach bardziej uważnie niż sama Zofia. Co dwa, trzy miesiące zjawiał się jakiś kupiec: kolekcjonerzy winyli, jakiś typ z Krakowa twierdzący, iż reprezentuje muzeum muzyki rozrywkowej, kobieta z Warszawy przysięgająca, iż ma kontakty w telewizji na dokument. Wszyscy chcieli tego samego – naszyjnika, podpisanych listów, oryginalnych kontraktów – i wszyscy proponowali mniej, niż to było warte, według Karoliny, która z dnia na dzień stała się ekspertką od wyceny pamiątek, choć nigdy niczego nie wyceniała.

– Ciociu, ten z Krakowa daje dwa i pół tysiąca za wszystko. Myślę, iż trzeba jeszcze poczekać.

Zofia, siedząc na fotelu bujanym przy oknie wychodzącym na ulicę Piotrkowską, nie odpowiadała od razu. Liczyła tramwaje linii 12 przejeżdżające w dole, zapach pączków z piekarni na rogu wpadał przez szparę w oknie w tę porę, prawie o piątej.

– Ty czekaj, bo ja czekać nie mam czasu, dziecko.

Ale Karolina czekała. I czekając, używała karty debetowej cioci – tej, którą sama prowadziła, odkąd Zofia zaczęła mylić numery kont – żeby płacić za rzeczy, które niezupełnie były wydatkami Zofii. Zaległa rata za samochód, Toyotę Yaris z 2019 roku, potrzebną Karolinie do pracy jako kurierka dla Glovo. Kaucja za mieszkanie na Bałutach, do którego chciała się przenieść, „jak się ta sprawa z naszyjnikiem rozwiąże". Trzysta, czterysta, raz choćby tysiąc sto złotych w jednym miesiącu.

Zofia nie znała dokładnych liczb. Ufała. Karolina była córką jej siostry Haliny, jedyną z rodziny, która zadzwoniła, kiedy dom opieki w Zgierzu wysłał list, iż nie mogą jej dłużej utrzymywać za rentę, jaką otrzymywała z ZUS-u – tysiąc dwieście złotych miesięcznie, które nie wystarczały choćby na wynajem pokoju.

Pęknięcie nastąpiło we wtorek w marcu, kiedy przyjechał Edmund.

Edmund Wrzosek był gitarzystą Zofii w dobrych czasach, towarzyszył jej w Sali Kongresowej i na dziesiątkach estrad w całej Polsce. Teraz miał siedemdziesiąt dziewięć lat, mieszkał w Warszawie i przyjechał do Łodzi pociągiem PKP Intercity z teczką papierów pod pachą.

– Zofia, ja to zachowałem, bo mi to dałaś na przechowanie, pamiętasz? „Edmund, jeżeli coś mi się stanie, to też twoje, bo ty w to połowę włożyłeś." Powiedziałaś mi to w osiemdziesiątym drugim, w garderobie w Teatrze Wielkim.

W teczce był odręczny list Zofii, podpisany, w którym oświadczała, iż naszyjnik z pereł i prawa do nagrań należą do nich obu po równo, w zamian za piosenki, które Edmund skomponował, nigdy nie otrzymując tantiem.

Karolina, która otworzyła drzwi i słyszała wszystko z przedpokoju, poczuła, iż panele pod jej stopami zapadają się. Dwa i pół tysiąca złotych od kupca z Krakowa, ale cały pakiet – z prawami do nagrań włącznie, o których nikt do tej pory nie wspomniał – był wart, jak wyjaśnił Edmund tego popołudnia, siedząc w kuchni przy kawie, której choćby nie dotknął, dużo więcej. Mała wytwórnia z Warszawy od miesięcy szukała niewydanych materiałów z tamtej epoki na cyfrową kompilację. Edmund miał kontrakt tej wytwórni w tej samej teczce. Oferowali czterdzieści tysięcy złotych za prawa do reprodukcji trzech płyt, nie licząc naszyjnika.

– Ciociu, pani mi nigdy o tym nie powiedziała – rzekła Karolina tego wieczoru, już za zamkniętymi drzwiami pokoju, głosem niskim, ale ostrym. – Ja trzy lata się panią opiekuję, płacę różne rzeczy z własnej kieszeni, a teraz zjawia się ten pan z jakimś papierem?

– Ja nikomu nie musiałam wyjaśniać, co zrobiłam czterdzieści lat temu, Karolina. A ty nigdy mnie nie zapytałaś, co zrobiłaś z moją kartą.

Cisza, która zapadła, różniła się od poprzednich. Zofia, która miesiącami poddawała się zmęczeniu i przyzwyczajeniu do milczenia, następnego dnia wyciągnęła wyciągi bankowe, które przychodziły pocztą i które Karolina normalnie wyjmowała ze skrzynki, zanim ona zdążyła. Tego czwartku Zofia poszła do skrzynki wcześnie, wsparta na balkoniku, czego nie robiła od zimy.

Liczby nie kłamały. Jedenaście miesięcy, osiem tysięcy czterysta złotych w wypłatach i zakupach, których Zofia nie rozpoznawała. Rata za Yarisa. Kaucja za mieszkanie na Bałutach. Manicure w salonie na Manufakturze, o którego istnieniu Zofia choćby nie wiedziała.

Zofia nie krzyczała. Nie płakała przy Karolinie. Zadzwoniła pod numer Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, który miała zapisany na magnesie na lodówce od czasu, gdy pracownica socjalna z klubu seniora dała jej go po prelekcji o oszustwach na starszych osobach – prelekcji, na którą poszła tylko po darmową kawę, a została z nudów.

Spotkanie wyznaczono na środę w kancelarii na Piotrkowskiej, dwa piętra nad apteką. Prawniczka, kobieta nazwiskiem Ewa Majchrzak, z włosami upchniętymi ołówkiem, wysłuchała wszystkiego bez przerywania, przeglądając każdy wyciąg żółtym markerem.

– Pani Zofio, to, co tu mamy, to wykorzystanie finansowe osoby starszej, i mając tę dokumentację, możemy działać na kilka sposobów. Możemy złożyć zawiadomienie do ośrodka pomocy społecznej albo choćby na policję, a niezależnie od tego pani może odwołać wszelkie upoważnienia, jakie dała siostrzenicy do swoich kont.

– Ja nigdy nie dałam jej żadnego upoważnienia. Dałam jej kartę, bo sama nie mogłam chodzić do banku.

– To jeszcze prostsze. Zamykamy to konto i otwieramy nowe, tylko na pani nazwisko, z osobą do pomocy w płatnościach wyznaczoną przez panią, jeżeli pani sobie tego życzy, niekoniecznie z rodziny. A co do naszyjnika i praw do nagrań, jeżeli ma pani ten podpisany list, o którym wspomniał pan Wrzosek, to jest dokument wiążący. Pani decyduje, komu sprzedaje, nie siostrzenica.

Zofia poprosiła tam na miejscu o czystą kartkę i drżącym, ale wyraźnym pismem, które jeszcze pamiętała z czasów podpisywania płyt, napisała upoważnienie: prawa do drugiej płyty, tej, która trafiła na listy w Trójce, przechodzą na Edmunda Wrzoska w pięćdziesięciu procentach, zgodnie z obietnicą z 1982 roku. Resztę – naszyjnik, wycinki, pierwszą i trzecią płytę – sprzeda wytwórni z Warszawy, która już miała gotowy kontrakt, a nie kupcowi z Krakowa.

Wróciła do Łodzi tego popołudnia pociągiem, tym samym, którym przyjechał Edmund, choć teraz sama. Karolina czekała na nią w drzwiach mieszkania, z opuchniętymi oczami i przygotowanym wyjaśnieniem o samochodzie, o kontach, o tym, jak trudno jest żyć za tysiąc osiemset złotych z dostawy zakupów.

Zofia nie odpowiedziała żadnym wyjaśnieniem. Wyjęła z torebki teczkę z listem, który właśnie podpisała w kancelarii Ewy Majchrzak, i położyła ją na stole w kuchni, obok solniczki.

– Konto w banku zamykam jutro o dziewiątej. Będzie nowe, i ty nie będziesz mieć do niego karty. Mieszkanie na Bałutach płacisz sama, ze swojej pensji, od tego pracujesz. A naszyjnika nikomu z Krakowa nie sprzedam. Sprzedam go ludziom z Warszawy, którzy oprócz pieniędzy płacą mi za umieszczenie mojego nazwiska przy piosenkach – czego ty mnie nigdy nie zapytałaś, czy mi na tym zależy.

Karolina otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, i nie powiedziała nic. Stała, wpatrzona w teczkę na stole, w solniczkę obok, w popołudniowe światło wpadające przez okno wychodzące na Piotrkowską, gdzie dało się już słyszeć śmieciarkę robiącą swoją czwartkową rundę.

Zofia usiadła w fotelu bujanym i tego wieczoru nie powiedziała już ani słowa więcej. Cztery miesiące później kompilacja cyfrowa trafiła na platformy streamingowe pod nazwiskami Zofia Barańska i Edmund Wrzosek, autorzy. Pierwsza wpłata tantiem, czterysta pięćdziesiąt złotych, trafiła na nowe konto – to, które tylko ona mogła obsługiwać.

Idź do oryginalnego materiału