Myślałam, iż moje małżeństwo to bajka, dopóki Krysia nie rzuciła mi takiego pytania, iż aż mi klapki z nóg spadły.
Wyszłam za maja młodo, bo zakochałam się po uszy. Najpierw cztery lata chodziliśmy na randki po Krakowie, potem stanęliśmy na ślubnym kobiercu. Przetrwaliśmy wspólnie niejedno od awarii pralki po wizytę teściowej na tydzień.
Mijamy już siódmy rok pod jednym dachem. Ufam mu jak sobie samej, a on? Cukierkowy, w gorącej wodzie kąpany, zawsze pierwszy do odkurzania i zmywania. Nie jest ani Herkulesem, ani Adonisem ale ma taką pogodę ducha, iż choćby gdy w pracy pali się budżet, on uśmiecha się jakby dostał drugie życie w Mario Kart.
Problem w tym, iż jak trzeba podjąć decyzję, to mój Wojtek zamienia się w żółwia, który schował się do skorupy. Nowe? Straszne. Zmiany? Lepiej nie ruszać. Dentysta? Jeszcze nie teraz. Ma prawie dziesięć lat więcej ode mnie, a energią to ja go mogłabym zasilać całą dzielnicę. Mam 26 lat, fajną robotę w Warszawie, swojego malucha na kredyt (no, i ten hipotekowy na mieszkanie też). A tu nagle Krysia, z herbatą w ręku, pyta: Dziewczyno, ale po co on ci adekwatnie?.
I od tej pory siedzę, gryzę długopis i myślę: No właśnie. Po co?. (Tylko nie mówcie mojemu, bo on akto właśnie piecze pierniczki).
