Nasza pierwsza wizyta u teściów na polskiej wsi: Jak poznałam mamę i tatę Wojtka, słuchałam opowieśc…

twojacena.pl 1 dzień temu

Przyjechaliśmy z mężem do wsi poznać jego rodziców.
Mama Staśka, wychodząc na ganek, postawiła ręce na biodrach niczym bamberka ochraniająca swój dzban z barszczem i zawyła:
O raju, Stasiu! Czemuś nie powiedział, iż przyjeżdżasz? I widzę, iż nie sam!
Stanisław przytulił mnie mocno:
Poznaj, mamo, to moja żona Bogusia.
Wielka kobieta z fartuszkiem w kwiaty, szeroko rozpościerając ramiona, ruszyła na mnie:
No hejże, synowo!
I wedle obyczaju, pocałowała mnie trzy razy.

Od Klarysy czuć było ostry zapach czosnku i świeżego chleba.
Teściowa przytuliła mnie tak mocno, iż poczułam się malutka i przestraszona.
Moja głowa wylądowała między dwoma miękkimi, dobrze ubitymi poduszkami jej biustem.
Nagle odsunęła mnie i krytycznie spojrzała z góry na dół:
Stasiu, skąd ty takiego drobiazga wytrzasnąłeś?
Mąż parsknął śmiechem:
Skąd? Z miasta! W bibliotece A tata w domu?
U sąsiadki, coś z piecem grzebią Dawajta do izby, buty zdejma dopiero myłam podłogę.

Z podwórza gapiły się na nas szeroko oczy dzieciaków wiejska banda mali chłopcy i dziewczynki.
Michałek, leć do Sieradzkiej! Powiedz Jankowi syn z żoną przyjechali!
Już lecę! krzyknęło dziecko i znikło za płotem.

Weszliśmy do izby.
Stanisław zdjął ze mnie modne, choć przecenione płaszczycho, powiesił przy piecu.
Położył moje dłonie, jeszcze czerwone z zimna, na nagrzanym białym kaflu, przytulił się policzkiem:
Moja karmicielko! Jeszcze jesteś cieplutka

W kuchni rozgrzmiały żeliwne garnki, stukały gliniane dzbany, z brzękiem zderzały się szklanki i aluminiowe łyżki
Podczas gdy teściowa nakrywała do stołu, ja z zaciekawieniem rozglądałam się po chatce.
Tu, w kącie święte obrazy; na oknach białe firanki w stokrotki; na podłodze i stołkach własnoręcznie utkane dywaniki. Obok wielkiego pieca, odwrócony zadkiem, drzemał rudy kot a może kotka?
Pobraliśmy się w zeszłym tygodniu głos Staśka doleciał jakby z oddali, spowity zapachem chleba.

Na stole, który pojawił się ni stąd, ni zowąd, gościły już rozmaite rarytasy:
Na środku paradowała galareta wieprzowa, zaraz obok kiszona kapusta, marynowane pomidory, mleko prosto z pieca pod grubą, złotą skorupką, drożdżowiec z jajkiem i cebulką, leśne grzyby
O mamuniu! Tak jakoś nagle zgłodniałam!

Mamo, już starczy! Tu na tydzień starczy tego jadła mruknął Stasiu, gryząc kromkę domowego chleba.
Teściowa stuknęła przy galarecie szklaną ćwiartkę i zadowolona, wytarła dłonie o fartuch:
No, teraz wszystko gotowe!

Tak właśnie poznałam mamę Staśka.
Matka i syn niczym dwie krople wody. Oboje czarni, zawsze w rumieńcach. Ale mój Stasiu cichy, ugodowy, a teściowa? Ta to jak letnia burza nagła i głośna.
Myślę, niejednego upartego konia osiodłała i niejedną płonącą chałupę ocaliła

W sieni zatrzasnęły się drzwi.
Do kuchni, wciągając za sobą powiew mroźnego powietrza, wszedł niewielkiego wzrostu mężczyzna.
No popatrzcie! zawołał a niech to gęś kopnie!
Nie zdejmuąc ani zasmolonej kurtki, ani czapki, uściskał syna:
No witaj, synu!
Umówmy się: ręce się myje, później wita zarządziła teściowa.
Gospodarz chwycił moją dłoń:
Dzień dobry, panienko!
Oczy miał wesołe, sprytne, niebieskie; bródkę rudą i takąż krępą czuprynę, iskrzącą się jak miedź.
Klaro, nalej mi kapuśniaku! rzucił Stanisław Jan.

Wznieśliśmy szklanki:
Za zdrowie wasze, kochani!

Po czym, już rozluźniona i syta, spytałam nieśmiało:
Panie Stanisławie, czemu u was w rodzinie sami Stanisławowie?
Prosta sprawa, Boguśka! I mój dziad, i ojciec, i ja wszyscyśmy piekarze-kaflarze od pokoleń.
Tylko Stasiu wskazał syna chciał być tokarzem.
Tokarze też się Polsce przydadzą, tato!
Stanisławie, trudno się piec buduje?
jeżeli pyta synowa odpowiem: to szczyt sztuki! By było pięknie, bez dymu i żeby chleb oraz pierogi smakowały. Nie oceniaj mnie po grzbiecie! My, rudzielcy, wytrzymały naród, sami słońcem pocałowani!
A tatusiek mój to złota rączka! zawołała teściowa.
Tato, powiedz coś ciekawego, posłuchamy!
Ojciec westchnął, przeczesał brodę, spojrzał figlarnie:
No skoro nalegacie, to słuchajcie! Bajka pierwsza

Pojechaliśmy raz w lipcu na siano. Łaciata wtedy była, pamiętasz, matko? Krowa nie krowa, mleko lało się ciurkiem. Pojechaliśmy całą ferajną baby, chłopy, ja z Klarą.
Słońce za laskiem jeszcze nie wyszło, a my już machaliśmy kosą: świst, świst
Upał panował piekielny, bąki gryzły jak szalone!
A tego roku, jak pamiętam, dzików w lesie się namnożyło co krok, to ryjek.
Ot, nadeszła pora obiadu, a z nas siódmy pot. Kosimy nie pierwszy dzień, nogi jak z waty
Daj spokój, na stare lata takie wspominki Boguśkę to nudzi.
Nie nudzi, bardzo ciekawe!
Więc patrzę na tych ludzi, myślę: trzeba by ich rozruszać. Głupia myśl przyszła przez upał:
Rzucam więc kosę, biegnę i krzyczę: Uciekajta! Dziki!
I z rozpędu na brzozę, a inni za mną, porzucając grabie i kosy
Ha-ha! I co potem?
Potem kobity i chłopy prawie mnie grabiami wybatożyli! Ale co interesujące praca szybciej potem szła!

Teściowa walnęła go z uśmiechem w ramię:
Błazen z ciebie, a nie gospodarz!
Tato, lepiej coś o prawdziwych dzikach opowiedz.
Może być i o prawdziwych Dawno temu, z Klarą młodzi byliśmy, Staśka choćby jeszcze nie planowaliśmy.
Ja zapalony myśliwy. Po tym wydarzeniu odłożyłem myśliwstwo na zawsze.
Pamiętam, śnieg spadł, mówię do Klary: Idę na polowanie.
Idź odpowiada.
Biorę dubeltówkę i idę Łażę po lesie, nic. W końcu zaczyna zmierzchać, prawie wracam. Słyszę dziki, tuż obok. Przystanąłem, wystrzeliłem.
Myślałem, iż trafiłem, a tu pudło! Sekacz rusza na mnie z furią! Uciekłem nie wiem jak, ale na brzozę wleciałem niesamowicie.
Pewnie strach cię poniósł! dorzuciła teściowa.
Nie przeszkadzaj! Siedzę więc na drzewie jak wróbel, a sekacz ryje pod drzewem, aż padnie z sił, i całe stado dzików razem z nim.
O rany! I co potem?
Bogusiu, tak przesiedziałem do rana, skulony. Dobrze, iż mróz nie był duży, bo by mnie szlak trafił.
Całą noc szukałam wtedy Staśka, oczów wypłakałam! Ledwo świtało, zebrałam chłopów i poleciałam w las. Krzyczeli, krzyczeli znaleźli jakoś. Potem na plecach wynosiłam go z głupiej brzozy, aż ocknął się chłop.
Jesteś jak mleko z krwią, nie kobita, a żywioł!
Ty grubianinie Boguśka, napijesz się herbaty? Mam dzbanek z lipą i własny miód.
Chętnie, dziękuję.

Klarysa rozlała do kubków wonne ziółka.
Stasiu, opowiedz jak moją siostrę uzdrowiłeś!
Teść aż się zakrztusił z gorąca, roześmiał się:
Ano, raz siostra Klary telegrafuje: jadę w odwiedziny. Ucieszyliśmy się, przyjęli, jak należy No i narzeka Tatiana przy obiedzie: nogi nie chodzą, strasznie bolą.
Czemu tak?
Sama nie wiem, mówi. Do lekarza się nie wybieram czasu brak.
A próbowałaś się leczyć pszczołami? pytamy.
Skąd w mieście pszczoły!
Chodź no, Tysiu, pokażę ci ule w mig cię postawię na nogi!
O, doktor Judym się znalazł! zaśmiała się teściowa.
Zaprowadzam ją do uli, każę sukienkę podciągnąć powyżej kolan Na każdą nogę po pszczółce
Tatiana najpierw dziękuje, a później taka alergia na jad, iż nogi jak kłody, ledwie chodzi!
A mówiłam, nie dotykać kobiety do pszczół
Skąd mogłem wiedzieć! I ty nie wiedziałaś, i ja Boguśka, miód jedz śmiało, nie masz alergii?
Nic nie szkodzi, panie Stanisławie!
No to dobrze.

Dopiłyśmy herbatę. Za oknem już się ściemniało, zmęczenie mnie ogarnęło.
Teściowa zaciągnęła zasłonki:
Stasiu, gdzie was położę?
Na piecu, mamo? Co ty na to, Bogusiu, śpimy na piecu?
Och, tak! Marzyłam!
Już lecę! Tata własnymi rękoma ten piec stawiał, cegła po cegle pochwaliła się teściowa.
Stanisław Jan spojrzał dumnie.
Był zresztą z czego być dumnym piec grzeje, żywi, całą rodzinę wokół siebie skupia.
Żywy płomień w nim buzuje, aż dusza się raduje!
Podziękowaliśmy gospodyni i wstaliśmy od stołu. Mąż, lekko mnie podnosząc, posadził na wielkim kaflowym piecu.

Z czerni sieni, zza pieca, poczułam zapach dawnych lat: nagrzanej cegły, suszonych ziół, runa owczego, bochenków chleba.
Stasiu zaraz zasnął, a ja leżałam z otwartymi oczyma.
Coś spać nie mogłam
Po prawej ktoś chrapał:
Puf-szmyk, puf-szmyk
Domowy skrzat! przemknęło mi przez głowę. Czytałam przecież
I przypomniałam sobie starą zabawę:
Skrzacie, skrzacie, nie wadzimy ci, tylko spać tutaj śnimy!
Dopiero rano wyjaśniło się wszystko żadnych skrzatów; to teściowa postawiła zaczyn na chleb w ciepłym miejscu i zapomniała o nim!

Na pewno wrócimy jeszcze do gościnnego domu rodziców Staśka posłuchać bajek Stanisława Jana, ogrzać się przy piecu, spróbować domowego chleba.
Ale to już zupełnie inna opowieśćA kiedy świt położył złoty palec na szybie, obudził mnie zapach świeżego chleba i cicha krzątanina w kuchni. Stanisław już stał obok pieca, z noskiem przy szybie piekarnika, a ja nagle taka domowa, taka swoja zeszłam bosymi stopami na twardą podłogę. Przy stole czekały na mnie uśmiechy i parująca kawa zbożowa.

Wtedy poczułam tu, na tej wsi, gdzie każdy kąt ma swoje opowieści, gdzie piec grzeje nie tylko dom, ale i serce znalazłam swój fragment świata. Może nie umiem jeszcze dobrze rozróżniać zapraw od ziół, ani pleść bułek z taką wprawą jak Klarysa, ale wiem już, iż to miejsce przyszyło się do mnie jak ciepły koc zimą nie na chwilę, a na zawsze.

A w tle, nad kubkiem świeżej herbaty, gwar dzieciaków pod oknem mieszał się z tupotem rudego kota. Nad wszystkim unosił się śmiech, zapach chleba i pewność, iż dom to nie tylko mury, ale ludzie, którzy czekają z otwartymi ramionami choćby jeżeli pierwszy raz trzeba przez sen poprosić skrzata o zgodę na miejsce na piecu.

Szepnęłam więc do siebie, spoglądając na męża i jego rodziców:
Chyba jestem u siebie.
A piec, jakby w odpowiedzi, westchnął cicho i ogrzał mi stopy do samego serca.

Idź do oryginalnego materiału