Mój brat, Janusz, kiedyś, po zakończeniu studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim, postanowił przenieść się do Wrocławia w poszukiwaniu pracy. Zamierzał zostać tam tylko rok, odłożyć trochę pieniędzy i wrócić do rodzinnych Kielc, by kupić własne mieszkanie. ale życie napisało zupełnie inny scenariusz. Tam właśnie poznał pewną dziewczynę. Miała na imię Dobrosława imię, jakie słyszy się tylko u nas, w Polsce i postanowili się pobrać. Janusz został na Dolnym Śląsku, do Kielc wpadł już tylko na odwiedziny.
My, cała rodzina, zupełnie nie znaliśmy jego żony. Tak się jednak złożyło, iż podczas ich ślubu byłam w dziewiątym miesiącu ciąży i lada dzień spodziewałam się narodzin córki, więc oczywiste było, iż nie pojadę na uroczystość. Ojciec również nie mógł wziąć urlopu w hucie, więc na weselu z naszej strony była jedynie mama. Mama, choć poznała synową, nie utrzymywała z nią bliskiego kontaktu. Ot, wymiana uprzejmości i tyle. Pojechali potem w podróż poślubną na Mazury, a mama wróciła do domu w kilka dni później. Wspominała, iż dziewczyna była ładna, pogodna i uprzejma. Minęło kilka lat a my wciąż nie mieliśmy okazji porozmawiać bliżej z nową rodziną brata.
Dopiero w tym roku Janusz przekazał nam wyjątkową wiadomość. Planują z żoną podróż przez całą Polskę: najpierw mieli odwiedzić nas w Kielcach, później wybrać się na wesele szkolnej koleżanki Janusza, potem czekał ich zjazd absolwentów, po drodze jeszcze spotkanie z teściami nad Bałtykiem, a na końcu powrót do domu do Wrocławia. U nas mieli zostać dwa dni. Nie widziałam w tym żadnego problemu. Fakt, mieszkanie mieliśmy niewielkie, ale do dyspozycji był letni domek moich teściów w podkieleckiej wsi. Teściowa chętnie zgodziła się oddać nam go na dwa dni. Domek nie przeszedł remontu od czasów PRL-u, ale na krótki pobyt wystarczał.
Byłam wtedy w dobrym nastroju i naprawdę czekałam na tę wizytę, ciekawa, jaką jest Dobrosława. Gdy przyjechali, niemal od razu zaczęły się problemy. Janusz przedstawił mnie i już przy pierwszym spotkaniu bratowa zaczęła narzekać iż podróż była męcząca, gorąco, hałaśliwie i w ogóle niewygodnie.
Kiedy dotarliśmy do domku letniskowego, chciałam ich oprowadzić. Dobrosława spojrzała na łazienkę i prysznic takim wzrokiem, jakby trafiła do jakiejś lepianki pod Radomiem. Wzięła Janusza na bok, coś mu wyszeptała, a potem brat poprosił mojego męża, by zawiózł ich do centrum. Dobrosława stwierdziła, iż nie będzie używać takiego prysznica. Pojechali więc do nas do mieszkania, tam się wykąpała, poprawiła makijaż i wróciła.
Następnie okazało się, iż nie tknie żadnej potrawy, które starannie przygotowywaliśmy przez cały poprzedni dzień. Znalazła gluten, tłuszcze i Bóg wie jeszcze co. W końcu jadła tylko ogórki i pomidory, a choćby tym przyglądała się z rezerwą. W sypialni, którą specjalnie dla nich przygotowaliśmy, spać nie chciała, więc całą rodziną wróciliśmy do miasta.
Na spacerze po Kielcach Dobrosława była marudniejsza niż mój trzyletni synek. Co chwilę narzekała, iż gorąco, potem bolała ją noga, po chwili już się nudziła. Gdy żegnałam ich przed odjazdem, poczułam ogromną ulgę. Dziwię się, jak Janusz wytrzymuje z nią na co dzień przez tyle lat a mnie wystarczyły dwa dni, by mieć dość takich gości.





