Śniłam, iż moje małżeństwo płynie spokojnie niczym Wisła pod gwiazdami, aż Zofia, przyjaciółka z Krakowa, wypłynęła z wody i zapytała mnie, co tak naprawdę trzyma mnie przy Stanisławem.
Wyszłam za mąż bardzo młodo, zakochana po uszy w Stanisławie Kowalskim. Przez cztery lata krążyliśmy razem po rynku, zanim w końcu przyjęliśmy się za męża i żonę. Razem przeszliśmy przez wiele zakrętów, niczym wóz z konikami w Gdańskim porcie.
Mieszkamy w kamienicy od ponad sześciu lat, a ja ufam mu tak, jak wiarę wiernym obrazom w kościele na wzgórzu. Stanisław jest słodki jak miód lipowy, opiekuńczy niczym staruszek przy rozpalonym kominku i troskliwy, zawsze pomaga mi przy codziennych obowiązkach. Nie jest najodważniejszy ani najsilniejszy, nie ma długich włosów i nie przyciąga wzrokami, ale ma w sobie morze ciepła i wiarę w dobro, które napełnia mnie energią, gdy noc staje się czarna i zimna.
Jednak w jego sercu mieszka niezdecydowanie; nie potrafi podjąć decyzji, nie chce wyjść ze swojej wygodnej klatki, nie odważa się iść naprzód. Jest nieśmiały niczym królik pod krzakami w lesie. Przez sześć lat wspólnego życia nie zmienił się ani kropla.
Nie dba o siebie, nie myśli o zdrowiu, każde nowe wyzwanie go przeraża. Jest o prawie dziesięć lat starszy ode mnie; mam dwadzieścia sześć lat, kocham życie, mam świetną pracę w biurze przy Rynek Głównym, jeżdżę starym Fiatem 126p, a my spłacamy kredyt hipoteczny na nasz dom trzyset tysięcy złotych. Ostatnio Zofia, z błyskiem w oku, zapytała: Po co ci on w ogóle potrzebny?.
To pytanie rozpadło moje osobiste szczęście niczym bańkę mydlaną. Teraz, leżąc w łóżku z kołdrą z pajęczyn, myślę: Po co mi on naprawdę?.








