Na wakacje na wieś zabraliśmy ze sobą z miasta naszego kota, Szymona. We wsi mieszka jego rodzony brat, Lemek. Lemek dostał swoje przezwisko z powodu dość wyłupiastych oczu tutaj nikt nie bawi się w subtelności.
Na początku Szymonowi nie było tu łatwo. Choć nie imponował rozmiarami, Lemek od razu go sobie podporządkował, przeganiał od spiżarni i syczał zawzięcie, jak niektórzy goście w znanych programach telewizyjnych.
W pewnym momencie Lemek popełnił typowy błąd wiejskiego cwaniaka uwierzył we własną nieśmiertelność i napadł na Szymona w biały dzień. Szymon tylko niedbale machał łapą jak wachlarzem, niby mówił daj spokój, szlachetku, aż w końcu przypadkowo wylądował celnym hakiem prosto w Lemka. Lemka wyciągaliśmy potem z wiadra na śmieci.
Tak zupełnie przypadkiem i nieporadnie, jak całe jego życie, Szymon znalazł się na szczycie lokalnego łańcucha pokarmowego.
Na wsi koty traktuje się zgoła użytkowo Szymona przed polowaniem w polu uratowała tylko zima, bo nikt nie wypuszczał go z domu. Karmienie tutaj to akt twórczy i zdecydowanie nieregularny. Szymon długo nie mógł się przyzwyczaić: w mieście jadał punktualnie jak zegarek, na porcelanie, a zapraszał go do stołu lokaj.
Ze stresu gwałtownie wróciły mu kocie instynkty. Często nakrywałam go nocą z łbem w garnku na kuchence. Lemek, ustawiony na taborecie na czatach, gorliwie syczał, ostrzegając brata o moim nadejściu. Szymon leniwie się wtedy do mnie odwracał i miauczał do Lemka: Nie bój się tej, swoja jest widziałbyś, jak nocą buszuje po lodówce.
Raz uznaliśmy, iż Szymon jest gotowy na zewnątrz. Wynieśliśmy go na podwórze i posadziliśmy w śniegu. Gdy się do nas odwrócił, cała jego mordka była biała, a w oczach miał ten smutek źle przeżytego życia, jak u Pacino w słynnej scenie z Człowieka z blizną. Już więcej nie puszczaliśmy go na dwór.
Pewnego wieczoru do Antka, mojego syna, przyszli miejscowi koledzy. Ułożyliśmy się wygodnie w malutkim salonie i zaczęłam czytać im na głos Majową noc Gogola. Akurat opisywałam, jak macocha zamienia się w czarną kotkę i stuka pazurami po podłodze, gdy drzwi do salonu zaskrzypiały potwornie i do środka, krocząc dumnie, wszedł Lemek.
Na naszą zgubę Szymon nauczył brata swojego popisowego numeru otwierania drzwi każdej trudności łapą.
Salon był maleńki, ale z dziećmi udało się nam porozbiegać w popłochu. Jednego chłopca wyciągaliśmy potem z okna, przed wypadnięciem uratowała go babcia, która zawsze doskonale go karmiła.
Ach tak, wypada wspomnieć właśnie teraz, iż Lemek jest niesamowicie, zupełnie czarny.
Przyznajcie: rzadko klasyka wywołuje u współczesnych dzieci aż takie wrażenieOczywiście tego wieczoru nikt nie domagał się już dalszej lektury. Lemek przeciągnął się pośrodku pokoju z miną Aladyna, który właśnie zdobył nową lampę, i z godnością zasiadł obok Szymona, który udawał obojętność, mrugając do nas konspiracyjnie.
Od tamtej pory ani Lemek, ani Szymon nie dali się już nikomu zaskoczyć. W kuchni szeleszczące torebki nie umknęły żadnej z ich czujnych łap, drzwi stawały przed nimi otworem, a goście, zanim weszli do naszego salonu, pytali z niepokojem, która czarna kotka macocha dziś rządzi. Lemek wreszcie przestał odgrywać wiejskiego rzezimieszka w towarzystwie brata nabrał miejskich manier, a Szymon stał się kimś w rodzaju lokalnego żywiciela: raz złowił choćby muchę, na oko ważącą z pół pieroga.
Nasza wiejska przygoda dobiegła końca szybciej, niż chcieliśmy. Gdy pakowaliśmy walizki, Szymon i Lemek siedzieli obok siebie na parapecie, patrząc na siebie z takim spokojem, jakby w końcu rozumieli, iż są do siebie bardziej podobni, niż sądziliśmy.
Wieś długo jeszcze szeptała o tych dwóch kotach, co jedną łapą otwierają każde drzwi i każdą spiżarnię. A my może już nie baliśmy się tak czarnych kotów w powieściach i salonach, bo odkryliśmy, iż największą magią jest to, jaką rodzinę można stworzyć zupełnie przypadkiem.










