Myślała, iż ułoży sobie na nowo życie. "Niestety, byłam tylko czwartkiem"

kobietaxl.pl 2 godzin temu

Plany swoje, życie swoje

Tuż przed ukończeniem 60 lat, Irena straciła męża. Zmarł w wyniku zbyt późnego wykrycia nowotworu prostaty.

- To był ogromny cios – przyznaje kobieta. – Karol był wspaniałym człowiekiem. Byliśmy bardzo dobranym małżeństwem przez prawie 40 lat. Mieliśmy wielkie plany na emeryturę. Dzieci odeszły na swoje, założyły rodziny w większym mieście. Odłożyliśmy trochę pieniędzy, by w końcu razem ruszyć w świat. Do zwiedzenia była Azja z Bangkokiem na czele. Potem miała być Afryka, marzyliśmy o Tanzanii i śniegach Kilimandżaro. W Kenii mieliśmy w planach udział w safari. W Meksyku mieliśmy zobaczyć piramidy Majów i Azteków.

Niestety, po dwóch latach walki z nowotworem, Karol odszedł. Choroba była bardzo podstępna, długo nie dawała żadnych objawów, a mężczyzna unikał badań kontrolnych. W momencie wykrycia były już przerzuty na inne organy.

- Chwytaliśmy się wszystkiego, żeby z tego wyszedł – przyznaje Irena. – Nie żałowaliśmy pieniędzy na różne terapie i leki, mieliśmy przecież zgromadzony fundusz „podróżniczy”. Karol leczył się choćby za granicą. Za późno. Nowotwór był wyjątkowo agresywny. Gdy umarł, nie mogłam się z tym pogodzić. Mój cały świat runął.

Irena popadła w depresję. Żyła jak automat. Nic jej nie cieszyło, bardzo schudła, przestała dbać o dom i siebie. W końcu sama zachorowała na serce.

- To był straszny czas – opowiada kobieta. – Zasłabłam w pracy i wylądowałam w szpitalu, moje dzieci bardzo się przestraszyły. Dla mnie też to było otrzeźwienie. Oprócz serca, musiałam wyleczyć również duszę. Nie mogłam tak dalej żyć. Potrzebowałam zmiany.

Irena już osiągnęła wiek emerytalny. Dzieci postanowiły, iż matka nie może mieszkać sama w domu w odległym mieście. Nieruchomość została sprzedana. Kobieta podzieliła pieniądze między sobą i córki. Jedna z nich, która miała obszerny dom, zaprosiła matkę do siebie.

- Kasia przygotowała dla mnie pokój z widokiem na ogródek – mówi Irena. – Prosiła abym zadbała o roślinność wokół domu, bo ona nie miała na to czasu. Jest stomatologiem, mąż ma kancelarię prawniczą, więc faktycznie ciągle pracują. Wnuki to już nastolatki. Za chwilę pójdą na studia i wyfruną z domu. Chciałam z nimi trochę pobyć.

Przeprowadzka poszła gładko. Irena chciała oderwać się od przeszłości.

Nowy etap, nowe problemy

Przez pierwsze miesiące Irena przyzwyczajała się do nowego miejsca. Starała się zadomowić.

- Nosiło mnie, musiałam coś robić – przyznaje. – Dokładnie wysprzątałam córce dom. Zrobiłam porządki w szafkach i szafach. Przyszła wiosna przerzuciłam się na ogródek. Praca fizyczna dawała mi zapomnienie, a fizyczne zmęczenie pozwalało wyczyścić umysł.

Kobieta rozplanowała nowe nasadzenia, wypielęgnowała starsze rośliny, odświeżyła trawnik i ścieżki. Potem ozdobiła taras kwiatami.

- Córka i jej rodzina byli zachwyceni – przyznaje. – A ja w końcu poczułam się spokojna i potrzebna. Wróciła mi energia i chęć do życia. To było prawie dwa lata po śmierci mojego ukochanego Karola. Czułam, iż gdzieś jest, cieszy go, jak sobie w końcu dobrze radzę.

Irena postanowiła bardziej włączyć się w rodzinne życie swoich domowników. Zaczęła gotować obiady. Chciała być pożyteczna.

- Niestety narobiłam tyko kłopotów – mówi – Córka, zięć i dzieci byli przyzwyczajeni do obiadów na mieście. Wieczorami jedli lekkie kolacje. Było im głupio, iż ja się narobiłam, a oni nie byli głodni. Kilka razy jedzenie wylądowało w koszu. Tylko się marnowało.

Córka Ireny rozumiała, iż matka potrzebuje aktywności i najlepiej jej zrobią kontakty z rówieśnikami. Zapisała ją na Uniwersytet Trzeciego Wieku.

- Przyznam, byłam zachwycona – relacjonuje Irena. – Interesowały mnie przede wszystkim wykłady naukowe, przekazywane w lekkiej i przystępnej formie. Podczas zajęć poznałam przemiłych ludzi. Szczególnie zakolegowałam się z Judytą i Krystyną. Poszłyśmy na kawę, a one namówiły mnie na udział w ich Klubie Seniora. Mieli fajny program, były wycieczki, potańcówki, wolontariat.

Irena pojawiła się na kilku spotkaniach klubu. Bawiła się znakomicie, ludzie znali się od lat, byli bardzo zgrani. Patrząc z boku nie widziała w nich staruszków, ale osoby młode duchem, które potrafią się bawić.

- Czułam się wśród nich swobodnie – opowiada. – Każdy miał jakiś bagaż życiowy. Wszyscy byli samotni, owdowiali lub po rozwodach. Trudne doświadczenia nauczyły ich, by korzystać z każdego dnia, carpe diem w praktyce. Nikt nikogo nie oceniał, nic nie oczekiwał. Zachowywali się jak beztroska młodzież, bez kurateli rodziców.

Irena pojechała na wycieczkę, poszła na zajęcia aqua aerobik i wieczorek taneczny. Tam poznała Cezarego, wdowca, byłego oficera.

- Był bardzo przystojny, szpakowaty i wysportowany – mówi kobieta. – Podszedł do moich koleżanek, przedstawił się. Potem kilka razy porwał mnie na parkiet. Znakomicie tańczył. Przyznam, iż trochę zawrócił mi w głowie.

Myślała, iż jest wyjątkowa

Irena poczuła, iż przez cały czas jest kobietą. Miała wyrzuty sumienia wobec zmarłego męża, ale z drugiej strony ona przez cały czas żyła. Jak na skrzydłach szła na kolejne zajęcia Klubu Seniora. Miała nadzieję spotkać Cezarego. Faktycznie był.

- Usiadł koło mnie, zabawiał rozmową – wspomina Irena. – Koleżanki tylko się uśmiechały. Na osobności pytałam o niego. Stracił żonę, miała raka piersi. Był ojcem, ale mieszkał samotnie. Cenił sobie niezależność. Wszystkie panie w klubie go uwielbiały, nic dziwnego, z tyloma zaletami. Potrafił sprawić, iż kobieta czuła się przy nim wyjątkowo.

W grupie było tylko kilku mężczyzn. Żaden jednak nie był tak atrakcyjny. Cezary wyraźnie adorował Irenę. Zaprosił ją na ciasteczko do kawiarni, potem było wyjście do teatru. W końcu zapytał, czy we czwartek przyjdzie do jego mieszkania na kolację przy świecach.

- Czułam się jak nastolatka, podekscytowana i zdenerwowana – przyznaje.- Tak się miotałam, aż córka spytała co się dzieje. Powiedziałam, a ona tylko się roześmiała. Stwierdziła, iż to wspaniale, iż mam chłopaka. Co w tym złego? No to poszłam i stało się to co zwykle na takich randkach.

Irena była „w skowronkach”. Czuła się wspaniale, znowu była pożądana, podobała się atrakcyjnemu mężczyźnie. Modliła się za męża, równocześnie przepraszała za swój romans i radość. Z powodu odczuwanego szczęścia miała wyrzuty sumienia.

- Nasz romans kwitł – mówi. – Spotykaliśmy się u niego raz w tygodniu. Zawsze we czwartek. Oczywiście byliśmy razem na wykładach, ale udawaliśmy, iż nic nas nie łączy. Chociaż koleżanki pewnie domyślały się, bo maślanym wzrokiem patrzyłam na „mojego chłopaka”.

Po kilku miesiącach zażyłości Irena chciała, aby relacja stała się oficjalna. Gdy to zaproponowała, Cezary prosił by się wstrzymała, inne panie mogły być zazdrosne.

- No faktycznie, był bardzo popularny – stwierdza Irena. – ale w końcu zmęczyło mnie to ukrywanie się. Na co mieliśmy czekać?


Czwartkowa dziewczyna

Mężczyzna przez cały czas prosił o dyskrecję twierdził, iż to dodaje pikanterii ich związkowi. Irena nie była do końca przekonana. Nigdy nie bawiła się w takie podchody, ale nie wypadało go zmuszać.

- W końcu kiedyś po zajęciach Krystyna zaprosiła mnie na domowe wino – mówi. – Po dwóch lampkach zwierzyłam się z romansu. A ona wypaliła, iż wie o tym. Jestem jego „czwartkową dziewczyną”. Nie bardzo rozumiałam co to znaczy. Zostałam oświecona.

Cezary był „chłopakiem” wielu pań z Klubu Seniora. Jako jeden z nielicznych sprawnych i atrakcyjnych mężczyzn, cieszył się specjalnymi względami kobiet. A on nikomu nie odmawiał. Po kłótniach, zdradach, scenach zazdrości, doszło do niepisanego porozumienia między seniorami. Cezary oświadczył, iż nie zamierza się wiązać, a panie, które potrzebowały tylko czasami męskiej adoracji, zawarły swoisty kompromis.

- To było grono kilku wielbicielek, o które Cezary sprawiedliwie „dbał” – relacjonuje Irena. – Każda z dziewczyn miała swój dzień w tygodniu, żeby panował porządek. Tylko weekendy miał wolne dla rodziny. Moja poprzedniczka, która była „czwartkiem”, dostała udaru i wypada z grafika. Ja wskoczyłam na wolne miejsce. Wszyscy z tej paczki o tym wiedzieli!!! Poczułam się jak idiotka.

Irena od razu poszła do Cezarego powiedzieć co o nim myśli. Czuła się oszukana i ośmieszona. Gdy zadzwoniła do jego drzwi, zastała w mieszkaniu Judytę, była „wtorkiem”. Zgodnie z grafikiem.

- Cezary wcale się nie speszył, tylko stwierdził, iż chyba się dowiedziałam - wspomina Irena. – Przytaknęłam, chciałam go zwyzywać, ale wtedy sobie uświadomiłam, iż to nie ma sensu. Nic mi nie obiecywał, było nam dobrze i tyle. Oboje jesteśmy przecież dorośli. Tyko, iż mnie oszukał, nie był wolny, zajmowały go inne „dni tygodnia”. Judyta tylko się uśmiechała, zaproponowała herbatę. Podziękowałam, powiedziałam, żeby szukał nowego „czwartku”. Na razie nie zamierzam z nikim się spotykać. Nigdy nie przypuszczałam, iż seniorzy są zdolni do takiej bezpruderyjności. Człowiek uczy się przez całe życie.


Idź do oryginalnego materiału