Wtorek, 12 marca
Moja siostra Magda wyjechała służbowo na trzy dni, zostawiając mi pod opieką swoją pięcioletnią córkę, Zosię. Wydawało się, iż wszystko przebiega w porządku aż do kolacji. Przygotowałem gulasz wołowy, taki prawdziwie polski, z marchewką i ziemniakami, i postawiłem przed Zosią miseczkę z łyżką. Ona przez dłuższy czas tylko wpatrywała się w talerz, zupełnie jakby nie widziała jedzenia. Uśmiechnąłem się, próbując ją zachęcić, i delikatnie spytałem: Czemu nie jesz? Zosia spuściła wzrok i wyszeptała cichutko: Czy dziś wolno mi jeść? Próbowałem ją uspokoić Oczywiście, iż możesz jeść i wtedy zalała się łzami.
Magda wychodziła z mieszkania w poniedziałek rano, z torbą na laptopa i tym zmęczonym uśmiechem, który tak dobrze znam u rodziców. Nie zdążyła choćby dokończyć przypomnień o ograniczaniu czasu przy bajkach i o godzinie spania, a Zosia już przylgnęła do jej nóg, tuląc się mocno, jakby chciała powstrzymać mamę przed wyjściem. Magda delikatnie ją odkleiła, pocałowała w czoło i obiecała, iż wróci szybko.
Drzwi się zatrzasnęły.
Zosia została w korytarzu, wpatrzona w pustą przestrzeń po mamie. Ani nie płakała, ani nie marudziła po prostu zamilkła, jakby przytłoczyło ją coś trudnego do uniesienia dla pięciolatki.
Chciałem rozładować atmosferę. Zbudowaliśmy fort z koców, kolorowaliśmy kucyki, tańczyliśmy w kuchni przy głupkowatej muzyce. Zosia raz czy dwa się uśmiechnęła, ale tak trochę na siłę.
Im więcej czasu spędzaliśmy razem, tym bardziej zauważałem pewne szczegóły. Pytała o zgodę na wszystko. Nie w stylu: Czy mogę napić się soku?, ale: Czy mogę tu usiąść? albo Czy mogę dotknąć tego? Pytanie, czy wolno jej się śmiać po moim żarcie, też padło. Zrzucałem to na tęsknotę za mamą.
W porze kolacji postanowiłem ugotować coś domowego gulasz pachniał rewelacyjnie, taki, jaki pamiętam z dzieciństwa. Podałem jej miskę, usiadłem naprzeciwko.
Zosia tylko patrzyła na jedzenie choćby nie sięgnęła po łyżkę, nie mrugała. Siedziała skulona, jakby spodziewała się czegoś złego.
Po chwili zapytałem: Dlaczego nie jesz?
Odpowiedziała dopiero po dłuższej chwili, cicho i nieśmiało: Czy dzisiaj mogę jeść?
Przez sekundę nie mogłem pojąć, o co chodzi. Uśmiechnąłem się, choć byłem zaniepokojony. Podsunąłem jej miskę bliżej: Jasne, Zosiu. Zawsze możesz jeść, kiedy jesteś głodna.
Wtedy rozpłakała się tak mocno, iż aż mnie to poraziło. Przytuliłem ją, a ona wtuliła się we mnie, jakby dopiero teraz mogła być blisko. Powtarzałem spokojnie: Jesteś bezpieczna tutaj. Nic złego nie zrobiłaś.
Płakała długo, mocząc mi koszulę. Słuchałem, jakby jej płacz miał rozmiar smutku dorosłego, a nie dziecka.
Kiedy się uspokoiła, zapytałem: Dlaczego myślisz, iż nie możesz jeść?
Zosia ścisnęła paluszki tak mocno, iż zbielały. Cicho wyszeptała: Czasem nie mogę.
Zapadła cisza.
Starałem się patrzeć na nią spokojnie.
Czasem mama mówi, iż zjadłam za dużo. Albo jak jestem niegrzeczna. Albo jak płaczę. Mówi, iż muszę się nauczyć.
W środku we mnie wszystko krzyczało, ale inna złość, niż dotąd taka głęboka, kiedy uświadamiasz sobie, iż dziecku zamiast bezpieczeństwa wpaja się lęk.
Odpowiedziałem: Zosiu, jedzenie jest zawsze dla ciebie. Nigdy nie możesz go stracić, tylko dlatego, iż jesteś smutna albo coś ci nie wyszło.
Patrzyła na mnie, nie dowierzając.
Ale mama bardzo się gniewa, jeżeli jem, kiedy nie wolno
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Magda to przecież moja siostra zawsze czuła, ratowała koty z ulicy A jednak Zosia nie wymyśliłaby takich zasad.
Wziąłem chusteczkę, otarłem jej twarz. Dobrze, u mnie obowiązuje tylko jedna zasada: jemy, kiedy jesteśmy głodni. Tyle.
Zosia długo wpatrywała się w miskę. Nałożyłem jej łyżkę na widelczyk jak małemu dziecku, podałem do ust. Zjadła powoli, cały czas sprawdzając, czy nie zmienię zdania. Ale przy kolejnych kęsach była coraz spokojniejsza.
Nagle wyszeptała: Cały dzień byłam głodna.
Zakręciło mi się w gardle.
Po kolacji pozwoliłem jej wybrać bajkę, przykryłem kocem na kanapie. Zasnęła ze swoją małą rączką na brzuchu jakby chciała zatrzymać posiłek w sobie.
Gdy już spała, siedziałem po ciemku w salonie, patrząc na telefon z numerem Magdy.
Chciałem zadzwonić od razu, żądać wyjaśnień.
Ale się powstrzymałem.
Bałem się, iż źle to rozegraję i za to zapłaci Zosia.
Następnego ranka zrobiłem jej naleśniki puszyste, z borówkami. Zosia, jeszcze w piżamie, zjawiła się w kuchni, przetarła oczy. Na widok naleśników stanęła nagle jakby przed niewidzialną ścianą.
Dla mnie? spytała ostrożnie.
Dla ciebie. Ile chcesz.
Usiadła powoli, zjadła pierwszy kęs z niepewną miną. Po drugim nareszcie powiedziała cicho: To moje ulubione.
Przez cały dzień obserwowałem ją uważnie. Zosia podskakiwała, kiedy podniosłem głos choćby wołając psa, Fado. Przepraszała za każdą drobnostkę. Gdy upuściła kredkę, szeptała: Przepraszam, jakby miała być ukarana.
Pod wieczór, składając puzzle na dywanie, zapytała: Będziesz zły, jeżeli nie skończę?
Nie będę, przyklęknąłem obok niej.
Spojrzała mi w oczy. Po chwili zapytała: Czy kochasz mnie, choćby jak coś popsuję?
Zamarłem, po czym przytuliłem ją. Tak, Zosiu. Zawsze.
Przytuliła się, jakby zapisywała te słowa gdzieś głęboko.
Magda wróciła w środę wieczorem wyglądała na zmęczoną, z ulgą zobaczyła Zosię, ale była też spięta, jakby bała się, co córka mi powie. Zosia rzuciła się jej na szyję, ale ostrożnie, jak badając grunt.
Magda zażartowała, iż Zosia ostatnio trochę dramatyzuje, pewnie bardzo się stęskniła. Uśmiechnąłem się wymuszenie, a żołądek mi się ścisnął.
Kiedy Zosia poszła do łazienki, szepnąłem: Magda musimy pogadać.
Westchnęła: O czym?
Zosia zapytała mnie wczoraj, czy może jeść. Powiedziała, iż czasem nie może.
Magda od razu zesztywniała. Naprawdę?
Tak. Płakała mocno jakby się bała.
Magda jęknęła. Ona jest bardzo wrażliwa. Potrzebuje zasad. Pediatra mówił, iż dzieci potrzebują granic.
To nie granica, odpowiedziałem, głos mi zadrżał. To lęk.
Spojrzała ostro: Ty nie jesteś rodzicem, nie rozumiesz.
Może nie rozumiem, ale nie zamierzam tego ignorować.
Wieczorem, wracając do domu, siedziałem w samochodzie, myśląc o tym cichym pytaniu Zosi: o zgodę na jedzenie. O tym, jak zasypiała z ręką na brzuchu.
Dotarło do mnie, iż najgorsze rany nie zawsze widać.
Czasem są to zasady, które dziecko zapamiętuje tak mocno, iż przestaje je kwestionować.
I myślę co teraz powinienem zrobić?
Czy drugi raz stawić czoła Magdzie, czy zgłosić sprawę, czy po prostu zdobyć zaufanie Zosi i zapisywać wszystko, co widzę?
Dziś wiem jedno: bezpieczeństwo dziecka to nie tylko opieka, jedzenie i dach nad głową, ale pewność, iż zasługuje na miłość choćby kiedy coś mu nie wyjdzie.













