Podczas pobytu w sanatorium nad Bałtykiem zgłosiłem się na wieczorną potańcówkę. Nie szukałem żadnych miłosnych wrażeń marzyłem jedynie o chwili oderwania się od szarej codzienności, posłuchaniu występu orkiestry na żywo i rozruszaniu kości.
Gdy wszedłem do sali, uderzył mnie szum rozmów, zapach perfum i specyficzne ciepło letniego wieczoru. Miałem na sobie jasną koszulę i czułem się trochę jak licealista na pierwszym balu. W tym gwarze nagle czyjaś ręka dotknęła mojego ramienia.
Zatańczysz? zapytałem, spoglądając w twarz kobiety. Uśmiechnęła się, gotowa oddać się tańcowi, ale w jej oczach zobaczyłem zaskoczenie. W tej chwili czas stanął w miejscu. Stała przede mną Joanna moja pierwsza dziewczyna z liceum. Ta, której pisałem liściki na marginesach zeszytów i odprowadzałem pod klatkę schodową.
Joanna? wyszeptałem. Uśmiechnęła się tym samym, lekko figlarnym uśmiechem, który pamiętałem ze wspólnych ławek przed wejściem do szkoły. Cześć, Adam brzmiało prawie jak powrót do tamtych lat. Zatańczymy?
Wyszliśmy razem na parkiet. Orkiestra zaczęła grać stary dobry swing. Zatańczyliśmy, jakbyśmy nigdy nie przestali, jakby nasze ciała pamiętały każdy ruch sprzed lat. Doskonale wiedziałem, iż Joanna lubi taniec pewny, ale delikatny, bez szarpania, a ja znów czułem się jak osiemnastoletni chłopak, dla którego świat dopiero zaczyna się otwierać.
Podczas przerwy usiedliśmy przy stoliku w rogu sali, skąd było widać rozświetlony parkiet. Powiedziała mi, jak kilka lat temu skończyło się jej małżeństwo i jak dzieci poszły swoją drogą. Ja wyznałem jej, iż trzy lata temu straciłem żonę i długo nie umiałem się odnaleźć w samotności. Słuchaliśmy siebie z uśmiechem, a rozmowa płynęła jak kiedyś półsłówka, żarty, porozumiewawcze spojrzenia.
Znowu zabrzmiał taneczny rytm, więc chwyciłem Joannę za rękę. Jeszcze jeden? zapytałem. Tak właśnie mijał nam tamten wieczór: tańce przeplatały się z rozmowami. Oboje czuliśmy podskórnie, iż wydarza się coś szczególnego, coś więcej niż tylko przypadkowe spotkanie dwójki kuracjuszy.
Kiedy impreza dobiegała końca, wyszliśmy razem na taras. Nad morzem unosila się lekka mgiełka, a światła latarni rozjaśniały mrok złotą poświatą. Pamiętasz, jak kiedyś umówiliśmy się, iż zatańczymy razem, gdy będziemy mieli po sześćdziesiąt lat? powiedziałem po chwili. Joanna aż wstrzymała oddech. Zapomniała o naszej żartobliwej umowie sprzed dekad, która jeszcze wtedy wydawała się nierealna. I widzisz uśmiechnąłem się dotrzymałem słowa.
Poczułem, jak coś ściska mi gardło. Całe życie myślałem, iż pierwsze miłości są piękne, bo przemijają. Że gdyby trwały, zatraciłyby swój urok. A teraz stała przede mną Joanna z siwymi pasmami we włosach i delikatnymi zmarszczkami a ja widziałem w niej ciągle tę samą dziewczynę sprzed lat.
Do swojego pokoju wracałem z sercem bijącym mocno, jak wtedy, gdy miałem osiemnaście lat. Wiedziałem, iż to nie jest zwykły przypadek. Może los czasem daje nam drugą szansę nie po to, by powracać do dawnych dni, ale by przeżyć coś na nowo i adekwatnie.
Następnego poranka, gdy Piotr zaproponowała mi spacer nad morzem, nie wahałem się ani momentu. Słońce dopiero zaczynało wyłaniać się zza horyzontu, a złote i różowe światło rozświetlało wodę. Na plaży panowała cisza, tylko mewy przelatywały nad falami, a w oddali starsze małżeństwo zbierało muszelki.
Szliśmy powoli, boso, pozwalając zimnym falom Bałtyku obmywać nam stopy. Joanna opowiadała o swoim życiu o tym, jak po liceum los prowadził ją w różne strony, jak podróże dawały jej radość, ale nigdy nie zastąpiły uśmiechu, który kiedyś zobaczyła. Słuchałem jej, czując, jak każde jej słowo rozpuszcza kolejne lata ciszy.
W pewnej chwili zatrzymałem się, dostrzegłem na piachu mały bursztyn i podałem jej. W dzieciństwie wierzyłem, iż bursztyny to kawałki słońca, które zgubiły się w morzu zaśmiałem się Może ten talizman przyniesie ci szczęście.
Zamknęła bursztyn w dłoni, poczuła jego ciepło, choć wydawałoby się, iż powinien być chłodny. Spojrzała na mnie dostrzegłem w jej oczach nie tylko kobietę, którą się stała, ale i dziewczynę ze szkolnych lat.
Spacerowaliśmy długo, a miałem wrażenie, iż minęły zaledwie minuty. Gdy wracaliśmy, wiatr rozwiewał Joannie włosy, a ja odgarniałem je z jej twarzy gestem, który przetrwał w pamięci. Wtedy już wiedziałem, iż to nie tylko sentymentalne spotkanie. Że muszę dać nam obojgu prawdziwą szansę bez lęku i obaw.
Wieczorem usiedliśmy razem na tarasie sanatorium i patrzyliśmy w milczeniu na zachód słońca. Słowa nie były potrzebne. Położyłem dłoń na jej dłoni.
Może życie naprawdę potrafi uśmiechnąć się do nas po raz drugi powiedziałem cicho. I pierwszy raz od bardzo dawna uwierzyłem, iż to możliwe.











