Dziś zapiszę w moim pamiętniku coś, co długo jeszcze będę rozważał. Niedawno odwiedziła nas rodzina z Krakowa. Uprzedzili nas wcześniej, a ja od razu powiedziałem wprost: żyjemy skromnie, ledwo nam starcza od pierwszego do pierwszego. Nie znaczy to, iż głodujemy, ale daleko nam do wygód. Jestem na emeryturze, syn zarabia kilka naprawdę nie było nas stać na gości.
Przyjechali jednak, i nie powiem, nie przyszli z pustymi rękami przywieźli sporo jedzenia i niespodzianek. Syn podziękował im za upominki, a ja schowałem je od razu do szafki w końcu ostrzegałem, jaka jest sytuacja.
Na obiad podałem chleb z masłem, herbatniki oraz herbatę. Goście jedli z kwaśnymi minami, ale nie odezwali się słowem. Nie przejmowałem się tym, bo jasno tłumaczyłem, iż nie mamy pieniędzy na wystawne posiłki. Dzielimy się tym, co mamy.
Na kolację zrobiłem lekką zupę, chleb, serek topiony, kanapki z wędliną i znów herbata. Wydawało mi się, iż oczekiwali czegoś lepszego, bo całą kolację siedzieli markotni, jakby ktoś im zrobił wielką krzywdę.
W pewnym momencie jedna z krewnych zaczęła mnie wypytywać, dlaczego nie poczęstowałem ich tym, co przywieźli. Słuchałem i nie bardzo rozumiałem, co mają na myśli. Nie wiedziałem dali nam prezenty czy przywieźli dla siebie? Gdyby chodziło o ich własne jedzenie, mogli przecież poprosić, żebym włożył je do lodówki.
Potem długo toczyli z nami spory, aż w końcu rano spakowali walizki i wyjechali. Szczerze mówiąc, nie bardzo mnie interesowało, gdzie przenocują. Nie chcę ich więcej pod tym dachem widzieć. Z jednej strony dobrze się stało, bo przynajmniej zostało nam trochę łakoci ciastka, wątróbka, bezy, owoce zawsze coś pożytecznego z tych odwiedzin. Wieczorem z synem zaparzyliśmy sobie herbatę i zjedliśmy po kawałku pysznego ciasta.
I tak sobie myślę czasem choćby najbliższa rodzina potrafi bardziej zaszkodzić niż pomóc. Lepiej zostać przy swoich starych zasadach i nie liczyć na innych wtedy łatwiej znaleźć odrobinę euforii w drobiazgach.












