Monica Bellucci skończyłaby jako prawniczka w Perugii

polregion.pl 3 godzin temu

W maju 1987 roku siedziałam w ciasnym pokoju na tyłach agencji Elite w Mediolanie i trzymałam w dłoni pognieciony bilet autobusowy. Nie pamiętam, skąd go miałam. Pamiętam za to, iż przez okno było słychać tramwaj na Corso Buenos Aires i iż pachniało tam mokrym kartonem po przeprowadzce.

Facet od portfolio kazał mi zdjąć okulary. Powiedział, iż na zdjęciach twarz ma być czysta, bez żadnych śladów tego, iż ktoś przed chwilą czytał podręcznik do prawa rzymskiego.

Miałam dwadzieścia trzy lata. W torbie obok krzesła leżał indeks z Uniwersytetu w Perugii i notatki z wykładu o zobowiązaniach. Miałam w planach aplikację. Kancelaria w Umrii, potem może Rzym. Matka powtarzała, iż z moją urodą lepiej być mądrą, bo nikt nie potraktuje mnie poważnie, jeżeli sama nie udowodnię, iż potrafię myśleć.

Weszłam do tej agencji, żeby zarobić na czynsz. Dwa tysiące lirów za sesję próbną. Wtedy to były pieniądze — za tyle można było kupić cały tydzień jedzenia na targu przy Piazza delle Erbe.

Facet popatrzył na mnie znad aparatu i powiedział coś, co potem słyszałam w różnych wersjach przez trzydzieści lat: „Ty nie musisz nic mówić. Ty masz po prostu być.”

I wtedy, zamiast się uśmiechnąć, poczułam zimno w żołądku. Bo zrozumiałam, iż całe moje prawo, te lata nauki, te notatki — dla połowy świata miały znaczyć mniej niż kształt mojej szczęki.

Właściwie to nigdy nie przestałam tego czuć.

Mój pierwszy poważny kontrakt to była reklama bielizny. Płacili dobrze, ale na planie ktoś powiedział, żebym mniej myślała, bo podobno „inteligentny wyraz twarzy wystraszy klientki”. Stałam w zimnym studiu pod Mediolanem, wokół kręcili się ludzie z kawą i papierosami, a ja liczyłam w myślach paragrafy, żeby nie wybuchnąć.

Potem przyszedł 1988 rok i sesja do magazynu, która trafiła na okładkę. Po niej zadzwonił telefon z Paryża. Ale ja wtedy jeszcze wierzyłam, iż to wszystko jest tymczasowe, iż to tylko sposób, żeby nie prosić rodziców o pieniądze.

W 1991 roku dostałam propozycję z Rzymu — film La Riffa. Reżyser chciał, żebym zagrała kobietę, której mąż umiera i która zostaje sama z długami. Scenariusz miał w sobie coś twardego. Zapytałam, ile mam prób. Popatrzył na mnie jak na dziecko, które pyta, czy można zjeść ciasto przed obiadem.

— To nie teatr, Monica — powiedział. — To ujęcie. Poza tym ty masz wystarczająco dużo w twarzy. Wystarczy, iż tam wejdziesz.

„Wystarczy, iż tam wejdziesz” — to zdanie słyszałam potem setki razy. I za każdym razem miałam ochotę zapytać: a co mam zrobić z tym, co jest w środku?

Kiedy pojechałam do Stanów na plan Draculi Francisa Forda Coppoli, dostałam scenę, w której moja bohaterka schodzi po schodach. Nie miałam prawie żadnych kwestii. Ale pamiętam, jak Coppola podszedł do mnie między ujęciami i spytał, co sądzę o tej scenie. Powiedziałam, iż moim zdaniem ta kobieta idzie po schodach nie dlatego, iż ją wzywają, tylko dlatego, iż już dawno przestała czekać, aż ktoś ją poprosi.

Popatrzył na mnie długo i powiedział: „To zagraj dokładnie to.”

To była pierwsza chwila, w której ktoś na planie potraktował mnie jak głowę, a nie jak obrazek.

Ale prawdziwe piekło zaczęło się później.

W 1996 roku, na planie L’Appartement w Paryżu, poznałam Vincenta. Cassela. Wszedł do garderoby, rzucił kurtkę na krzesło i od razu zaczął mówić, iż scenariusz jest do dupy, ale iż to dobrze, bo jak coś jest do dupy, to jest przy czym pracować. Nie patrzył na mnie jak na ładną twarz. Patrzył jak na kogoś, z kim będzie się kłócił o każdą scenę.

To było zaskakujące i cholernie pociągające.

Wzięliśmy ślub w 1999 roku. Byłam w ciąży z Devą, kiedy dowiedziałam się, iż dostałam główną rolę w Malènie Tornatore. Zawiozłam się na Sycylię z brzuchem, którego nie było widać na ekranie, i z ciągłym strachem, iż wszystko zepsuję.

Na planie panowała cisza, która miała grać równie mocno jak ja. Tornatore powiedział mi, iż moja bohaterka prawie nie mówi, bo ludzie i tak słyszą to, co chcą usłyszeć. Że cała rola to sposób, w jaki przechodzę przez plac. Że każdy mężczyzna w tym miasteczku powinien widzieć we mnie własną fantazję, a każda kobieta — własną porażkę.

Stałam na tym piekielnym placu osiem dni. Kręcili scenę, w której idę, a za mną niosą się plotki. Miałam ciasno upięte włosy i sukienkę, która ważyła chyba więcej niż to, co czułam. W przerwie poszłam za przyczepę i zwymiotowałam do plastikowego kubka po kawie.

Pamiętam, iż pomyślałam: „Oni wszyscy chcą, żeby to bolało. I może właśnie o to chodzi.”

Kiedy film wszedł do kin, nikt nie pytał mnie, ile kosztowało mnie zbudowanie kobiety, która nie mówi. Pytano, ile razy w tygodniu ćwiczę.

Mało kto rozumiał, iż Malèna to nie była rola o urodzie. To była rola o tym, co ludzie robią kobiecie, kiedy wolno im na nią patrzeć. I o tym, co ta kobieta robi, żeby przeżyć, kiedy już nie mają jej co odebrać.

Potem przyszła Irréversible.

Gaspar Noé zadzwonił do Vincenta, nie do mnie. On często tak robił. Ale scenariusz przywiózł do naszego mieszkania i rozłożył na podłodze, między zabawkami Devy a stertą prania. Powiedział, iż scena w tunelu będzie kręcona jednym ujęciem przez dziewięć minut. Że nie ma drogi na skróty.

Vincent spytał, czy to na pewno dobry pomysł. Noé popatrzył na mnie i powiedział: „Zapytaj jej.”

Zapytał.

I wtedy zrobiłam coś, czego nikt by się po mnie nie spodziewał. Wyjęłam z szuflady plan zdjęciowy i ołówek. Usiadłam na podłodze, obok scenariusza, i zaczęłam liczyć. Ile razy kamera mnie minie. Z której strony wejdzie światło. Gdzie skończy się mój ruch, żeby mogli zrobić cięcie bez łamania chronologii.

Noé patrzył na to przez chwilę, a potem powiedział: „Kurwa, myślałem, iż zatrudniłem modelkę.”

Odpowiedziałam mu po francusku, iż zatrudnił prawniczkę, która umie czytać między wierszami.

Na festiwalu w Cannes ludzie wychodzili. Ktoś krzyczał, ktoś płakał, ktoś zostawił na sali parasolkę, bo w połowie seansu uciekł. A ja siedziałam w ciemności, na końcu rzędu, i czułam coś, czego nie czułam nigdy wcześniej na żadnym pokazie.

Spokój.

Wiedziałam, iż jeżeli po czymś takim przez cały czas będę miała pracę, to nikt już nie powie, iż jestem tylko ładna. Bo po tej scenie żaden mężczyzna nie jest w stanie myśleć o mojej twarzy bez pamięci o tym, co z nią zrobiono.

Nie wiem, czy to zwycięstwo. Ale to był mój wybór.

Hollywood nauczyło mnie jednego: iż w tym zawodzie kobieta ma datę ważności, a mężczyzna może grać ojca trzydziestolatki, dopóki nie skończy siedemdziesięciu lat. Kiedy w 2015 roku Sam Mendes zaproponował mi Lucię Sciarrę w Spectre, powiedział, iż scenariusz przewiduje „trochę starszą kobietę przy Bondzie”.

Miałam pięćdziesiąt lat.

Zapytałam, czy scenariusz przewiduje też, iż Bond po raz pierwszy nie będzie wiedział, co zrobić z rękami.

Na planie w Rzymie, między ujęciami, Daniel Craig podszedł do mnie i spytał, jak się czuję z tym tekstem. Powiedziałam, iż nie gram dziewczyny Bonda. Że gram kobietę, która ocali mu życie i zniknie, zanim zdąży jej podziękować.

— W takim razie to będzie najlepsze pożegnanie tej serii — mruknął i wrócił na znak.

Nie znosiłam określenia „Bond girl”. Kiedy jedna z gazet napisała, iż jestem „najstarszym romantycznym zainteresowaniem w historii serii”, zadzwoniłam do swojej agentki i powiedziałam, iż jeżeli kiedykolwiek jeszcze zobaczę w tekście o mnie słowo „mimo wieku”, to rzucam słuchawką przez okno.

Nie rzuciłam. Ale poprawiłam ich wszystkich jednym wywiadem: „Jestem kobietą Bonda, nie dziewczynką.”

I to był koniec. Już nigdy nie pytano mnie, jak to jest grać piękną kobietę. Pytano, jak to jest grać kobietę, która nie prosi o pozwolenie.

W 2024 roku Tim Burton zadzwonił z pytaniem, czy zgodziłabym się zagrać w dwójce Beetlejuice’a. Delores. Powiedział, iż chce kobiety, która wygląda jak duch, ale ma w sobie siłę natury.

Siedziałam wtedy w mediolańskim mieszkaniu, z nogami na parapecie, i jadłam zimną pizzę z poprzedniego dnia. Pod oknem ktoś kłócił się o miejsce parkingowe. Pomyślałam: „Dobry moment. Zagrajmy trupa, który wraca po swoje.”

To była jedna z najlepszych decyzji w mojej karierze.

A potem, w 2026, znowu Cannes. Histoires de la nuit. Grałam Cristinę, włoską malarkę, która od lat mieszka sama na francuskiej wsi i która pewnego dnia otwiera drzwi ludziom, którzy chcą jej coś odebrać.

Lea Mysius zapytała mnie na próbie, co robię, kiedy się boję.

Odparłam, iż piję zimną wodę i liczę do dwunastu.

— To rób to na ekranie — powiedziała.

I tak zrobiłam.

Każdego wieczoru po zdjęciach wracałam do wynajętej przyczepy i słuchałam, jak deszcz bębni o dach. Myślałam o matce, o Perugii, o tym indeksie, który do dziś leży w kartonie na strychu. I myślałam o tym, iż kiedyś ktoś powiedział mi, iż uroda nie wystarczy, żeby utrzymać karierę przez trzydzieści lat.

Miał rację.

Bo gdyby chodziło tylko o urodę, to po dziesięciu sezonach nikt by o mnie nie pamiętał. A ja, cholera, stałam na tym planie czterdziesty rok. I pierwszy raz w życiu zagrałam kobietę, która ma moje zmarszczki, moje ręce i moją przekorę.

Nie chodzi o to, iż udowodniłam, iż potrafię grać. Chodzi o to, iż przestałam czekać, aż ktoś to potwierdzi.

Otwieram karton. Wyciągam indeks z Perugii. Na ostatniej stronie matka napisała mi kiedyś ołówkiem: „Bądź sobą, zanim ci na to pozwolą.”

Karton zostawiam otwarty. Idę do kuchni, piję zimną wodę i liczę do dwunastu.

Dzwoni telefon z Rzymu. Agentka pyta, czy wezmę rolę w nowym filmie, który zaczynają kręcić w październiku na Sycylii.

— A jaka to rola? — pytam.

— Kobieta, która wraca po pięćdziesięciu latach do miasteczka, z którego uciekła — mówi.

Odkładam szklankę na parapet.

— Biorę — odpowiadam. — Pod jednym warunkiem.

— Jakim?

— Reżyser musi wiedzieć, iż ja tam nie wchodzę po to, żeby na mnie patrzono. Wchodzę po to, żeby zgasić światło.

Na drugim końcu zapada krótkie milczenie.

A potem ona się śmieje i mówi:

— Monica, właśnie dlatego cię zatrudniają.

Idź do oryginalnego materiału