Minęły dwa lata od tamtego dnia. Teraz znowu ją spotkałem. Szedłem sobie spokojnie ulicą w Warszawie, a przed sobą zobaczyłem kobietę tak piękną, iż aż mi serce przystanęło na chwilę. Od razu poznałem: to była moja była żona, Agnieszka. Jeszcze zanim się pobraliśmy, Agnieszka kręciła głowami wszystkich facetów na imprezach.
Po ślubie wszystko się zmieniło tak, iż ciężko mi było ją rozpoznać. Zamiast blasku i seksapilu została wersja domowa: tłuste włosy związane w byle jaki koczek, wielki podkoszulek kupiony pewnie na wyprzedaży w Biedronce taki, w którym mogłaby w razie potrzeby przykryć całą rodzinę. Koniec ze stylowymi sukienkami, a bielizna… szkoda gadać.
Z dnia na dzień Agnieszka przeszła na modę dres-domator i zapomniała totalnie o takich wynalazkach jak lakier do paznokci czy maskara. O ćwiczeniach choćby nie wspomnę po dwóch ciążach brzuch nie wołał o stanik sportowy, tylko o współczucie. A cellulit? No cóż, żaden Photoshop tego nie ogarnie.
Przez te dwa lata wspólnego mieszkania z Agnieszką miałem wrażenie, iż moja żona nie przemieniła się w żonę, tylko w Potwora z Mokotowa coraz bardziej zmęczonego i coraz mniej podobnego do tej, na której punkcie kiedyś oszalałem. Ludzi coraz grubiutsi, ciuchy coraz większe, a jak już odważyłem się powiedzieć może byś spojrzała czasem w lustro… to była focha jak stąd do Zakopanego i wielka cisza domowa.
W końcu zrozumiałem, iż tęsknię nie za Agnieszką-obecną, tylko za Agnieszką ze zdjęć ślubnych tą śmiejącą się, szaloną dziewczyną, której zazdrościli mi wszyscy kumple i której urok był hasłem przewodnim mojej młodości. Po tych przemianach naprawdę już nie widziałem w niej kobiety zrobiło się tylko smutno.
Ostatni raz, gdy ją zobaczyłem w domu, miała na sobie wyciągnięty szary t-shirt z plamami po mleku, wielkie szorty odsłaniające cellulit, nieogolone nogi i ten zwiędły koczek, który ledwo się trzymał na głowie. Twarz miała wiecznie zasępioną, a pod oczami cienie jak granice powiatów. To wtedy powiedziałem: Nie mogę już z tobą być, nie wzbudzasz już we mnie nic poza współczuciem i smutkiem.
Dwa lata po rozstaniu znowu ją spotkałem. Szedłem sobie przez Nowy Świat i nagle ona. Ta sama Agnieszka, którą kiedyś wszyscy podziwiali, teraz znowu wygląda jak królowa. Piękna sukienka, włosy kręcone i rozpuszczone, figura znowu boska! Wyrosła na nowo, jakby była jakimś polskim Feniksem z popiołów. To ona wychowała nasze dwa dzieciaki wychowała je sama, choć przecież to nie było jej marzeniem.
Dopiero teraz mnie oświeciło, iż w tamtym okresie Agnieszka w ogóle nie miała czasu ani sił na dbanie o siebie. Całą energię pakowała w dom, dzieci, gotowanie obiadu składającego się z trzech dań pod koniec miesiąca, kiedy pieniądze schodziły do zera A ja się dziwiłem, iż nie chodzi na paznokcie, podczas gdy ona ledwo miała czas się wykąpać. Czasem zostałem z bliźniakami sam na dwie godziny i po wszystkim wyglądam gorzej niż poseł po nocnym głosowaniu. A ona dzień w dzień ogarniała dzieci, zakupy, sprzątanie i jeszcze udawała, iż jej nastrój git.
Nie zabierałem jej nigdzie, więc kiedy miała ubrać się w sukienkę czy założyć kolczyki? Do gotowania rosołu? Jasne Dziś widzę, iż trochę pomogłoby jej to podreperować pewność siebie. Zamiast tego patrzyłem tylko na swoje potrzeby i jeszcze narzekałem.
Minęły dwa lata i dopiero wtedy spojrzałem na nasze małżeństwo z dystansu. Zrozumiałem, iż przez ten cały czas Agnieszka dźwigała całą naszą rodzinę na własnych plecach, nie marudziła, nie żaliła się, zawsze mnie przytulała, jak wracałem do domu. To ona zbudowała nam dom, do którego chciało się wracać. Ja niestety byłem zbyt zapatrzony w siebie, żeby to docenić. Wystarczyło po prostu trochę jej pomóc, żeby miała czas dla siebie.
Byłem największym frajerem w Warszawie, który zgubił największy skarb, nie zdając sobie sprawy, iż ma go w domu. Tak mocno byłem przekonany o własnej racji, iż nie widziałem, ile krzywdy robię jej i dzieciom i tym samym zrujnowałem naszą rodzinę.
Teraz, kiedy patrzę na Agnieszkę, chcę ją odzyskać. Ale nie jestem pewien, czy potrafi mi wybaczyć taki numer. Spróbuję jeszcze z nią porozmawiać, chociażby po to, by mieć kontakt z dziećmi bo przez własną głupotę już przegapiłem dwa lata ich życia. Teraz Agnieszka ma tylu adoratorów, iż mógłby jej zazdrościć Jacek Kurski na balu w Operze Narodowej, ale do siebie nie dopuszcza nikogo. Wygląda na to, iż to ja zostawiłem w niej największą bliznę. I choćby nie wiem, jak żyć z tą kombinacją żenady i ogromnej winy.












