Moje ostatnie słowo. Ty, córeczko, gniewaj się na tatę ile chcesz.

twojacena.pl 5 dni temu

Moje słowo było ostatnie. Dziecko moje, gniewaj się na ojca, ile chcesz, rzekł Antoni Tarasiewicz, nie patrząc na mnie. Mówię ci, nie oddam cię Józefowi. Stań, nie tłumacz. Wiem wszystko piękny, śpiewający, co serce rozerwie. ale dusza jego zgniła. Nie kłóć się, Łucja. Za Markiem idź i tyle. Z nim życie będzie jak za kamiennym murem, nie usłyszysz od niego złych słów. To człowiek dobry, rozumiesz? próbował objąć swoją córkę.

Lecz wiedziałam, iż nie pójdę przeciw woli ojca. Odrwałam mu rękę i rozpłakałam się, krzycząc: Na podpatrywanie nie ma siłowania!.

Antoni spojrzał w niebieskie oczy swej ukochanej dziewczyny samolubnej, upartej. Nie pozwoli, by była nieszczęśliwa. Dlatego stanowczo kazał: Zostaniesz miła na siłę! Idź, Łucja!.

Nad Wisłą czekał na mnie Józef. Serce zabiło mocniej. Przypominało mi się, jak piękny był, jak chciałam spędzić z nim całe życie. W tych chwilach nienawidziłam ojca! Nigdy nie pomyślałabym, iż mogę tak poczuć przecież tato był dla mnie wzorem i podporą. ale błagania i namowy nie pomogły.

Co z ojcem? Zły czy rozpuszczony? zapytał Józef, przejeżdżając dłonią po czarnych lokach i patrząc w moje ciemne oczy otoczone gęstymi rzęsami.

On powiedział, iż nie będziemy razem. Wszystko na marne Nie da się go namówić wyjęła się płacząc na piersiach chłopa.

Spróbuj jeszcze! A co się mnie w zaproszeniu nie liczy! Mamy dom, gospodarstwo, a on wciąż uparty złością wymamrotał Józef, podskakując nogą i potrącając kaczątko, które rozbiegło się wzdłuż brzegu.

Hej, kaczątko! Ostrożnie! krzyknęła Łucja.

O, to już temat do myślenia. Kaczka i kaczka. Nie dotykaj jej, bo się podniesie. Chodźmy raczej na spacer odparł Józef, prowadząc mnie w stronę lasu.

Wracając niedługo do domu, natknęłam się na Marka. Chłopak, zobaczywszy mnie, zarumienił się głęboko.

Niewysokiego wzrostu, łysiejący po twarzy, z blond włosami i przejrzystymi niebieskimi oczami, które nazwałam wybielonymi. Niepozorny, zupełnie inny niż Józef. Zastanawiałam się, po co ojciec tak się opiera. Chciałam rzucić mu obelgę, ale wtedy zobaczyłam w ręku Marka małe kaczątko.

Dokąd to zmierzasz? uśmiechnęłam się.

Szłam nad Wisłę się kąpać. Zobaczyłam leżące, podniosłam, a ono piszczy żałośnie. Niewłaśnie nóżkę poobijało. Ojcu pokażę, bo potrafi leczyć zwierzęta odpowiedział Marek, patrząc w moje oczy.

Zrozumiałam, iż to biedne kaczątko przypadkiem wpadło pod nogę Józefa. Nie pomogliśmy mu. Czerwieniąc się, pospieszyłam dalej.

Zgodziłam się przeprosić, bo mój ukochany zraniał małe stworzenie, a nienawistny ojciec je ratuje. Dlaczego tak?

Od tamtej pory kaczątko przyjęło Marka za opiekuna. Gdziekolwiek szedł, podążało za nim po wsi, spało przy sianie. Śmieszne, szurało za nim i czujnie patrzyło, czy nie zgubiło swojego pana.

Są hodowcy świń, a on to kaczkowy przybysz, głupi. Kaczka właśnie taka. Są dobre tylko na stół drwił Józef, próbując obraźliwie drażnić Marka, ale ten nie reagował.

Wkrótce wyznaczono dzień ślubu Marka i Łucji. Dziewczyna płakała nieustannie. Józef namawiał ją na ucieczkę, ale ona, mimo iż kochała go bez pamięci, nie zgodziła się. Wzrok ojca był wściekły.

Wtedy mógłby jej nie wpuścić na próg. Matka nie miała słów przeciw ojcu. Była jedyną córką matka chorowała, dwóch braci nie przetrwało dzieciństwa. Łucja rosła jedyną dziewczynką w rodzinie.

W dniu ślubu stała przed lustrem. Ojciec wzruszył się suknia była piękna, a złote kosmyki lśniły.

Najpiękniejsza panna młoda! pocałował ją Antoni Tarasiewicz. Złość się na mnie, kochana? Życzę ci szczęścia, złotko moja! Podziękuj mi później!

Nigdy! Zrobiłam, co chciałeś, ale dziękować nie, tato odwróciła się Łucja ku oknu.

Józef tańczył na jej weselu z Kasią, co wywoływało w niej nieustanną zazdrość, bo widziała, jak patrzy na Kasię. A ja? Teraz już mężatka.

Pozostało tylko gryźć łokcie i patrzeć, jak dawny kochanek z inną Łucja przysłoniła wzrok na Marka, który nie pił. Kaczątko kręciło się przy nim.

Jaki głupiec! pomyślała z gniewem.

Matka pomogła jej się rozebrać. Z przerażeniem spoglądała na drzwi, z których miał przyjść niechciany mężczyzna. Wszedł, stał, spojrzał na jej ściskane usta i odwrócił się, by odejść.

Co? Idziesz? Co powiem ludziom? Czy nie podoba mi się? Łucja wybiegła z łóżka i podbiegła do mężczyzny.

Cicho stał, spojrzał na nią i nałożył chustę na ramiona.

Podoba mi się. Bardzo. Jesteś moją ukochaną, najdroższą. Widzę, iż jesteś brzydka, ale Nic, przeżyjemy. Dopóki sama nie przyjdziesz do mnie, nie mogę, i odszedł Marek.

To się nigdy nie stanie! krzyknęła gniewnie za nim.

Spotkała Józefa w dzień. On, zadymiony, próbował ją zwabić do lasu, całując.

Co? Zwariowałeś! Co ci wolno? odparła Łucja.

A co? Masz już męża. Możesz i ze mną, czy nie? wyszeptał Józef.

Ona odeszła.

Dni mijały. Młode małżeństwo mieszkało osobno, a Marek zawsze był zajęty. Pewnego razu poszli do lasu po grzyby, kiedy Łucja poślizgnęła się. Mąż niósł ją na rękach.

Wieczorami spacerowali, huśtali się na huśtawce nad wodą, a kaczątko szurało wzdłuż. Z biegiem lat urazy Józefa słabły.

Wiedziała, iż spotyka się z Kasią i szykuje się do ślubu, ale zazdrość już jej nie doskwierała. Łucja nie rozumiała, co się z nią dzieje. Marek nie próbował się zbliżać.

Pewnego dnia wybuchł pożar w domu sąsiadki. Łucja obudziła się w płomieniach, pobiegła na miejsce, gdzie zgromadziły się ludzie. Sąsiadka z trojgiem dzieci najstarszy, Szymon, przybył z wioski.

Młody, co za zadzior! Pierwszy przybiegł, wiele pomógł. Złoty chłopiec pogłaskała Łucję po ręce.

Marek? Gdzie on? pytając, czuła, iż w środku coś się ochłodziło.

W środku. Nasz pies, Głodny, zniknął. Kazałam mu szukać, ale nie może go znaleźć. Dzieci już go wołają szarpała chustę.

Nagle spadł dach. Łucja krzyknęła i straciła przytomność.

Obudziła się, gdy ktoś głaskał ją po twarzy. Spojrzały na nią męskie oczy.

Co się stało? Tam spadło wymamrotała.

Przez okno zdążyłem. Głodny prawie się nie znalazł, wpadł pod łóżko, ledwo go odkryłem powiedział Marek z uśmiechem.

Bałam się o ciebie. Kocham cię! płacząc, przytuliła się do jego ramienia.

Po dziewięciu miesiącach przyszedł ich syn, Mikołaj. Marek, odziedziczoną po ojcu umiejętnością, leczył krowy, konie, przywracał życie zwierzętom choćby w najgorszych przypadkach. Ludzie z daleka przyjeżdżali po pomoc.

Łucja kochała męża i nie mogła pojąć, jak mogła kiedyś zachwycić się Józefem, który wziął za żonę Kasię, pił, huligał i bił swoją żonę, aż stał się niepełnosprawny. Patrząc na ich życie, przerażona myślała, iż mogłaby skończyć jak Kasia, gdyby nie twarda wola ojca.

Wyszła na podwórko, gdzie Antoni Tarasiewicz bawił się małym Mikołajem.

Tato chciałam podziękować. Za to, iż nie pozwoliłeś mi wyjść za Józefa. Za to, iż widziałeś, co jest dla mnie lepsze. Przebacz mi podeszła i pocałowała ojca.

Ach, młodość Dobrze, rozumiem. Z naszych lat widzimy już, kto jest człowiekiem, a kto nie. Nie mogłem oddać jedynej ukochanej córki temu potworowi. Wiedziałem, iż się na mnie gniewasz, ale minęło i wszystko się ułożyło. Starsi, córeczko, słuchajcie. Życie minęło, widzimy to. Niech Bóg wam da szczęście! uśmiechnął się Antoni.

Łucja dożyła podeszłego wieku. Z mężem robili wszystko razem, płynęli po polach, mieli pięcioro dzieci i mnóstwo wnuków. Szczęśliwa rodzina. A przysłowie Na podpatrywanie nie ma siłowania nabrało nowego znaczenia.

Idź do oryginalnego materiału