Mój mąż to prawdziwy maminsynek mając już 35 lat.

twojacena.pl 2 tygodni temu

Popełniłam w życiu wiele błędów, ale największy żyje teraz obok mnie i kompletnie nie wiem, jak wybrnąć z tej sytuacji. Miałam 25 lat, gdy wyszłam za mąż za chłopaka o imieniu Bartosz. On był ode mnie o dwa lata starszy. W tamtym czasie wydawał mi się niemal jak książę na białym rumaku.

Ciągle obdarowywał mnie kwiatami, prezentami, nosił za mnie ciężkie torby, nigdy się nie kłóciliśmy i każde nieporozumienie załatwialiśmy bez problemu spokojną rozmową. Nigdy nie mieszkaliśmy razem przed ślubem. Ani ja, ani Bartosz nie byliśmy zwolennikami wspólnego mieszkania przed małżeństwem, uważaliśmy to za coś niewłaściwego, niepoważnego. Po prostu wzięliśmy ślub. Rodzice dali nam pieniądze na wesele, ale to bynajmniej nie wystarczało na zakup mieszkania. Nie chciałam również wynajmować po co płacić komuś obcemu i jeszcze słuchać jego opinii o tym, jak nam się wiedzie? Tak więc mama Bartosza zaproponowała, żebyśmy zamieszkali u niej. Miała dwa pokoje w swoim mieszkaniu w Warszawie, często się nudziła i było sporo wolnej przestrzeni. Czemu z tego nie skorzystać?

Zgodziłam się bez większych wątpliwości. Mama Bartka wydawała się sympatyczną kobietą, więc gwałtownie znaleźliśmy wspólny język. Ale już po przeprowadzce i ślubie odkryłam o moim mężu o wiele więcej. Okazało się, iż dla swojej mamy Bartosz wciąż był kilkuletnim chłopcem. Gdy tylko mieszkaliśmy razem, nie robił w domu dosłownie nic. choćby do tego stopnia, iż mama przez cały czas prała mu bieliznę i skarpetki, choć jest dorosłym mężczyzną. Przyznajcie, to przecież nie jest normalne.

Bartosz poza wychodzeniem do pracy i zajmowaniem się sprawami zawodowymi nie robił kompletnie nic. Nietrudno się domyślić, iż już od pierwszych dni wszystkie obowiązki domowe spadły na moje barki. Musiałam gotować dla całej rodziny, sprzątać, prać, prasować. Czy tego naprawdę potrzebowałam? Teściowa nie wtrącała się do mojej pracy w kuchni i nie przeszkadzała, ale nie miała najmniejszej ochoty, by mi pomóc. Czułam się jakby byłam tylko służącą dla jej rodziny.

A potem było jeszcze gorzej. Pewnej nocy zapaliła się jedna z gniazdek ugasiłam pożar. Gdy poprosiłam Bartka, by wymienił gniazdko na nowe, on zareagował jakby to była matematyka wyższa. Okazało się, iż mój mąż nie ma pojęcia jak wymienia się gniazdka elektryczne. Nic nie potrafił. choćby gdy trzeba było wymienić żarówkę, on wycofał się przestraszony i powiedział, iż tego nie zrobi. Chwyciłam stołek i sama wymieniłam. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, iż mój mąż nie umie zrobić ani jednej rzeczy w domu. Można by się tym nie przejmować, gdyby tylko próbował się czegoś nauczyć. Ale nie, bo po co się męczyć? Lepiej wezwać fachowca i zapłacić. Tylko iż Bartosz nie zarabia wcale dużo nie stać nas na to wszystko.

Najbardziej irytowało mnie to, jak teściowa ciągle traktowała syna jak siedmioletniego chłopca, a on jej odpowiadał jak skromne dziecko.

Bartku, założyłeś nowe skarpetki? Wymieniłeś bieliznę? Bartku, umyłeś się porządnie? Gdy słyszałam takie rozmowy, robiło mi się niedobrze. On jest dorosłym facetem, a mama pyta go, czy zmienił majtki.

Naprawdę chciałabym się rozwieść. Ale co wtedy? Nie mam własnego mieszkania, pieniądze od rodziców dawno się rozeszły. Ale to wszystko jest już nie do zniesienia. Ile jeszcze mogę wytrzymać w tym milczącym chaosie?

Idź do oryginalnego materiału