“Mój pies nie nadaje się do polowania, trzeba się go pozbyć” – oznajmił mąż. Natalia natychmiast spakowała mu walizkę.

newsempire24.com 2 dni temu

Janusz wrócił z polowania wściekły jak osa w słoiku. Buty zrzucił w progu – jeden w lewo, drugi w prawo. Kurtkę rzucił na wieszak, nie trafił, choćby nie podniósł. Przeszedł do kuchni, zagrzechotał czajnikiem.

Agnieszka siedziała w pokoju, przewijała telefon. Słyszała, jak mąż chodzi – ciężko, nerwowo, każdy krok jak pretensja. Rudy pies Burek leżał u jej stóp, z pyskiem na łapach. Uszy przycisnął, ogonem nie merdał. Zawsze czuł, kiedy pan ma taki nastrój, i starał się nie wpadać mu w oczy.

– No dobra – Janusz stanął w drzwiach, ręce w boki, jak zawsze, gdy wygłaszał coś, co według niego było ostateczne. – Pies do polowania się nie nadaje. Kiepski, nie pies. Tresowałem, tresowałem – efekt żaden. Kaczka pada – on siedzi. Zając obok – ziewa. Trzeba się pozbyć.

Agnieszka podniosła wzrok. Spojrzała na męża spokojnie, uważnie, jak patrzy się na kogoś, kto powiedział coś bardzo głupiego, ale jeszcze sam tego nie pojął.

– Pozbyć? – powtórzyła, jakby smakowała to słowo.

– A co? Karmić darmozjada? Pies myśliwski ma polować. A ten… – Janusz machnął ręką w stronę Burka, który przytulił się do nogi Agnieszki jeszcze mocniej. – Jutro zawiozę do Piotrka, może zgodzi się go uśpić. A nie – to na drogę wyrzucę.

„Na drogę wyrzucę” – wtedy coś w Agnieszce pękło.

Wstała w milczeniu. Burek natychmiast podniósł się za nią, niespokojnie patrząc z dołu do góry. Agnieszka przeszła obok męża do przedpokoju, otworzyła antresolę i wyciągnęła walizkę – dużą, niebieską, na kółkach. Tę samą, z którą kiedyś jeździli nad morze, gdy jeszcze gdzieś razem jeździli.

Janusz odprowadził ją wzrokiem, ale nic nie powiedział. Pomyślał pewnie, iż żona zaczęła sezonowe przekładanie rzeczy.

Ale Agnieszka otworzyła połowę garderoby Janusza.

Koszule – raz, dwa, trzy, cztery. Starannie. Bokserki, skarpety – do bocznej kieszeni. Dżinsy – jedne na wyjście, jedne robocze. Sweter szary, prezent od matki. Maszynka do golenia z łazienki. Szczoteczka do zębów.

Janusz pojawił się w drzwiach sypialni i przez kilka sekund milczał. Potem dotarło.

– Co ty wyprawiasz?

– Walizkę ci pakuję – odpowiedziała Agnieszka tym samym tonem, którym mówiła „obiad na kuchence” czy „chleb się skończył”.

– Jaką walizkę? Po co?

– No mówiłeś – trzeba się pozbyć. Więc się pozbywam.

Janusz zamrugał. Potem usiadł na brzegu łóżka powoli, jakby nogi odmówiły posłuszeństwa.

– Przez psa?

– Nie przez psa. Przez ciebie.

Zapięła zamek i wyprostowała się. Burek cicho wszedł do pokoju i położył się w progu, jakby pełnił straż.

– Powiem ci, Janusz, skoro już zaczęliśmy rozmowę. Ty Burka nazywasz darmozjadem. Polować nie umie, pożytku żadnego. A policzmy, kto tu ma jaki pożytek.

– Agnieszka, no co zaczynasz.

– Burek kaczki nie przynosi, to prawda. Za to co rano wita mnie tak, jakbym wróciła z półrocznej delegacji. Łapę kładzie na kolanie, kiedy płaczę. A płaczę, Janusz, często. Bo ty wracasz z roboty – i w telewizor. Z polowania – na kanapę. Ze mną ostatni raz normalnie rozmawiałeś, jak przyszedł wysoki rachunek za prąd. Trzy zdania pod rząd – to było wydarzenie.

Janusz otworzył usta.

– Porównałaś mnie do psa.

– Nie porównuję. Stwierdzam. Burek jest żywy. Czuje. Kocha. Tak po prostu, bezinteresownie. Nie musi być chudy ani gotować rosołu. Potrzebuje, żebym była. Ty, Janusz, kiedy ostatni raz cieszyłeś się, iż jestem?

Cisza w pokoju zawisła jak pranie na sznurze – ciężka, mokra, niewygodna.

Janusz patrzył na walizkę. Potem na żonę. Burek podniósł łeb i spojrzał na niego bez żalu, bez złości. Po prostu spojrzał. Psy nie umieją chować urazy, mają na to za duże serce.

– Przecież nie mówiłem serio – powiedział Janusz. – Uniosłem się. Chłopaki się śmiali.

– Chłopaki się śmiali. A ty, żeby przed nimi nie było wstyd, postanowiłeś żywe stworzenie wyrzucić. Które ci ufa. Które biegnie do ciebie, kiedy wracasz do domu. A iż je wywalisz – on nie wie. Myśli, iż jesteś dobry.

Janusz przetarł twarz dłońmi. Zarost kłuł – nie golił się dwa dni na polowaniu.

– I co, walizka to na poważnie?

Agnieszka milczała. Za oknem wróble kłóciły się na jarzębinie. Lodówka zawarczała i ucichła.

– Na poważnie, Janusz. Nie chodzi o Burka. Burek to ostatnia kropla. Ty tak o żywym stworzeniu – „pozbyć się”, „na drogę”. A jak jutro nie dogodzę – też się pozbędziesz? Do matki odwieziesz – nie przydała się, niech bierze?

– No przesadzasz.

– To ty przesadziłeś. Dawno. Przestałeś widzieć, iż wokół są żywi. Ja jestem żywa. Burek jest żywy. My nie narzędzia. Nie strzelba, którą można sprzedać, jeżeli źle strzela. My rodzina. A rodziną się nie rzuca.

Janusz siedział i czuł się tak, jak dawno się nie czuł. Kiedyś to jak – on powiedział, żona się zgodziła. Nie dlatego, iż Agnieszka nie ma charakteru. Umiała przemilczeć – cierpliwie, po babsku. Chroniła. Łagodziła. A on przywykł, iż można pleść dowolne bzdury – i nic się nie stanie.

A jednak – bywa.

Burek podszedł do Janusza i wetknął mokry nos w jego dłoń. Po prostu podszedł, bo widział: człowiekowi jest źle. A jak źle – trzeba być blisko. Burek wiedział to nie rozumem – instynktem, całą swoją rudą sierścią.

Janusz spojrzał na psa. Na mokry nos, brązowe oczy, na ogon, który nieśmiało drgnął – jakby mówił: „no co, zgoda?”

I wtedy go złamało. Nie do łez – facet przecież. Ale coś przewróciło się w środku, jak łódka na fali – buch, i już jesteś po drugiej stronie.

– Agnieszka. Schowaj walizkę.

– Po co?

– Bo – pogłaskał Burka po głowie – jestem głupi.

– To wiem. Pytanie – głupi, który się uczy, czy taki, któremu choć pal wbij w głowę.

Janusz uśmiechnął się. choćby teraz – umiała.

– Uczę się. Przepraszam. Za Burka. I za wszystko.

Agnieszka podeszła do walizki, rozpięła. Wyjęła maszynkę, szczoteczkę, położyła na szafce.

– Koszule sam powiesisz.

Janusz skinął głową. Pochylił się do Burka i podrapał za uchem.

– No co, darmozjadzie – głos mu zadrżał. – Żyjemy dalej?

Burek zamerdał ogonem tak, iż o mało nie strącił lampy. Podskoczył, liznął w nos. Usiadł i spojrzał na oboje z tym wyrazem, jaki mają tylko psy: absolutnego, niczym niezasłużonego szczęścia.

Na następne polowanie Janusz pojechał bez Burka. Wrócił z dwiema kaczkami i paczką cukrowych kości z targu.

– To dla kogo? – spytała Agnieszka, chociaż wiedziała.

– Dla darmozjada – burknął Janusz. I uśmiechnął się.

A walizkę Agnieszka schowała z powrotem na antresolę. Ale nie głęboko. Tak, żeby w razie czego łatwo wyjąć.

Na wszelki wypadek.

Idź do oryginalnego materiału