Mieszkam na Bielanach od trzydziestu ośmiu lat, w tym samym bloku przy Marymonckiej. Kupiłem to mieszkanie jeszcze z żoną, kiedy dzieci były małe, a pod oknami rosły topole, które teraz sięgają czwartego piętra. Żony już nie ma, dzieci wyprowadziły się do Wrocławia i Poznania, ale miejsce postojowe numer 14 na osiedlowym parkingu zostało moje — kupione za gotówkę w dwa tysiące dziewiątym, wpisane w akt notarialny, płacę od niego podatek co roku.
Rok temu do mieszkania nade mną wprowadził się nowy lokator. Damian, może trzydzieści pięć lat, prowadzi coś w rodzaju firmy zajmującej się naprawą skuterów i rowerów elektrycznych. Z początku wydawał się w porządku — pomógł mi kiedyś wnieść zakupy po schodach, bo winda znowu stała. Ale gdzieś po dwóch miesiącach zacząłem zauważać, iż na moim miejscu, tym oznaczonym białą czternastką, stoi nie mój samochód, tylko jego rozgrzebany skuter, czasem dwa, a raz choćby cała rama roweru oparta o słupek.
Pierwszy raz zapytałem go wprost, jak wracaliśmy razem windą, on w tych swoich zaolejonych rękawicach roboczych.
— Panie Damianie, to miejsce jest moje, mam papiery.
— No wiem, wiem, tylko na chwilę, klient ma odebrać po południu — odpowiedział, nie patrząc na mnie, tylko gapiąc się w telefon.
Ta „chwila" trwała potem regularnie od rana do wieczora. Nie mam samochodu od trzech lat, odkąd lekarz kardiolog powiedział, iż lepiej niech ktoś inny mnie wozi. Ale to miejsce trzymałem dla córki, która przyjeżdża z Poznania raz w miesiącu, i dla syna, kiedy zabiera mnie na kontrole do szpitala na Banacha.
W zeszłą sobotę córka przyjechała z wnukiem na urodziny i musiała zostawić auto przy śmietniku, bo Damian akurat testował na moim miejscu jakiś elektryczny hulajnóż podłączony do przedłużacza wyciągniętego z piwnicy. Powiedziałem mu wtedy spokojnie, iż mam dość, iż następnym razem zadzwonię po straż miejską. On tylko się roześmiał.
— Panie Zenonie, niech pan nie przesadza, przecież pan i tak nie jeździ. Co panu szkodzi.
Co mi szkodzi. To samo, co kiedyś mówiła moja sąsiadka o trawniku pod moim balkonem, zanim się przeprowadziła — iż skoro nie kosicie codziennie, to można postawić na nim grill. Zawsze ten sam schemat: ktoś decyduje, iż twoja własność jest wolna, bo akurat nie korzystasz z niej w tej sekundzie.
W kuchni mam stary kalendarz reklamowy z banku, gdzie zaznaczam wizyty lekarskie czerwonym flamastrem. Tamtego wieczoru dopisałem sobie plan. Nie krzyk, nie awantura na klatce — coś, co Damian zrozumie od razu, bo dotyczy jego portfela.
Następnego dnia zadzwoniłem do administracji spółdzielni i poprosiłem o kopię regulaminu parkingu, tego samego, który podpisywał każdy nowy mieszkaniec przy zameldowaniu. Punkt siódmy mówił jasno: zajęcie cudzego miejsca postojowego bez zgody właściciela podlega karze umownej w wysokości stu złotych za każdą rozpoczętą dobę, a przy trzecim wykroczeniu spółdzielnia ma prawo zablokować najeźdźcy dostęp do parkingu na okres sześciu miesięcy. Nikt tego nigdy nie egzekwował, bo nikt się nie fatygował ze zgłoszeniem — trzeba było zdjęcia z datownikiem, świadka i pisemny wniosek.
Zacząłem robić zdjęcia. Codziennie, telefonem córki, którym nauczyła mnie się posługiwać zeszłej zimy. Skuter na miejscu 14, godzina 8:12. Hulajnoga i przedłużacz, godzina 14:47. Rama roweru oparta o mój słupek blokujący, godzina 19:03. Zbierałem to przez trzy tygodnie, dwadzieścia jeden zdjęć, każde z datą w rogu.
Kiedy miałem już komplet, poszedłem do pani Grażyny z administracji, tej samej, która co roku przypomina mi o odśnieżaniu chodnika przed wejściem. Złożyłem pisemną skargę, dołączyłem zdjęcia, powołałem się na punkt siódmy regulaminu i zażądałem naliczenia kary umownej od pierwszego dnia udokumentowanego naruszenia.
Dwa tygodnie później Damian dostał wezwanie do zapłaty. Dwa tysiące sto złotych — dwadzieścia jeden dni po sto złotych, plus ostrzeżenie, iż przy kolejnym naruszeniu spółdzielnia cofnie mu zgodę na parkowanie jakiegokolwiek pojazdu, w tym prywatnego busa, którym dowoził części do warsztatu.
Przyszedł do mnie wieczorem, jeszcze w kombinezonie roboczym, z kartką w ręku.
— Panie Zenonie, co to ma być? Ja przecież nie miałem złych zamiarów, tylko naprawdę nie było gdzie postawić.
— Miał pan miejsce numer szesnaście wolne przez cały ten czas, bo pan Kowalczyk wyjechał do syna do Niemiec. Wystarczyło zapytać administrację o wynajem, tak jak ja zrobiłem, kiedy kupowałem to miejsce.
Zapłacił. W ratach, przez trzy miesiące, bo tyle akurat mu zaproponowała pani Grażyna, żeby nie szedł do sądu. Warsztat swój z rozgrzebanymi skuterami przeniósł na miejsce szesnaście, które faktycznie wynajął od spółdzielni za sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie.
Teraz, kiedy wracam z zakupami spod Biedronki, moje miejsce numer czternaście stoi czyste, puste, z białym numerem widocznym z daleka. Czasem tylko stawiam tam wieczorem swój rower — ten sam, którym jeżdżę do parku od dwudziestu lat, kiedy jeszcze pogoda pozwala. Nikomu nic nie wisi, nikt mi nie tłumaczy, iż skoro nie jeżdżę, to miejsce jest wolne.









