Na wakacje do naszej polskiej wsi zabraliśmy z miasta kota Szymona. Na wsi mieszka jego rodzony brat Lemur. Lemur ma lekko wytrzeszczone oczy, stąd właśnie takie przezwisko.

newsempire24.com 1 godzina temu

Na wakacje na wieś zabraliśmy ze sobą z miasta kota Szymona. Na wsi mieszka jego rodzony brat Lemiesz. Imię to zyskał z powodu lekko wyłupiastych oczu, które sprawiają, iż wygląda dość osobliwie. Na wsi ludzie nie przejmują się subtelnościami, więc nikt nie sili się na delikatność w przezwiskach.

Początki Szymona były trudne. Mimo iż jest raczej drobnej postury, Lemiesz od razu zaczął go sztorcować, jakby był najmłodszym w wojsku przeganiał go od zapasów w spiżarni i straszył okropnym sykaniem, jak to bywa w telewizji podczas głośnych programów publicystycznych.

W pewnym momencie Lemiesz popełnił typowy błąd uwierzył we własną nieśmiertelność i odważył się otwarcie zaatakować Szymona. Szymon najpierw leniwie odganiał się łapą w stylu dajże spokój, hrabiowskie madame, ale przypadkiem sprzedał mu niezłego sierpowego: Lemiesza potem musieliśmy wyciągać z kosza na śmieci.

Tak w zupełnie przypadkowy i mało efektowny sposób, jak to w jego życiu bywało, Szymon niespodziewanie został królem kociej hierarchii.

Na wsi koty traktuje się bardzo pragmatycznie od pracy na polu Szymona uratowało tylko to, iż akurat była zima.

Karmienie stanowi tu akurat nieprzewidywalny i kreatywny rytuał. Szymon długo nie mógł się do tego przyzwyczaić wszak w mieście jadał o srebrze, o stałych porach, a do stołu zapraszał go prawie kamerdyner.

Ze stresu pierwotne instynkty gwałtownie do niego wróciły. Niekiedy łapałem go nocą, jak nurkuje głową do garnka stojącego na kuchence.

Lemiesz w tym czasie pilnował czujki przy taborecie, syczał rozpaczliwie, ostrzegając Szymona o mojej obecności. Szymon odwracał się do mnie z niezbyt dużym zainteresowaniem i miauczał do brata: Tego się nie bój, ten jest z naszych widziałbyś, jak potrafi w ciemności lodówkę przeszukiwać.

Pewnego razu uznaliśmy, iż Szymon już się przystosował wynieśliśmy go na podwórze i posadziliśmy w śniegu. Gdy się do nas obrócił, całą mordkę miał oblepioną na biało, a w oczach wyczytać można było egzystencjalny żal, jak u Ala Pacino w Człowieku z blizną w tej słynnej scenie. Od tamtej pory na dwór już go nie wypuszczaliśmy.

Wieczorem do Jurka, mojego syna, przyszli miejscowi koledzy. Usiedliśmy razem w przytulnym salonie, a ja czytałem dzieciom na głos Majową noc Gogola. Gdy natrafiłem na fragment o macosze, która zamieniła się w czarnego kota i stukała pazurami po podłodze, drzwi do salonu rozwarły się ze złowrogim skrzypieniem do środka wkroczył dumnym krokiem Lemiesz.

Na nasze nieszczęście, Szymon zdążył nauczyć brata swojego popisowego numeru umiejętności otwierania choćby najtrudniejszych drzwi łapą.

Choć salon był mizernych rozmiarów, ja i dzieci zdążyliśmy się rozpierzchnąć. Jednego chłopca później szczęśliwie wyciągaliśmy z okna, przed wypadnięciem uratowała go babcia, która trzeba jej przyznać zawsze go dobrze karmiła.

Co warto dodać: Lemiesz to kot całkowicie, absolutnie czarny jak smoła.

Przyznajcie, nieczęsto się zdarza, by klasyka literatury wywierała na współczesnych dzieciakach aż takie wrażenie.

Idź do oryginalnego materiału