„My tu sobie pomieszkamy do lata!” – czyli jak wyrzuciłam bezczelną rodzinę męża z mieszkania, zmieniłam zamki i odzyskałam spokój Domofon nie dzwonił, tylko wył o 7 rano w sobotę – jedyny dzień, kiedy planowałam się wyspać po zamknięciu kwartalnego raportu, a nie przyjmować gości. Na wyświetlaczu pojawiła się twarz mojej szwagierki. Światło nadziei zgasło, gdy zobaczyłam za nią trzy potargane główki dzieci…

polregion.pl 5 godzin temu

Dzwonek do domofonu zabrzmiał tak gwałtownie, iż aż podskoczyłem. Była sobota, siódma rano jedyny dzień, kiedy mogłem odespać po zamykaniu kwartalnych raportów, zamiast użerać się z gośćmi. Na ekranie zobaczyłem twarz szwagierki. Monika, siostra mojej żony Marty, wyglądała, jakby miała zamiar szturmować jakiś urząd, a za nią kłębiły się trzy rozczochrane dzieciaki.

Marta! zawołałem z salonu, nie podnosząc słuchawki. Twoja rodzinka. Zrób z tym porządek.

Żona weszła do przedpokoju, z założonymi rękoma i miną, która nie wróżyła nic dobrego. Wiedziała, iż jeżeli mówię takim tonem, moja cierpliwość już dawno się skończyła. To przecież moje mieszkanie, moje zasady. Kupiłem to trzypokojowe M w centrum Warszawy dwa lata przed ślubem, spłacałem kredyt do ostatniego grosza i nie zamierzałem oddawać go pod najazd obcych.

Drzwi się otworzyły i do pachnącego nowością korytarza wpadł cały tabun. Monika, objuczona jak wielbłąd, choćby się nie przywitała. Przepchnęła mnie biodrem jak przeszkadzający mebel.

No wreszcie! westchnęła, rzucając torby na błyszczący gres. Marta, czemu stoisz w progu? Zrób nam herbaty, dzieci głodne po drodze.

Monika, przepraszam, co tu się dzieje? Marta starała się zachować spokój, chociaż już widziałem, iż aż ją nosi.

A Bartek wam nie powiedział? zrobiła wielkie oczy, jakby była świętą naiwnością. Remont mamy! Całkowity! Rury do wymiany, podłogi rozpruwają, nie da się żyć. U was się przemęczymy tydzień. Przecież macie tyle miejsca, szkoda żeby się marnowało.

Spojrzałem wymownie na Martę. Ta tylko zerkała w podłogę, wiedząc, iż wieczorem nie uniknie trudnych rozmów.

Bartek, naprawdę, wybełkotała to przecież siostra

Tydzień, nie więcej. wykrztusiła Marta. Jedzenie organizujecie sobie sami. Dzieci nie biegają po całym mieszkaniu, ścian nie dotykają, do mojego gabinetu choćby nie podchodzą. I cisza po 22.

Monika tylko prychnęła:

Ale jesteś zasadnicza, Martuś. Jak strażniczka więzienna. Dobra, gdzie mamy spać? Mam nadzieję, iż nie na podłodze?

I tak zaczął się koszmar.

Tydzień zamienił się w dwa, potem w trzy. Moje mieszkanie, nad którym pracowałem z architektem wnętrz, zrobiło się graciarnią. W korytarzu zaraz przy drzwiach wiecznie piętrzyła się góra zabłoconych butów, nad które musiałem skakać. W kuchni bałagan, lepkie plamy, tłuste ślady na blacie, okruchy. Monika zachowywała się, jakby była u siebie rozstawiała się jak królowa.

A czemu w lodówce pusto? rzuciła pewnego wieczoru, przeglądając półki. Dzieci potrzebują jogurtów, a my z Bartkiem jakiegoś mięsa. Przecież zarabiacie dobrze, moglibyście wesprzeć rodzinę.

Sklep jest za rogiem. Dostawa działa całą dobę, śmiało. choćby nie przerwałem pisania maila.

Szkoda ci żarcia mruknęła, waląc drzwiami od lodówki. Pamiętaj, iż do grobu pieniędzy nie zabierzesz.

Ale to nie był jeszcze moment krytyczny. Któregoś dnia wróciłem wcześniej z pracy i zobaczyłem bratanicę i bratanków w mojej sypialni. Najstarszy urządził trampolinę na moim materacu, który kosztował tyle, co używane auto, a najmłodsza Mała frywolnie malowała po ścianie moją szminką. Chanel. Limitowana seria.

Natychmiast wynocha! wrzasnąłem, a dzieciaki rozbiegły się po domu.

Na hałas przyszła Monika. Zobaczyła malunki na tapecie i zniszczoną pomadkę, wzruszyła ramionami:

Przesadzasz, to tylko dzieci. Co za różnica, parę kresek zmyjesz się. A szminka kupisz nową. Poza tym, prace wykończeniowe się przeciągają, ekipa do niczego. Tak więc zostaniemy do wakacji. Co wam przeszkadza trochę rozrywki?

Bartek tylko stał i milczał. Zero wsparcia.

Nie odpowiedziałem nic. Zamknąłem się w łazience, żeby nie narobić sobie kłopotów przez rękoczyny. Potrzebowałem chwili na ochłonięcie.

Wieczorem Monika poszła pod prysznic, zostawiając telefon na stole. Na ekranie wyskoczyła wiadomość nie podglądam czyichś smsów, ale tym razem tekst był wyświetlony wielkimi literami. Wiadomość od Agnieszka Najem:

Monika, przelałam hajs za następny miesiąc. Najemcy zadowoleni, pytają czy można przedłużyć do września?

Zaraz potem powiadomienie z banku: Wpłata: +6 000 zł.

Coś we mnie pękło. Wszystko złożyło się w jednej chwili. Żadnego remontu nie było. Ta zaradna cwaniara wynajęła swoje klitki na miesiąc, by zarobić kilka tysięcy na boku, a sama rozgościła się u mnie na koszt mojego spokoju, zakupów i rachunków. Sprytna strategia tyle iż za moją kasę.

Zrobiłem zdjęcie ekranu jej telefonu. Ręka choćby mi nie drżała. Pojawiła się we mnie chłodna, wyrachowana pewność.

Bartek, chodź do kuchni zawołałem żonę.

Gdy weszła, pokazałem jej zdjęcie. Przeczytała, najpierw się zarumieniła, potem zbladła.

Może to nieporozumienie próbowała.

Nieporozumieniem jest to, iż jeszcze ich nie wyrzuciłaś odparłem spokojnie. Masz wybór. Albo jutro do południa ich nie ma, albo was wszystkich wynoszę razem z tobołkami.

Ale gdzie ona pójdzie z dziećmi?

Mnie to nie obchodzi. Może pod most albo do hotelu Sheraton. Jej sprawa.

Rano Monika, jak gdyby nigdy nic, wyszła po zakupy chyba na kolejne buty, kupione za kasę z najmu. Dzieci zostawiła na głowie Bartka, który wziął urlop.

Czekałem, aż drzwi się za nią zamkną.

Bartek, zabieraj dzieci do parku. Na długo.

Po co?

Bo muszę odkazić mieszkanie po pasożytach.

Gdy mąż z tobołkami zniknął w windzie, sięgnąłem po telefon. Najpierw ślusarz zmiana zamków. Potem telefon do dzielnicowego.

Koniec gościnności. Czas na porządki.

Może to nieporozumienie? dudniło mi w głowie, gdy patrzyłem, jak ślusarz wymienia wkładkę.

Żadnego nieporozumienia. Tylko czysta kalkulacja.

Pan ślusarz, postawny facet z orłem na przedramieniu, pracował szybko.

Fajne drzwi pochwalił. Nowy zamek, tu się już nikt nie włamie.

O to chodzi. Ważne, żeby było bezpiecznie.

Przelałem mu tyle, iż wystarczyłoby na dobry obiad w restauracji, ale za święty spokój mógłbym dać dużo więcej. Potem zabrałem się za rzeczy. Zero sentymentu. Czarne worki na śmieci największe, jakie znalazłem upychałem do nich wszystko: staniki Moniki, dziecięce rajstopy, porozrzucane zabawki. Nie składałem starannie, po prostu upychałem. Kosmetyki, których nawaliła na mojej półce, zgarnąłem jednym ruchem do worka.

Po czterdziestu minutach na klatce leżały czarne wory i dwa walizki.

Kiedy przyjechał dzielnicowy, czekałem już z dokumentami.

Dzień dobry, panie sierżancie podałem mu akt notarialny i dowód. Właściciel mieszkania: ja. Zameldowana tylko ja. Za chwilę mogą próbować wejść ludzie, którzy nie mają tu prawa przebywać. Proszę odnotować próbę nielegalnego wtargnięcia.

Dzielnicowy, młody, zmęczony wzrokiem policjant, rzucił okiem na papiery.

Rodzina?

Była uśmiechnąłem się krzywo. Sprawa majątkowa w ostrym etapie.

Monika zjawiła się po godzinie, obładowana torbami z Vitkaca, cała w skowronkach. Uśmiech zniknął nagle, gdy zobaczyła worki i mnie z policjantem.

Co to ma być?! zapiszczała. Marta, chyba zwariowałaś! To moje rzeczy!

Dokładnie. Twoje graty, więc zabieraj i znikaj rozłożyłem ręce. Hotel zamknięty.

Rzuciła się do drzwi, ale drogę zastąpił dzielnicowy.

Proszę pani, zameldowania brak?

Jestem siostrą żony! Byliśmy tylko w gościach! zaczęła krzyczeć, czerwona na twarzy. Gdzie jest Bartek? Zaraz go zadzwonię, pokażę ci!

Dzwoń, jeżeli ci ulży wzruszyłem ramionami. Pewnie nie odbierze. Właśnie tłumaczy dzieciom, iż mama jest sprytna i zaradna.

Monika kilka razy wybierała numer, ale żaden Bartek nie odebrał. Chyba bał się podziału majątku i rozwodu.

Nie masz prawa! zaryczała, rzucając torby na podłogę. Mamy remont! Gdzie pójdę z dziećmi?!

Daj spokój. Pozdrów Agnieszkę z najmu i zapytaj, czy przedłużą do września, czy będziesz musiała eksmitować lokatorów i wracać do siebie.

Monika zamarła z otwartą buzią.

Jakim cudem?

Naucz się blokować telefon, zanim zaczniesz biznesy rodzinne. Przez miesiąc żyłaś na moim rachunku, wyjadałaś mi lodówkę, psuła wystrój, a swoje mieszkanie wynajmowałaś, żeby oszczędzić na auto? Sprytna jesteś, nie powiem. Ale teraz słuchaj. Weź te wory i natychmiast znikaj. Jak zobaczę cię lub twoje dzieci choćby kilometr od mojej klatki zgłoszę do skarbówki, iż wynajmujesz nielegalnie. Zgłoszę też kradzież zginął mi złoty pierścionek i ciekawe, w którym worku go znajdą, jak policja zajrzy.

Oczywiście pierścionek był w sejfie. Ale Monika tego nie wiedziała. Zbladła tak, iż puder wyglądał jak maska karnawałowa z Wenecji.

Jesteś potworem, Marta, Bóg cię osądzi syknęła.

Bóg ma już co robić. Ja mam spokój. I wolny dom.

Monika zaczęła ładować swoje rzeczy do taksówki trzęsącymi się dłońmi. Dzielnicowy patrzył na to z lekkim uśmiechem, zadowolony, iż nie musi wypełniać papierów.

Kiedy drzwi windy zamknęły się za Moniką, jej torbami i porzuconymi planami, odetchnąłem głęboko i podziękowałem policjantowi.

Polecam się. Ale lepiej inwestować w dobre zamki rzucił na pożegnanie.

Wszedłem do mieszkania i zamknąłem drzwi. Nowy zamek zatrzasnął się z przyjemnym kliknięciem. W nozdrza uderzył zapach świeżości ekipa sprzątająca właśnie kończyła w kuchni.

Bartek wrócił dopiero po dwóch godzinach. Sam. Dzieci zostawił Monice przy wejściu, kiedy ładowała rzeczy do taksówki. Stał w drzwiach jakby się bał, co go czeka.

Ona już pojechała wydukał.

Wiem.

Obrażała cię bardzo

Nie interesuje mnie, co krzyczą szczury wyrzucane ze statku.

W kuchni czekała na mnie filiżanka świeżo parzonej kawy. Na ścianach nie było śladu po szmince. W lodówce tylko moje produkty.

Wiedziałaś o tym najmie? zapytałem żonę nie patrząc na nią.

Nie! Przysięgam, nie! Gdybym miała pojęcie

Gdybyś wiedziała, też byś przemilczała stwierdziłem twardo. Zapamiętaj sobie, Bartek. To był ostatni raz. Jeszcze jedna taka akcja z twojej rodziny i twoje walizki stoją obok ich worów. Jasne?

Przytaknął szybko, blady i spięty. Wiedział, iż nie żartuję.

Upiłem łyk kawy.

Była idealna.

Gorąca, mocna i co najważniejsze pita w ciszy. W moim domu.

A korona na głowie? Leży idealnie. I wcale nie ciśnie.

Tak się kończy moja lekcja: zawsze warto znać własną wartość i nie pozwolić, by ktokolwiek za nas decydował o naszym domu czy spokoju.

Idź do oryginalnego materiału