Dziś cały dzień kręcę się po domu z uczuciem, które trudno mi opisać. Przyszli do mnie Marek z Jolantą mój syn i synowa a w rękach mieli klucze. Zaraz potem zabrali mnie do kancelarii notarialnej. Emocje ścisnęły mi gardło, ledwo zdołałam wyszeptać:
Po co mi taki kosztowny prezent? Naprawdę nie musicie tego robić!
Marek się uśmiechnął i odpowiedział:
Mamo, to jest nasz prezent z okazji twojej emerytury. Za kilka lat możesz wynająć to mieszkanie i mieć dodatkowy grosz powiedzmy, emerytura „na bogato”.
A ja przecież ledwo co zostałam objęta świadczeniem, wcześniej jeszcze choćby nie wiedziałam, ile realnie dostanę z ZUS-u! Wszystko już zaplanowali beze mnie. Zaczęłam protestować, ale Marek ze stoickim spokojem poprosił:
Mamusiu, nie kłóć się z nami. Czasem trzeba dać się rozpieścić.
Nie zawsze układało nam się z Jolą, przyznaję. Czasem bywają dni spokoju, a czasem z niczego potrafiłyśmy zrobić awanturę z piorunami. Bywało, iż obie byłyśmy winne i Jola, i ja. Przez lata nauczyłyśmy się, by trudne sprawy rozwiązywać spokojniej, a nie na ostro. Teraz naprawdę potrafimy żyć razem w zgodzie i cieszę się z tej bliskości.
Kiedy wieść o mieszkaniu dotarła do mojej szwagierki Haliny, od razu zadzwoniła i gratulowała mi serdecznie. Zaraz potem dodała, z dumą w głosie:
Wychowałam dobrą córkę! Moja Jola to złoty człowiek, skoro pozwoliła synowi na taki prezent dla ciebie! a po chwili dodała, iż sama nie przyjęłaby takiego mieszkania, tylko przekazałaby je wnukowi.
Całą noc przewracałam się w łóżku z głową pełną myśli czy faktycznie dam radę żyć wyłącznie z emerytury? Przecież nie potrzebuję dużo… Rano zawołałam wnuka, Piotrka. Nieśmiało zapytałam, czy może chciałby, żebym to mieszkanie urządziła dla niego. Za chwilę kończy szesnaście lat, niedługo studia chłopak pewnie będzie potrzebował więcej swobody, może choćby dziewczynę przyprowadzić, a do rodziców przecież nie weźmie…
Piotrek się roześmiał:
Babciu, nie martw się! Ja sobie poradzę, chcę sam zapracować na swoje mieszkanie!
No i nikt, ani syn, ani synowa, ani choćby wnuk, nie chciał przyjąć tego mieszkania. Wszyscy mi odmówili.
Wtedy przypomniałam sobie historię mojej starszej siostry, Bogumiły. Jej szwagierka kiedyś oddała cały swój dom, a potem musiała zamieszkać w starym mieszkaniu komunalnym. Kurczowo trzymała się tego jednego pokoju jak ostatniej nadziei.
Przyszła mi też do głowy historia naszego wuja Jurka. Od piętnastu lat już go nie ma wśród nas, a rodzina do dziś się o jego majątek kłóci i nie potrafi się dogadać, przez co już całkiem się podzielili.
Była jeszcze ta historia z telewizji: rodzice podarowali synowi dom, a on ich po kilku miesiącach wyrzucił na bruk i sprzedał rodzinny dach nad głową. Starzy ludzie zostali dosłownie na ulicy.
Sama nie wiem, skąd te łzy napłynęły mi do oczu może ze wzruszenia, może z dumy, iż wychowałam takie dzieci. Kiedy później poszłam do ZUS-u, okazało się, iż moja emerytura to dwa tysiące złotych. niedługo potem Marek wynajął nowe mieszkanie, które dostałam, za trzy tysiące miesięcznie. Wtedy dopiero zrozumiałam, jak wielki i szczodry był to prezent od moich dzieci. Królewski, naprawdę!












