Mój brat, Piotr, zaraz po ukończeniu Politechniki postanowił przenieść się do Wrocławia w poszukiwaniu lepszej pracy i życia. Miał tam zostać tylko rok, odkładać pieniądze i wrócić do Łodzi, żeby kupić mieszkanie. Ale życie napisało inny scenariusz. We Wrocławiu poznał dziewczynę, Zofię, zakochali się w sobie, niedługo potem wzięli ślub a Piotr został na Dolnym Śląsku. Nikogo z naszej rodziny nie było na ich weselu, bo ja akurat byłam w dziewiątym miesiącu ciąży i lada chwila mogłam rodzić. Postanowiliśmy więc, iż nie zaryzykuję podróży. Tata nie mógł wziąć wolnego z pracy w PKP, więc tylko mama pojechała reprezentować rodzinę. Mama nie nawiązała jednak bliższej relacji z synową poznała ją na weselu i tyle. Wróciła do domu kilka dni po uroczystości, a młodzi ruszyli w podróż poślubną do Zakopanego. Mama mówiła tylko, iż Zofia była ładna, pogodna i miła, ale wydawała się raczej zamknięta w sobie. Minęły kolejne lata i przez ten czas nikt z nas nie widział mojej bratowej na oczy.
Aż w końcu, w tym roku, Piotr oznajmił z dumą przez telefon, iż wreszcie planują odwiedzić rodzinę. Planowali całą trasę: najpierw kilka dni u nas w Łodzi, potem mieli jechać na wesele do Krakowa, kolejnego dnia zaplanowali zjazd absolwentów w Opolu, a dalej spotkanie nad Bałtykiem z teściami. Dwa dni u nas. Nie miałam z tym żadnego problemu choć nasze mieszkanie w bloku na Retkini nie należy do największych, teściowie mają w Zgierzu domek letniskowy i pozwolili nam skorzystać. Nie był świeżo wyremontowany, ale panował tam niezły standard i można było odpocząć blisko lasu.
Pamiętam ten dzień dokładnie siedziałam wieczorem przy oknie, rozstawiałam talerze, czekałam w dobrym nastroju na rodzinę. Gdy przyjechali, Piotr przywitał się, a Zofia już od progu zaczęła narzekać iż przejazd pociągiem był okropny, duszno, hałas, ciasno, i iż czuła się jak sardynka w puszce.
Pojechaliśmy do letniskowego domku. Chciałam im wszystko pokazać ogród, oczko wodne moich teściów, nowy grill. Ale Zofia spojrzała na łazienkę i prysznic jakby zobaczyła coś odrażającego. Odsunęła Piotra na bok, długo szeptali, a potem Piotr poprosił mojego męża, żeby zawiózł ich do centrum, bo Zofia nie zamierza myć się pod takim prysznicem. Pojechali na Retkinię, wrócili po godzinie, Zofia umyta, w pełnym makijażu. Zrobiło mi się trochę przykro starałam się jak mogłam.
Pod wieczór okazało się, iż bratowa nie tknie niczego, co przygotowałam. Były cepeliny, pierogi i wiejski chleb wszystko, co najlepsze, sama robiłam. Ale w każdym daniu znalazła coś nie tak a to gluten, a to za tłusto, a to podejrzane pochodzenie. Ostatecznie jadła tylko sałatę i rzodkiewki, choć choćby na nie patrzyła, ostrożnie, jakby mogły zaatakować.
W sypialni, którą przygotowałam dla nich, Zofia nie chciała spać. Wróciliśmy więc wszyscy do mieszkania w bloku, spała na naszym łóżku, a my z dziećmi na materacu w salonie znowu bo jej niewygodnie.
Następnego dnia zabrałam wszystkich na spacer chciałam pokazać Piotrkowską, Manufakturę, park Źródliska. Ale Zofia co krok miała uwagi raz ją piekło słońce, raz obcierały buty, potem była zmęczona, później się nudziła. Wytrzymałam tylko dwa dni kiedy ich odwoziłam na pociąg, poczułam ulgę jakbym zrzuciła plecak pełen cegieł! Piotr wyglądał, jakby nie spał całą noc. Do dziś nie wiem, jak on to wszystko wytrzymuje na co dzień. Po tej wizycie dwa dni wystarczyły, by rozłożyła naszą rodzinę na łopatki.





