Kiedy brałem ślub z Januszem, wierzyłem, iż nasza miłość i wzajemny szacunek będą fundamentem naszego małżeństwa. Z biegiem lat jednak jego podejście do mnie zaczęło się zmieniać. Przestał doceniać moją kuchnię, nie zwracał uwagi na domowe ciepło, które starałem się stworzyć, a na każdym kroku rzucał ironiczne komentarze.
Najgorsze były rodzinne obiady, podczas których Janusz uwielbiał wyśmiewać mnie na oczach wszystkich. Każdy mój drobny błąd zamieniał w głośną anegdotę, która bawiła całą rodzinę oczywiście zawsze moim kosztem.
Znosiłem to. Przez lata tylko się uśmiechałem, przechodziłem nad tym do porządku dziennego i tłumaczyłem sobie, iż taka już jego natura. Ale pewnego dnia, podczas obchodów naszej 20. rocznicy ślubu, gdy przy świątecznym stole zebrali się wszyscy dzieci, przyjaciele, rodzina Janusz przeszedł samego siebie. Przy wszystkich stwierdził z przekąsem, iż bez jego nieocenionych rad i wsparcia nie dałbym sobie rady w życiu. Wszyscy się śmiali, ale mnie w tamtej chwili pękło serce.
Tamtej nocy, leżąc w ciemnościach, podjąłem decyzję: odpłacę mu pięknym za nadobne. Ale nie chciałem awantur, publicznego dramatu czy widowiskowego rozstania. Moja zemsta miała być wyrafinowana i dobrze zaplanowana.
Zacząłem inwestować w siebie zapisałem się na zajęcia plastyczne, wróciłem na siłownię, a co najważniejsze przez cały czas gotowałem Januszowi jego ulubione potrawy, ale… nieco gorzej niż zwykle. Lasagne była za słona, kawa zbyt blada, koszule niedokładnie wyprasowane. Janusz narzekał, denerwował się, a ja tylko spokojnie się uśmiechałem i mówiłem: Przepraszam, kochanie. Chyba jestem ostatnio bardzo zmęczony.
Potem zacząłem pokazywać mu, iż potrafię żyć bez niego. Częściej wychodziłem z domu spotykałem się z koleżankami, chodziłem na kursy, spacerowałem po parku. Janusz, który zawsze widział we mnie tylko uległego męża domowego, nagle poczuł, iż wymyka mu się spod kontroli. Wściekłość go zżerała, gdy dostrzegał, iż staję się pewniejszy siebie, bardziej pogodny i co najważniejsze niedostępny dla niego.
Kulminacją mojej zemsty były jego urodziny. Zorganizowałem wielką imprezę, zaprosiłem wszystkich jego przyjaciół i współpracowników, zarezerwowałem elegancką restaurację w centrum Warszawy. Wszystko było perfekcyjnie przygotowane. Jednak zamiast prawić mu komplementy w tradycyjnej przemowie, zacząłem z humorem, ale bardzo dobitnie opowiadać o jego różnych wpadkach, przeoczeniach, niezdarnościach w codziennych sytuacjach.
Robiłem to z pogodnym uśmiechem, żartobliwie ale widziałem, jak Janusz czerwienieje z wściekłości i wstydu. Jego koledzy się śmiali, a on zaciskał pięści pod stołem.
Po imprezie Janusz przez kilka dni milczał i rozmyślał nad tym, co się wydarzyło. Po jego oczach widziałem, iż zrozumiał stracił nade mną kontrolę. Próbował wrócić do dawnych zwyczajów, ale ja byłem już inną osobą. Nie bałem się już jego słów ani docinków. Nauczyłem się szanować siebie i własną wartość.
Wkrótce przestał mnie wyśmiewać przy rodzinie, zaczął pomagać w domu, a pewnego dnia powiedział nawet: Zmieniłeś się Sam nie wiem, jak mam się do tego odnieść.
Uśmiechnąłem się tylko i żyłem dalej, szczęśliwy po swojemu. Czasem zemsta nie polega na zniszczeniu drugiej osoby, tylko na zmianie siebie. I to sprawia, iż stajemy się silniejsi, a inni uczą się nas naprawdę doceniać.












