Dziś odwiedziła nas rodzina z Gdańska i przynieśli prezenty. Niedługo później poprosili, żebyśmy wszystko wyłożyli na stół.
Kilka dni temu ciotka z wujkiem zadzwonili, iż chcieliby przyjechać. Od razu powiedziałem im, jak jest żyjemy skromnie, ledwo wiążemy koniec z końcem.
To nie znaczy, iż głodujemy, po prostu nie stać nas na wystawne przyjęcia. Jestem już na emeryturze, a mój syn Jarek też nie zarabia kokosów. Ledwo wystarcza nam na najpotrzebniejsze rzeczy, więc odwiedziny to dla nas utrudnienie. Goście jednak przyszli, za to z pełnymi torbami. Przynieśli mnóstwo jedzenia i paczuszki dla nas.
Jarek podziękował za podarunki i schowaliśmy je starannie. Powiedziałem gościom wyraźnie wcześniej, iż nie mamy zbyt wiele do zaoferowania. Na obiad podałem świeży chleb i masło, herbatniki i czarną herbatę w szklankach. Rodzina jadła ze skrzywionymi minami, ale nie odezwała się słowem. Szczerze mówiąc, nie ruszało mnie to uprzedziłem, iż nie szastamy pieniędzmi. Dałem, co tylko miałem.
Na kolację zaserwowałem delikatną zupę, chleb, serek topiony, kanapki z szynką i herbatę. Chyba oczekiwali czegoś innego, bo miny mieli niewesołe.
Wreszcie jedna z kuzynek zaczęła dopytywać, czemu nie częstujemy ich tym, co przynieśli. Byłem zdziwiony, bo nie rozumiałem, o co chodzi to byli dla nas prezenty, czy przynieśli jedzenie dla siebie? Gdyby zależało im, by to podać od razu, mogliby przecież poprosić, by schować je do lodówki i wyjąć na stół.
Zaczęła się sprzeczka i trwała dobrą chwilę. Następnego ranka nie powiedzieli choćby do widzenia, tylko spakowali się i wyszli. Szczerze? Nie interesuje mnie, gdzie będą spać. Nie chcę takich ludzi u siebie. Najważniejsze, iż zostało nam trochę rzeczy ciastka, pasztetowa, bezy, owoce chociaż coś pożytecznego z tych odwiedzin. Wieczorem posiedzę z Jarkiem przy herbacie i zjemy sobie pyszną szarlotkę. Teraz już wiem, iż trzeba cenić tych, którzy szanują nasze możliwości, a nie wymagają od nas cudów.











