Marta Kowalczyk siedziała na tarasie pensjonatu w Zakopanem z aparatem na kolanach i czekała już trzecią godzinę.
— jeżeli się nie pojawi do zmroku, jedziemy z powrotem do Krakowa — powiedział Tomek, jej mąż, sprawdzając godzinę na telefonie. — Zapłaciliśmy trzysta złotych za ten pokój, a ty gonisz za motylem, którego może w ogóle tu nie ma.
Szukała *Greta oto* — motyla szklanoskrzydłego — od dwóch lat. Nie do zdjęcia na Instagram, nie dla lajków. Rok wcześniej jej córka Zosia, dziewięcioletnia wtedy, przyniosła ze szkoły projekt o owadach i zapytała, dlaczego wszystkie zdjęcia w podręczniku są takie same — kolorowe skrzydła, symetryczne wzory. Marta obiecała jej wtedy, iż znajdzie coś innego. Coś, co widać na wylot.
Zosia zmarła osiem miesięcy później. Białaczka, zdiagnozowana w marcu, pogrzeb w listopadzie. Marta nie dokończyła obietnicy przy życiu córki i teraz nosiła ją ze sobą jak kamień w kieszeni płaszcza.
— Zostań pół godziny — powiedziała do Tomka. — Proszę.
Motyl przyleciał tuż przed siódmą, kiedy światło robiło się miodowe i ukośne. Usiadł na liściu paprotki przy balustradzie, złożył skrzydła, a przez nie było widać żyłkowanie liścia pod spodem — jakby ktoś wyciął w papierze dziurę dokładnie w kształcie skrzydła. Marta nie krzyknęła. Zacisnęła palce na aparacie tak mocno, iż paznokcie zbielały, i zaczęła strzelać zdjęcia, jedno po drugim, bez patrzenia w wizjer, bo oczy jej się zamgliły i nie mogła znaleźć ostrości przez łzy.
— To ten? — spytał Tomek cicho, kucając obok.
— To ten.
Motyl przesiadł się na poręcz, otworzył skrzydła na chwilę — brązowa obwódka, kilka plam rdzawych, a w środku nic, tylko powietrze udające szkło — i odleciał w stronę lasu, jakby nigdy go tu nie było.
Wieczorem Marta wydrukowała najlepsze zdjęcie na papierze fotograficznym w kiosku przy Krupówkach, zapłaciła dwanaście złotych za odbitkę dwadzieścia na trzydzieści centymetrów. Zawiozła ją nazajutrz na cmentarz w Krakowie, na Rakowicki, i wsunęła między kwiaty przy nagrobku, pod osłoną plastikowej koperty, żeby deszcz jej nie zniszczył.
— Widzisz na wylot — powiedziała do granitu. — Tak jak chciałaś.
Usiadła na ławce obok i została tam, dopóki nie zapaliły się latarnie wzdłuż alejki.











