Mokre fantazje. Wywiad z WetMeWild

magazynszum.pl 2 dni temu

WetMeWild pojawia się trochę spóźniona. Jest ubrana na biało i ma mokre, zaczesane do tyłu włosy. Uwagę zwracają usta. Delikatnie zsiniałe albo muśnięte zielonkawą szminką. Na powitanie całuje mnie w policzek, zostawiając na nim zimny i wilgotny ślad.

Ania Batko: Zastanawiam się, jakie są Twoje pierwsze wspomnienia związane z wodą.

WetMeWild: Na pewno wody płodowe (śmiech). A z trochę późniejszych: lato nad Poniczanką. W Rabce był taki basen, jeszcze z czasów międzywojennych, ale również tamy, które regulowały rzekę i spiętrzały wodę. Często tam chodziliśmy z rodzicami i bratem, i kąpaliśmy się nago. Nie byliśmy pruderyjni. Była tam też taka ogromna i bardzo stara wierzba, pod którą siedzieliśmy. Wierzba to zresztą niesamowite drzewo, które bardzo gwałtownie się odradza – wystarczy włożyć gałązkę w mokrą glebę, a ona już kiełkuje. Co nie bez znaczenia, uważa się, iż ona też, podobnie jak nimfa, płacze… Zbieraliśmy gigantyczne liście łopianu, a tata robił nam z nich kapelusze. Wtedy było tam mnóstwo żab i ślimaków. Obserwowaliśmy kolonie rybek i szukaliśmy patyczaków.

To tam nauczyłaś się pływać?

Tak. Było tam dość głęboko. Z jednej strony byłam tą wodą zafascynowana, czułam jakieś dziwne podniecenie, a z drugiej towarzyszył mi lęk. Na początku tylko dryfowałam, unosiłam się na wodzie, próbując pływać na plecach. Teraz wszystko się tam zmieniło. Poniczanka wysycha, każdego roku ubywa wody. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda ze Skawą, która płynie obok domu mojej babci. To dzika i nieuregulowana rzeka, która teraz zmieniła się w ściek. Raz, iż jest pełna śmieci, w tym plastiku, a dwa, iż część mieszkańców, żeby zaoszczędzić na oczyszczalni, spuszcza do niej wszystkie nieczystości. Woda jest mętna, czasem widać na jej powierzchni bąbelki – pianę ze środków czyszczących i czuć charakterystyczny zapach. Zwyczajnie śmierdzi. Ciężko uwierzyć, iż kiedyś w tej wodzie pływały raki, były ryby i omułki rzeczne. To tu zresztą zbierałam swoje pierwsze muszelki.

Lato w Rabce, fot. archiwum własne, ok. 1993
Dokumentacja performansu 69 zrealizo- wanego we współpracy z marką SOTC, New Aliens Agency oraz Izą Kochanowską w Karlin Studios w Pradze, fot. Tereza Havlínková, 2018

WetMeWild to wodna nimfa, brzeginka, partnerka krewetek solankowych i wodna przewodniczka. Wcielasz się w różne postacie, grasz różne role, ale na Mapach Google WetMeWild zarejestrowana jest właśnie przy Skawie.

Lubię słowo „brzeginka”, bo koduje ono właśnie jakieś dotarcie do granicy, ale też transgresję. Bycie na styku lądu i wody, pomiędzy płciami i rolami społecznymi. Utożsamiam się z wilgotnymi bytami, lubię pożyczać sobie ich historię i związane z nimi motywy, ale to właśnie do słowiańskiej brzeginki jest mi najbliżej, nie tylko dlatego, iż pochodzę z Rabki, ale też dlatego, iż jest ona zmiennokształtna. Na Podhalu te wszystkie słowiańskie rytuały jeszcze do niedawna były żywe. Ich ślady można znaleźć w ludowych pieśniach, które kiedyś śpiewano podczas pracy w polu, ale też w rodzinnych opowieściach. Mój pradziadek miał się kiedyś zresztą spotkać z brzeginką na brzegu Skawy. Babcia już nie pamięta, czy miała ona postać ludzką, czy objawiła się pod postacią świetlików. W nocy to może być bardzo zdradliwe, świetliki mogą wskazać ci drogę, ale też doprowadzić do zguby.

Kiedyś wspominałaś też, iż w Twojej rodzinie był płanetnik, czyli – jak chcą ludowe wierzenia – osoba, która steruje chmurami, przepowiada pogodę, ale także wywołuje deszcz.

Może właśnie dlatego fakt, iż jestem brzeginką, nikogo w mojej rodzinie szczególnie nie zdziwił. Zresztą u mnie w domu było bardzo dużo książek o mitologii, Słowianach, ale też druidach i czasach przedchrześcijańskich. Z moją przybraną ciotką, przyjaciółką mojego taty, która była trochę taką czarownicą, często chodziła z czarnym kotem na ramieniu, rozmawialiśmy o elfach i nimfach. Ona też opowiadała mi o syrenach i robiła to tak, jakby była pewna, iż one naprawdę istnieją. Chodziliśmy po lasach, zbieraliśmy zioła i używaliśmy naturalnych remediów częściej niż leków, choćby jeżeli moi rodzice pracowali wtedy w szpitalu. Często też przytulaliśmy drzewa. To było dla nas normalne. I chociaż pewnie nikt nie myślał o ekoseksualności, to właśnie wtedy ją zaczęłam odkrywać.

Sekskamerki interesowały mnie przede wszystkim w kontekście performowania mojej nowej tożsamości i eksperymentowania z nią. To tu po raz pierwszy wcieliłam się w WetMeWild.

Można powiedzieć, iż ekoseksualistką byłaś od zawsze, ale wtedy jeszcze nie umiałaś tego nazwać. Zastanawiam się, czym jest dla Ciebie ekoseksualność i jak się to ma do hydrosex manifest?

To tożsamość, która wykracza poza sztywne myślenie o binarności ciała, ale też sam akt seksualny. Przenosi akcent na relacje z tym, co pozaludzkie. Łączy też w sobie jakąś głęboką troskę o środowisko naturalne, potrzebę bliskości i traktowania Ziemi jako partnerkx i kochankx . Pierwszy raz zetknęłam się z tym określeniem, pisząc doktorat i kiedy przeczytałam Ecosex Manifesto Annie Sprinkle, już wiedziałam, iż ten tekst opisuje też mnie. To, co zawsze czułam. Z kolei hydrosex manifest, który napisałyśmy z Eweliną (Jarosz), jest z jednej strony przedłużeniem ekoseksualności, przeniesieniem tej całej energii na kolejne pokolenie – zresztą gdyby nie Annie i Beth (Stephens), to pewnie nie miałybyśmy tych narzędzi, a może choćby odwagi – a z drugiej zwróceniem uwagi na wodę. Na materię, która wpływa na wszystkie aspekty życia na Ziemi i która jest kluczowa dla przetrwania. istotny też był dla nas aspekt technologii i to, jaką rolę może ona odegrać w walce z kryzysem klimatycznym.

Mocno podkreślacie też aspekt niebinarnej i queerowej seksualności. „We caress rocks, are pleasured by waterfalls, and admire the Earth’s curves often. We make love with the Earth through our senses. We celebrate our e-spots. We are very dirty” – to fragment manifestu Annie Sprinkle, artystki, aktywistki i jednocześnie gwiazdy filmów porno. Początki WetMeWild to z kolei rozmowy o kryzysie klimatycznym na sekskamerkach, ale też rezydencja w Nowym Jorku, gdzie m.in. rozprowadzałaś na uchwytach i balustradach w metrze lubrykant o zapachu mchu.

Sekskamerki interesowały mnie przede wszystkim w kontekście performowania mojej nowej tożsamości i eksperymentowania z nią. To tu po raz pierwszy wcieliłam się w WetMeWild. To było bardzo wyzwalające doświadczenie. Tak naprawdę rozszczelniające tę dominującą w mainstreamie, typowo męską narrację o pornografii. I chociaż pretekstem było pożądanie, to jednocześnie byłam wodną przewodniczką, która siedziała w swoim buduarze słowiańskiej nimfy i wylewała na siebie wodę mineralną z butelki, ale też czytała zaangażowane teksty i inicjowała podszyte erotyką rozmowy o ekologii. Tak naprawdę ta cała atmosfera: intymność, ale też otwartość opowiadania o swoich pragnieniach sprzyjały przekazywaniu treści, które były dla mnie ważne; działo się to często podświadomie. Nie bez znaczenia jest również to, iż słowiańskie brzeginki znane są z uwodzenia, kuszenia… Mają moc zmiany rzeczywistości. Mogą wplątać się w twoje włosy, wskazać złą drogę albo załaskotać cię na śmierć.

Performance „Brzeginki” – gra na muszli w Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu, fot. archiwum artystki, 2020
Aplikacja AR „Łzy nimfy”, fot. Justyna Górowska, 2022

W kulturze zachodniej, obarczonej ciężarem klasycznej, greckiej mitologii, nimfy są z reguły obiektem męskiego spojrzenia.

Dużo rozmawiałam o tych patriarchalnych kliszach, ale też właśnie związanej z tym subwersji, z Plexaure. Pewnego razu dostałam od niej wiadomość w folderze „Inne”. Pisała, iż jest morską nimfą, nereidą, która wobec toksyczności wód i oceanów, skażenia wody plastikiem zdecydowała się zejść na ląd; iż nie może płakać, bo skażone łzy wżerają się jej w skórę. Od razu poczułam z nią wodne siostrzeństwo. Później zrealizowałyśmy razem projekt w Londynie. Ja siedziałam wtedy w domu, streamując z sekskamerek do galerii, w otoczeniu scenografii ze sztucznego futra, która miała przypominać gniazdo, a Plexaure była na miejscu. Performowałyśmy i pisałyśmy na czacie Cam4, budując polifoniczną narrację o kryzysie klimatycznym i skażeniu wody. Sojusz wilgotnych i mitycznych stworzeń.

Wróćmy jeszcze do Nowego Jorku, do twojej rezydencji w Art in General. To chyba tam WetMeWild po raz pierwszy wynurzyła się ze słowiańskich mitów?

W Nowym Jorku wykorzystałam te doświadczenia z sekskamerek, ale też poszłam dalej. Chodziłam wtedy w spódniczce z second handu, która przypominała trochę rybacką sieć, i adidasach DIY, które na podeszwach miały wyrzeźbione w odbiciu lustrzanym napisy: na jednym „follow”, a na drugim „me”. To było nawiązanie do starożytnej Grecji, w której czasach tak reklamowały się seksworkerki – zostawiały ślady na piasku (ΑΚΟΛΟΥΘΕΙ / AKOLOUTHEI – podążaj za mną), wskazówki, jak do nich dotrzeć – ale też gra z cyfrową tożsamością i ekonomią uwagi, followaniem i obserwowaniem się w social mediach, budowaniem sobie grona odbiorców i klientów. Ten projekt rozgrywał się tak naprawdę na nowojorskich stacjach metra, gdzie poza tym, iż dystrybuowałam przeźroczysty lubrykant o zapachu polskiego lasu, to poza tym naklejałam wlepki z odnośnikami do rozszerzonej rzeczywistości. Wchodziło się do niej dzięki specjalnej aplikacji na telefony i można było tam oglądać filmiki związane z ekoseksualnością i zanieczyszczeniem wody. Jednocześnie konstruowałam tam interaktywne ekoseksualne zabawki, np. muszelki do słuchania szumu fal, na których wygrawerowane były emotikony z instrukcją, i hakowałam wodę mineralną w butelkach marki Poland Spring, oznaczając ją symbolem skażenia.

1
Krytyka 16.08.2024

Mokro i z nadzieją. „SPLASH: eco + hydrosexuals unite!” w lokalu_30

Agata Czarnacka

Wiele subwersywnych działań wymierzonych w koncerny produkujące wodę butelkowaną realizowałaś też w Polsce. Pamiętam, iż podmieniałaś wtedy butelki z wodą mineralną w sklepach, zostawiając wodę z kranu z logo WetMeWild, oraz zrealizowałaś sesję zdjęciową dla Contemporary Lynx, pozując na półce w supermarkecie w czapce z napisem „Stop drinking bottled water”.

Zdarza mi się podszywać pod działania korporacji. Traktuję to jak podskórne hakowanie systemu, który – co nie bez znaczenia – obok produkcji dóbr zajmuje się też produkcją pragnień… Wracając do wody butelkowanej, to ten temat jest dla mnie szczególnie ważny. Nie dość, iż korporacje utowarawiają wodę, do której dostęp jest podstawowym prawem każdej ludzkiej i nieludzkiej istoty, to jednocześnie sprzedają ją opakowaną w plastik. Szacuje się, iż w wodzie, którą kupujemy w sklepie, jest około 10 tysięcy cząsteczek polipropylenu i nylonu. Ten plastik nie znika. Znajdujemy go później w jedzeniu, glebie, a choćby powietrzu. W wodzie z kranu i w morzu. Tylko 12% plastikowych butelek jest recyklingowanych. Z każdym rokiem plama śmieci na Pacyfiku się powiększa, a kontaminacja plastikiem obejmuje już wszystko i wszystkich. Wszyscy jesteśmy hybrydycznymi istotami. „We are all born to be contaminated”. Plastik krąży w naszym krwioobiegu, rozbija się na coraz mniejsze cząsteczki, udaje estrogen i pozoruje związane z nim procesy, absorbuje i przechowuje toksyny, podszywa się pod materię ciała i tak naprawdę kolonizuje cały ekosystem.

Dla Contemporary Lynx, bawiąc się kapitalistycznymi strategiami i grą słów, zrealizowałaś też streaming na Instagramie, podczas którego wcieliłaś się we współczesną Ofelię. Byłaś choćby nie tyle topielicą, ile upiorzycą, jakąś kolejną wersją na wpół żywego i na wpół martwego zombie.

Leżałam wtedy zanurzona w brudnej Skawie, ubrana na biało, trochę jak niedoszła panna młoda, a w ręce trzymałam skonstruowany z gałązek selfie stick. Z jednej strony przypominałam Ofelię, ale z drugiej mogłam też kojarzyć się z Wandą, która utopiła się lub, jak mówi inna wersja tej legendy, którą utopiono w Wiśle, albo z piękną samobójczynią, która wyłowiona z Sekwany, stała się obsesją awangardowych artystów. Zresztą, co ciekawe, brzeginkami często stawały się dziewczyny, które odebrały sobie życie i nigdy nie wyszły za mąż… Nie chciałam stać się Ofelią, po prostu lubię się bawić ikonografią i dwuznacznością motywów. Często pożyczam sobie cudze tożsamości i związane z nimi historie, ale to zawsze są cytaty. Tu akurat pojawił się William Szekspir, przy Zatrutej studni nawiązałam do serii obrazów Malczewskiego, a z kolei przy Łzach nimfy jakąś inspiracją stało się wyławiane z morza szkło, które nazywane jest syrenimi łzami.

Dokumentacja instalacji interaktywnej i performansu „Hydrosex Call” w Pawilonie (filia Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu), projekt realizowany ze wsparciem technicznym PCSS Poznań, fot. Tomek Koszewnik, 2025
„Key Shell Charms” z serii „Enjoyable Nature Toys” z emoji – instrukcją obsługi, fot. Justyna Górowska, 2017

O ile pamiętam, pokazywałaś tę pracę na wystawie w Zachęcie Niepokój przychodzi o zmierzchu. Znacznikami rozszerzonej rzeczywistości były właśnie logo firm produkujących wodę butelkowaną.

Tak, to też była praca o mikroplastiku. Po nakierowaniu telefonu na znaczniki można było zobaczyć „cieknące” z ciała łzy, które jednocześnie kodowały skażenie. Wcześniej robiłam też performans, w którym te same logo przyklejone były do mojego nagiego ciała, a w Zachęcie nakleiłam te same logo na pracę. To była patchoworkowa tkanina, na którą składały się forniry, plastikowe odpady znalezione w okolicy krakowskiego Zakrzówka oraz silikonowe odlewy mojego ciała. I właśnie one były otagowane, oklejone tatuażami logo popularnych wód butelkowanych. To była hybryda – ciała biologicznego i skażonego mikroplastikiem. Z tej samej patchworkowej tkaniny uszyłam potem kostiumy na performans. Wszystko to działo się w dość specyficznych warunkach, bo wtedy dyrektorem był Janusz Janowski hołdujący anachronicznej twórczości w stylu „Bóg, honor, ojczyzna” i zespół Zachęty w tej atmosferze strachu, w akcie jakiejś dziwnej autocenzury próbował moje odlewy jakoś ukryć, tym bardziej iż performans miał się odbyć w niedzielę w głównym holu…

Co chyba nie bez znaczenia, w holu, w którym od zawsze można oglądać półnagą rzeźbę… Podczas tego performansu w Zachęcie wykorzystałaś japońską technikę choreografii butō. Często do niej wracasz.

Dla mnie to, bardziej niż choreografia, praca ze świadomością i medytacja. Pierwszy raz zetknęłam się z butō na studiach podczas warsztatów w Tczewie, które prowadził Irańczyk, i byłam nią zafascynowana. Trochę później odkryłam water of bodies, praktykę butō, w której przechodzimy przez proces wyobrażeniowy, ale też cielesny stawania się wodą. Zresztą wodą jesteśmy w 60 albo 70% przez całe życie. Jesteśmy wodą, którą wydalamy, płacząc, wodą, która spada na nas pod postacią deszczu, i wodą, która używana jest w procesach przemysłowych. To cały czas ta sama woda i materia, która nieustannie krąży. W Zachęcie razem z moją osobą towarzyszącą Zey staliśmy się właśnie takimi wodnymi ciałami, które spływały ze schodów pierwszego piętra. Nie mieliśmy ściśle określonego scenariusza, ważniejszy był właśnie ten stan – bycia w obiegu wody – oraz ucieleśnienie jej skażenia: zasolenia, chemikaliów, mikroplastiku – tego, co nieuchronnie zbliża nas do katastrofy klimatycznej.

Kiedyś mówiłaś, iż wszystkie płyny, które wydala ciało, takie jak łzy czy pot, to kolejne inkarnacje WetMeWild. Wokół tego obiegu, ciągłej wymiany biologicznych śladów sproblematyzowany był performans 69, który zrealizowałaś w Pradze z kolektywem modowym SOTC (Sperm on the Clothes). Jak zaczęła się ta współpraca?

Z SOTC spotkaliśmy się w Nowym Jorku, gdzie ja byłam na rezydencji, a oni pokazywali wtedy bardzo organiczny performans w Centrum Czeskim (CCNY). Wtedy też chodziłam przez cały czas w ciuchach, w których performowałam na stacji metra. Przez dwa lata w ogóle ich nie prałam i nasiąkły różnymi zapachami. Uświadomiłam sobie, iż cały ten biologiczny naddatek stał się oddzielnym artefaktem, przedłużeniem WetMeWild. Uruchomiło to myślenie magiczne, bo materiał biologiczny zbiera się nie tylko przez dotykanie, ale także – o czym często zapominamy – przez noszenie. Ten organiczny wymiar ubrań, które są w naprawdę bliskiej relacji z naszym ciałem i stają się drugą skórą, jest tutaj bardzo ważny. Kiedy dostałam zaproszenie z Pragi, z Karlin Studios, te dwie rzeczy jakoś same się połączyły. Z jednej strony abiektalne płyny, które infekują przestrzeń, a z drugiej właśnie kooperacja z SOTC. Jak tylko ich poznałam, pomyślałam, iż fajne byłoby coś razem zrobić. W tym projekcie brali też udział modelki i modele z New Alien Agency, razem stworzyliśmy dziwną choreografię spętanych ciał wymieniających ze sobą płyny. W pewnym sensie staliśmy się jednym wielkim skażonym ciałem.

Często zapraszasz do współpracy inne wodne istoty. Od jakiegoś czasu współpracujesz z Eweliną Jarosz znaną jako underwater activist, ale też z Beth Stephens i Annie Sprinkle, które zainicjowały cały ekoseksualny ruch. Razem poślubiłyście krewetki solankowe. Jak do tego doszło? Chociaż może powinnam zapytać: jak i kiedy się zakochałaś?

Ewelinę poznałam w czasie pandemii, chyba w najtrudniejszym dla mnie czasie. Ja chwilę wcześniej wróciłam z Nowego Jorku, a Ewelina przeprowadziła się wtedy do Krakowa, gdzie zaczęła pracę na uniwersytecie. Rozpoczęła research dotyczący hydrofeminizmu w sztuce i byłam jedną z pierwszych osób, z którą chciała przeprowadzić wywiad. Ugotowała dla mnie obiad, jadłyśmy glony i ślimaczy kawior. Później dostała stypendium Fundacji Kościuszkowskiej na badania wokół Wielkiego Jeziora Słonego i landartowej pracy Roberta Smithsona, i zaprosiła mnie do współpracy. Z jednej strony punktem wyjścia miała być spiralna grobla, która stworzona przy użyciu ciężkiego sprzętu, od początku stanowiła dużą ingerencję w środowisko, a z drugiej właśnie krewetki solankowe. Piękne stworzenia, których istnienia Smithson w ogóle nie wziął pod uwagę.

Podczas ceremonii zaślubin pojawiły się oczywiście pytania, czy krewetki są świadome i czy się zgadzają. Widać ten moment wsłuchiwania się w ich odpowiedź na filmie, który dokumentuje całą tę podróż. Zgodnie uznałyśmy, iż się zgadzają.

A skąd w tym projekcie wzięły się Beth i Annie?

Stypendium było realizowane na Santa Cruz University i dziewczyny od początku były mentorkami tego projektu, a ponieważ od kilkunastu lat zawierają śluby z różnymi przejawami natury, co stało się swego rodzaju cykliczną manifestacją ekoseksualizmu, zaproponowałyśmy im, iż tym razem wspólnie poślubimy krewetki solankowe. Nasz ślub był jednak inny. To była spontaniczna decyzja i ceremonia w bardzo niedostępnym miejscu. Wcześniejsze śluby Annie i Beth, czy to ze słońcem w Hiszpanii czy błotem w Austrii, były organizowane przez duże instytucje i towarzyszyła im publiczność, która zamiast prezentów ofiarowywała młodej parze performans albo inne działania. U nas było kameralnie. Mistrzem ceremonii była Bonnie Baxter, która zajmuje się właśnie ekosystemem Wielkiego Jeziora Słonego. Miałyśmy na sobie sukienki z tiulu, które strukturą miały nawiązywać do ciał krewetek. Co ciekawe, z kolei krewetki swoją przezroczystością próbują upodobnić się do wody. Pomaga im to umknąć przed drapieżnikami.

Cyber ślub z krewetkami solankowymi nad Wielkim Jeziorem Słonym, fot. James McAllister, 2021
FLOW – wodna rezydencja na Wiśle, fot. Agnieszka Brzeżańska, 2017

Czy krewetki powiedziały sakramentalne „tak”? Jak się z nimi skomunikowałyście?

Bardzo nam zależało na tym, żeby nasze narzeczone rzeczywiście zaistniały na ślubie. Nie chciałyśmy ich wyławiać – zresztą krewetki solankowe są bardzo małe, w rzeczywistości mają kilka milimetrów – to takie pływające w wodzie przeźroczyste żołądki. Dlatego wpadłyśmy na pomysł, aby przywołać je przy pomocy rozszerzonej rzeczywistości. Były one wywoływane, trochę jak duchy, z naszych ślubnych naszyjników, które miały kształt spirali nawiązującej do grobli Smithsona. To było też trochę subwersywne przejęcie tego znaku, hakowanie zmaskulinizowanej energii miejsca. Podczas ceremonii pojawiły się oczywiście pytania, czy krewetki są świadome i czy się zgadzają. Widać ten moment wsłuchiwania się w ich odpowiedź na filmie, który dokumentuje całą tę podróż. Zgodnie uznałyśmy, iż się zgadzają. W ogóle to składanie przysięgi sobie nawzajem było bardzo wzruszające, choćby jeżeli towarzyszyło temu jakieś odczucie tragiczności. Po wszystkim wskoczyłyśmy do wody. To było jak zjednoczenie się z nimi w sensie fizycznym.

Odczucie tragiczności?

Sytuacja krewetek solankowych jest skomplikowana. Zasolenie wzrasta, jezioro się kurczy, a jego dno kryje w sobie niebezpieczne pierwiastki. Inna sprawa, iż słonej części towarzyszy też słodka. Pojawiają się w związku z tym różne kuriozalne pomysły ratowania jednej części kosztem drugiej, np. przepompowania wody z oceanu. Krewetki są nielicznymi mieszkankami tej słonej części i najważniejszym ogniwem łańcucha pokarmowego. To nimi żywią się migrujące ptaki. Są one też bardzo ważne dla ekonomii całego regionu, bo ich jajeczka są zbierane i dystrybuowane jako pokarm akwarystyczny dla rybek i innych stworzeń.

Może jest jednak szansa, iż przetrwają. Słyszałam, iż kilka miesięcy po ślubie pojawiło się krewetkowe dziecko.

Nawet kilka (śmiech). Wszystkie dzieci podróżują z nami, jeżdżą na wystawy i konferencje. Pierwsza krewetkowa hybryda, która powiększyła naszą queerową i międzygatunkową rodzinę, pojawiła się z okazji wystawy w Norymberdze. Pokazałyśmy tam film dokumentujący podróż do Wielkiego Jeziora Słonego i ślub z krewetkami, ale i tak największe zainteresowanie wzbudziło dziecko. Podczas nocy muzeów mamkowałyśmy mu z Eweliną, przytulałyśmy i śpiewałyśmy kołysanki… To też było bardzo fajne, bo wszyscy chcieli w tej opiece nad krewetkowym dzieckiem uczestniczyć. Budziło to w ludziach jakieś ogromne pokłady wrażliwości. Na tej samej wystawie pokazałyśmy też krewetkowy kit, który dostałyśmy od mikrobiolożki Jaimi Butler. Były w nim zahibernowane jajeczka, które są takimi instant babies, życiem w proszku.

Krewetki rozmnażają się na dwa sposoby. jeżeli zasolenie jest zbyt duże, wydają tzw. cysty, które mają bardzo mocną powłokę i dzięki niej są w stanie przetrwać setki lat w oczekiwaniu na bardziej sprzyjające warunki. Ma to swoją ciemną stronę, bo wiąże się z komercjalizacją natury – te jajeczka są sprzedawane jako pokarm dla rybek, ale też zabawka dla dzieci… Z drugiej strony może nie wszyscy i nie wszystko przeżyje kryzys klimatyczny, ale jest szansa na to, iż krewetki solankowe nie znikną.

To nie był pierwszy raz, kiedy pokazałaś na wystawie krewetki. Realizując Brzeginki, zainteresowałaś się dalekimi kuzynkami krewetek solankowych.

To były skrzelopływki bagienne. Kiedyś zamieszkiwały Morskie Oko, ale ostatnio widziano je tam w latach 70. ubiegłego wieku. Najprawdopodobniej bezpowrotnie wyginęły. Teraz jak o tym myślę, to cały projekt przypominał zaduszki. Wystawa realizowana była w poznańskiej Galerii Miejskiej Arsenał. Punktem wyjścia z jednej strony było Muzeum Archeologiczne, gdzie szukałam jakichś śladów choćby nie tyle słowiańskości, bo ta została zawłaszczona przez nacjonalistów, ile dawnych, jeszcze przedchrześcijańskich kultur. A z drugiej strony – marmurowa podłoga, która była spadkiem po czasach PRL. Na tę posadzkę zwrócił mi zresztą uwagę pan, który pracuje w galerii jako techniczny. Są w niej zakonserwowane różne żyjątka, mikroorganizmy i amonity. Chciałam przywołać historię w takim ekologicznie zaangażowanym kontekście i poszukać remedium na nasze problemy w przeszłości. Nie tej chrześcijańskiej, która wiąże się z kolonizacją, ale tej zapomnianej i wypartej, o której wiemy tak mało, iż jednocześnie pozwalała nam ona fantazjować.

1
Rozmowy 12.04.2019

WetMeWild*. 2020 roku nie ma. Rozmowa z Justyną Górowską

Anna Batko

Pokazałaś wtedy urny twarzowe z czasów kultury łużyckiej wydrukowane na drukarce 3D.

Obok były też kopie urn domkowych i znaczniki na postumentach, które służyły wywoływaniu duchów. W rozszerzonej rzeczywistości można było zobaczyć rekonstrukcję słodkowodnej krewetki, jak również zmultiplikowane ciało brzeginki. adekwatnie te urny twarzowe stały się portalem do świata duchów, ale też jakąś dziwną granicą. Sposobem na podróżowanie ze zmarłymi. Jeszcze jedną brzeginką. Pamiętam, iż podczas researchu w Muzeum Archeologicznym oglądałam urny, popielnice i różne artefakty, i była tam taka wielka misa z odłamkami, fragmentami dziwnych gąbczastych okruchów. Okazało się, iż to były kości. Szczątki różnych osób z czasów kultury łużyckiej, która – co nie bez znaczenia – występowała nie tylko na terenie Polski, ale także na obszarze współczesnych Niemiec i Czech. Tak naprawdę jesteśmy międzygatunkową mieszanką wielu różnych kultur. Ostatnio coraz chętniej wracam do przeszłości, również tej chłopskiej, ludowej kultury naszych babć i przodkiń, do czasów, kiedy życie kręciło się wokół studni. Zresztą na podwórku moich pradziadków stała studnia, która, jeszcze jak byłam mała, pełniła bardzo istotną funkcję. Skupiała wokół siebie całą społeczność.

Zdarza Ci się jeszcze czasem uciekać do Rabki, szukać schronienia w tej studni albo znów pływać w Poniczance?

(przymykając oczy) Teraz częściej uciekam na flow (wodną rezydencję), którą co roku organizują Ewa Ciepielewska i Agnieszka Brzeżańska. Płyniemy Wisłą z Gdańska do Krakowa zrekonstruowanym galarem solnym i stajemy się wtedy takimi tubylcami – wodnym plemieniem, które stacjonuje na dzikich wyspach w sąsiedztwie innych, nieludzkich istot. To wszystko jest bardzo performatywne: taniec, śpiew, nagość, a choćby wydawanie z siebie, ale też z Wisły – ze skonstruowanych z liści i muszelek instrumentów – dziwnych dźwięków… To doświadczenie, które bardzo mocno łączy nas z wodą, z byciem nie tyle w naturze, ile właśnie naturą. Sprawia, iż jesteśmy stadem, które wspólnie zaspokaja potrzeby: jedzenia, ogrzania się, ale też te bardzo społeczne. Kąpanie się w wodzie nago to najfajniejsza rzecz, jaka może się wydarzyć. To jest też taka mokra fantazja o tym, iż ludzie jeszcze mogliby żyć jak kiedyś. Jak dawniej.

Myślisz, iż to jeszcze możliwe?

Nie wiem. Kiedy siedzisz w tej wodzie, wszystko wydaje ci się jeszcze możliwe.

Kiedy wychodzi, jej drogę znaczy nie tylko woda, ale też odciśnięte w ziemi napisy. Jeden but mówi: „Follow”, drugi: „Me”. W ręce trzyma półprzezroczystą siatkę. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, iż w jej wnętrzu dostrzegam krewetkowe dziecko.

Dziesięć minut później dostaję od niej SMS-a: „Czuję, iż nasze ciała się zhybrydyzowały i WetMeWild wygodnie zasiadła w twojej skórze także”.

Rozmowa pochodzi z książki Justyny Górowskiej WetMeWild pod redakcją Ani Batko, wydanej nakładem Pamoja Press oraz Fundacji Lokal Sztuki/lokalu_30 w roku 2026.

Idź do oryginalnego materiału