Teraz albo nigdy, trzeba napisać o weselu, bo powoli pokrywa się w pamięci piaskiem uczuć, myśli i wrażeń, malutkimi kamyczkami nowych doświadczeń, powolutku, powolutku, z każdą godziną osypuje się na wesele lawina codzienności i niedługo się nie dogrzebię do tego jak było.
A było ciekawie. Jechałam tam trochę z duszą na ramieniu, tak się czułam, jak to tutaj mówią, ‚an odd one out’, czyli trochę na przyczepkę – ani rodzina panny młodej, ani pana młodego, ani ich znajoma, para Polaków która się wzięła nie-wiadomo-skąd. Ale rodzice panny młodej, którzy są rodzicami narzeczonej syna, bardzo o nas zadbali, oddali nam do dyspozycji cały przepiękny dom gościnny nad samym brzegiem zatoki w Carlingford (Mo oczywiście – mamo, a czy możemy tutaj przyjechać też jak nie będzie ślubu?), dopytywali się, czy czegoś nam nie potrzeba i tak dalej. Było nam wygodnie i luksusowo.
Wesele było w malutkim zameczku już po stronie UK, niedaleko Newry.
Ceremonia – prowadzona przez humanistycznego celebranta w sali na terenie obiektu – bardzo mi się podobała – była o miłości, wspomnieniach i wspólnym życiu, były wiersze, jak Heaney’go, poety z Derry, skąd pochodzi mama panny młodej. Była rodzina panny młodej z Płn Irlandii, i rodzina pana młodego ze Szkocji, większość mężczyzn w tradycyjnych kiltach. Byli milionerzy i całkiem zwyczajni ludzie.
Rozśmieszyły mnie troche te kilty, bo się okazało, iż młodym kolor Pana młodego kiltu nie bardzo współgrał z oprawą wesela, wzięli więc kilt innego klanu dla Pana młodego i drużby (Isle of Men, bodajze). Tylko ojciec pana młodego miał swój rodowy kolor, nie moge powiedzieć jaki ród, wiadomo. Jak widać na zdjęciu, mężczyźni mieli też tradycyjne nożyki w skarpetach, tak tylko dodam a propos tradycji.
Byli też amerykańscy kuzyni, oczywiście, bo każda Irlandzka rodzina ma amerykańskich kuzynów.
Na obiedzie posadzili nas właśnie przy stole z Amerykanami, dwóch braci i rodzina jednego z nich, z Teksasu, z którymi początkowo rozmowa była dość sztywna, ale po przełamaniu lodów na weselu, w niedzielę na poprawinach nie mogliśmy się nagadać. Bardzo mi się ich szkoda zrobiło jak opowiadali o tym swoim życiu w Teksasie – niby się wie takie rzeczy, niby się o tym wszyskim czyta, ale jak się człowiek spotyka z żywą osobą, to zupełnie inaczej się odbiera na przykład to, jak pracuja po 60-70 godzin w tygodniu, albo takie coś, iż starszy człowiek jest brany do szpitala bo się źle poczuł, jest tam dwie godziny, a potem szpital wystawia rachunek na 48 tysięcy dolarów, za sam pobyt, bez podania jakichkolwiek leków. To historia ktora sie przydarzyla ich ojcu, Irlandczykowi, który wyjechał do USA w latach 60tych jako katolicki ksiądz, tam się zakochał w Meksykance i poprosił o zgodę na porzucenie stanu duchownego, którą uzyskał i się ożenił z Meksykanką. Napisał o tym do rodziny w Irlandii, dla której był to wielki WSTYD – wyobrażacie sobie, syn wyjechal do Stanów jako ksiadz, a nagle pisze, ze sie hajtnal z Meksykanka i bedzie mial dziecko? To się nazywa niespodzianka😅
Wesele do trzeciej rano, w klimacie bardzo podobne do polskiego, niektórzy tańczyli, niektórzy pili, młode kobiety szalały na parkiecie. Kobiety miały przepiękne kreacje z takim bajecznymi fikuśnymi kapelusikami na wesele, co się nazywają fascinator. Wszystkie na niebotycznych obcasach, które po północy zostały zamienione na wygodne płaskie, albo po prostu na bose stopy do tańca, czyli jak w Polsce.
Największa różnica pomiedzy polskim weselem, a irlandzkim to chyba ta, iż oprócz szampana do toastów i wina do obiadu alkohol był dostępny tylko do kupienia w barze. Nie było, jak to na polskich weselach, flachy na stole i wujów polewających kolejkę za kolejką, nie było gościa od połowy imprezy pod stołem, nikt się nie upił tak, żeby się awanturować, odgrzebywać stare rany i robić zadymę. Co w sumie mi się podobało:) Ja do toastów i wina dokupiłam sobie dwa drinki, więc można powiedzieć, iż spędziłam imprezę na trzeźwo, Mi w ogóle nie pił, bo się zgłosił na ochotnika, żeby nas odwieźć po weselu do Carlingford. Za to odbił sobie to następnego dnia dwoma Guinessami w pubie na poprawinach, ja w tym czasie jadłam ostrygi – najtańsze i najświeższe w całej Irlandii.
Najlepiej bawiła się Mo, oczywiście z towarzystwem Ad i Re.
Tutaj jeszcze przed obiadem, czas na maly rysunek:







