Na zajęciach sportów walki nowy trener zaczął poniżać mniej sprawne dzieci. Rodzice bali się zareagować przez nominacje na zawody

fajnainspiracja.pl 3 godzin temu

Kluby sportowe dla dzieci powinny mieć jeden główny cel – budować u chłopców i dziewczynek dyscyplinę, zdrową pewność siebie, szacunek do przeciwnika i miłość do ruchu. Zwłaszcza w sportach walki, takich jak judo czy karate, osobowość trenera odgrywa kluczową rolę. Dzieci patrzą na niego jak na niekwestionowany autorytet, a rodzice powierzają mu to, co mają najcenniejszego, wierząc, iż wychowa z nich odporne i uczciwe osoby. Wystarczy jednak, by zarząd klubu powierzył treningi osobie z niezdrowym ego, a sala gimnastyczna gwałtownie zamienia się w miejsce psychicznej presji i upokorzeń.

Nasz dziewięcioletni syn chodził na treningi już trzeci rok. Lubił tam być, sport sprawiał mu euforia i robił widoczne postępy na macie. Wszystko układało się świetnie aż do początku nowego sezonu, gdy stary trener przeszedł na emeryturę, a klub przedstawił nowego prowadzącego – trzydziestopięcioletniego Łukasza, byłego zawodnika ligowego, który nie ukrywał, iż zamierza wprowadzić do grupy „twardą dyscyplinę i wyniki”.

Zamiast profesjonalnego i motywującego podejścia, Łukasz przyniósł na salę tylko bezgraniczną arogancję i przemoc. Treningi opierał na publicznym ośmieszaniu tych, którym technika nie wychodziła od razu. Miał w drużynie czterech swoich faworytów – fizycznie silniejszych chłopców, z których za wszelką cenę chciał zrobić mistrzów regionu. Reszta dzieci była dla niego tylko tłem, na którym demonstracyjnie wyładowywał własne frustracje.

Kiedy ośmioletni, drobniejszy chłopiec podczas ćwiczeń źle chwycił za kimono i przewrócił się, zanim dokończył rzut, trener zatrzymał cały trening. Nie poprawił go, nie pokazał prawidłowej postawy. Zamiast tego złapał chłopca za kołnierz i przed całą trzydziestoosobową grupą krzyknął: „Popatrzcie na niego! Wyglądasz jak szmaciana lalka, jesteś do niczego! Co ty tu w ogóle robisz? Idź lepiej pobawić się lalkami w piasku, to jest sport dla chłopaków, nie dla nieudaczników!” Chłopiec stał na macie z zaczerwienionymi oczami, trzęsła mu się broda i powstrzymywał łzy, podczas gdy trener za karę kazał mu zrobić pięćdziesiąt pompek w kącie na gołej podłodze.

Ten terror powtarzał się co tydzień. Nasz syn zaczął wracać do domu przybity, przed treningiem regularnie bolał go brzuch, a z wesołego chłopca zamieniał się w kłębek nerwów, który bał się popełnić jakikolwiek błąd, żeby nie stać się obiektem drwin trenera.

Najgorsza była jednak reakcja pozostałych rodziców. Większość z nich siedziała podczas treningów na ławkach wzdłuż sali i wszystko widziała na własne oczy. Słyszeli wyzwiska, widzieli upokorzenia i nieadekwatne kary. Mimo to wszyscy milczeli, spuszczali wzrok, a po treningu jeszcze przymilali się do trenera i proponowali mu podwózkę na zawody. Panowała tam całkowita, tchórzliwa atmosfera strachu. Wszyscy dobrze wiedzieli, iż Łukasz ustala nominacje na weekendowe zawody i przyznaje wyższe pasy. Rodzice bali się, iż jeżeli się odezwą, ich syn natychmiast wypadnie z kadry i nie będzie miał szansy na macie. Woleli więc w milczeniu tolerować przemoc wobec cudzych i własnych dzieci w zamian za iluzję medalowych sukcesów.

Cierpliwość się skończyła podczas czwartkowego otwartego treningu. Podczas ćwiczenia padów jeden z nowicjuszy źle ułożył rękę i uderzył się w ramię. Skrzywił się z bólu. Trener Łukasz podszedł do niego, kopnął go nogą na oczach wszystkich i głośno powiedział: „Nie mazgaj się, symulancie, wstawaj! Jak chcesz się wylegiwać, idź do mamy po smoczek.”

Wtedy nie wytrzymałem. Wstałem z ławki, wszedłem na skraj maty i stanowczym głosem powiedziałem: „Natychmiast przestań! Przestań traktować dzieci jak śmieci i najpierw popatrz na siebie.”

Na sali zapadła absolutna cisza. Łukasz podszedł do mnie z wypiętą piersią i aroganckim spojrzeniem: „Nie masz prawa być na macie. To ja tu ustalam zasady. jeżeli nie podoba ci się mój sposób, zabierz syna i wyjdź. I tak nie nadaje się na zawody i nigdzie go nie zabiorę.”

Odwróciłem się do pozostałych rodziców na ławkach. Siedzieli jak sparaliżowani, niektórzy patrzyli w ziemię, inni udawali, iż czytają w telefonie. Nikt się nie odezwał. To był pokaz tchórzostwa dorosłych, którzy dla kawałka blachy z powiatowych zawodów pozwolili obcemu prostakowi deptać godność własnych dzieci.

Spojrzałem Łukaszowi prosto w oczy: „Mój syn nie będzie trenował pod pana okiem ani minuty. Ale to zachowanie nie ujdzie panu na sucho.”

Zabrałem syna za rękę, w szatni spakowaliśmy rzeczy i wyszliśmy. Nie chciałem jednak na tym poprzestać. Jeszcze tego wieczoru napisałem oficjalną skargę do prezesa klubu sportowego i do komisji etyki krajowego związku sportów walki. W liście dokładnie opisałem użyte wulgaryzmy, upokarzające kary i niewłaściwe kontakty fizyczne, wzywając zarząd do sprawdzenia licencji trenerskiej tej osoby. Pod warunkiem anonimowości do listu dołączyło się jeszcze dwoje rodziców, których dzieci także wieczorami płakały w domu.

Na szczęście zarząd klubu zrozumiał, iż ryzykują ogromny skandal i utratę dotacji. W ciągu dwóch tygodni Łukasz został bezwzględnie usunięty z grupy dziecięcej, a treningi przejął doświadczony trener z ośrodka wojewódzkiego, który potrafił wprowadzić naturalną dyscyplinę bez jednego słowa obrazy.

Przenieśliśmy syna do sąsiedniego klubu, gdzie gwałtownie odzyskał euforia i pewność siebie. Była to dla mnie ogromna lekcja życiowa o tym, jak łatwo powstaje toksyczne środowisko. Przemoc i arogancja ludzi u władzy nie biorą się z ich siły, ale z tchórzostwa i milczenia otoczenia. Kto dla wizji bezwartościowych medali i uznania toleruje upokarzanie dzieci, daje im najgorszą możliwą lekcję: iż wobec brutalności trzeba się pokornie ugiąć.

Idź do oryginalnego materiału