Minęły dwa lata od tamtego dnia, a ja znów ją spotkałem. Na chodniku przede mną szła piękna kobieta, na widok której serce mi zamarło. W jednej chwili rozpoznałem w niej moją byłą żonę, Justynę tę samą, za którą niegdyś wszyscy mężczyźni obracali głowy.
Po ślubie przestałem poznawać własną żonę. Stała się jedną z tych kobiet z tłustymi włosami przyklejonymi do głowy, chodzącą po domu w ogromnych t-shirtach. Nie widziałem jej już w sukienkach, które podkreślałyby sylwetkę, ani w eleganckiej bieliźnie.
Po ślubie Justyna zaczęła zakładać w domu niekończące się worki: obszerne koszulki, szerokie spodnie. Zaniedbała siebie. Przestała chodzić na manicure, przestała się malować. O ćwiczeniach nie wspominając brzuch po ciąży nie zniknął, cellulit wręcz się powiększył.
Przez te dwa lata wspólnego życia zmieniła się w zupełnie inną osobę. Przybierała na wadze, a ubrania stawały się coraz większe. Kiedy sugerowałem jej, żeby spojrzała w lustro, obrażała się i przestawała ze mną rozmawiać.
W końcu zrozumiałem, iż kochałem tę Justynę sprzed ślubu, a teraz mieszkałem z kimś zupełnie innym. Dawna Justyna była pełna pasji, pogodna, piękna moi koledzy zazdrościli mi, iż taką kobietę zdobyłem. Po tych wszystkich przemianach przestała mnie interesować jako kobieta, a kiedy na nią patrzyłem, czułem jedynie smutek.
Ostatni obraz, jaki o niej miałem, to Justyna w wyciągniętym, szarym t-shircie z plamami od mleka, w luźnych spodenkach, przez które przebijała się pomarańczowa skórka. Włosy w roztrzepanym kokie, niesforne pasma odstające na wszystkie strony. Na twarzy permanentny smutek i wielkie cienie pod oczami.
Tej nocy powiedziałem Justynie, iż nie mogę już z nią być wzbudzała we mnie tylko litość i żal, nie miłość.
Dziś, po dwóch latach, spotkałem ją ponownie. Po jednej stronie ulicy szła olśniewająca kobieta serce zabiło mi mocniej. Rozpoznałem moją byłą Justynę, tę, której kiedyś zazdrościli mi wszyscy. Miała na sobie elegancką sukienkę, włosy rozpuszczone, lekko kręcone, trzymała głowę wysoko. Zdumiewające, jak bardzo schudła z brzydkiego kaczątka na powrót stała się królową. Królową, która wychowała naszą dwójkę dzieci.
Dopiero teraz zrozumiałem, iż wcześniej Justyna nie miała po prostu czasu ani siły, by zadbać o siebie. Całą swoją energię poświęcała temu, by w domu panował spokój i komfort, a dzieci miały poczucie bezpieczeństwa. Nie interesowało mnie wtedy, ile wysiłku to ją kosztuje, nie widziałem, dlaczego nie ma już siły na kosmetyczkę czy siłownię.
Kiedy czasem zostawałem sam z bliźniakami, byłem wykończony po dwóch godzinach. A ona nosiła je całymi dniami, sprzątała mieszkanie, gotowała, a potem jeszcze próbowała poświęcić mi czas. W ferworze codzienności nie miała choćby kiedy pomalować paznokci czy pójść na fitness. Powinienem był wtedy zrozumieć, iż jej ciało po ciąży potrzebuje czasu w regenerację, a nie wymagać natychmiastowego powrotu do dawnej sylwetki.
Nie chodziliśmy nigdzie, żeby mogła założyć biżuterię albo ładną sukienkę; noszenie ich w czterech ścianach było po prostu niewygodne… To też moja wina, iż nie stworzyłem okazji, by mogła wyglądać tak, jak kiedyś.
Dopiero dwa lata później byłem w stanie spojrzeć na ten związek z dystansu i zrozumieć, iż przez cały ten czas to ona niosła cały dom na swoich barkach. Nigdy nie robiła mi wyrzutów, zawsze czekała, aż wrócę z pracy, nigdy się nie gniewała. To ona stworzyła dla mnie dom, do którego chciało się wracać a ja zorientowałem się za późno. Wystarczyło tylko, żebym jej pomógł zawczasu. Wtedy miałaby więcej czasu, by zadbać o siebie.
Byłem prawdziwym głupcem, tracąc skarb i nie zdając sobie z tego sprawy.
Byłem tak przekonany o własnej racji, iż nie interesowało mnie ani jej życie, ani życie naszych dzieci przez to wszystko zniszczyłem.
Teraz patrzę na nią i chciałbym ją z powrotem, ale nie wiem, czy Justyna kiedykolwiek będzie w stanie mi wybaczyć. Będę próbował z nią rozmawiać i odbudować choć trochę jej zaufanie, przynajmniej po to, by móc uczestniczyć w wychowaniu naszych dzieci bo i tak straciłem już dwa lata z ich życia
Dziś Justyna ma wokół siebie mnóstwo adoratorów, ale nikogo do siebie nie dopuszcza; chyba to ja zraniłem ją najmocniej. I teraz nie wiem, jak poradzić sobie z poczuciem wstydu i winy po tym, co zrobiłemPodszedłem bliżej, a ona spojrzała na mnie obojętnym wzrokiem. Przez krótką chwilę zdawało mi się, iż w jej oczach pojawił się cień dawnej czułości ale równie gwałtownie zniknął.
Cześć, Justyna wydusiłem, nie wiedząc, co jeszcze powiedzieć.
Skinęła głową i uśmiechnęła się lekko, jakby do starego znajomego. Jej pewność siebie i spokój były dla mnie najlepszą odpowiedzią. Minęła mnie, zostawiając za sobą zapach perfum i pewność, iż dziś to ona jest silniejsza. Zrozumiałem, iż moja szansa już minęła.
Patrzyłem, jak odchodzi, w andrzejszym świecie bez mnie, ale lepszym. Może już nigdy nie będziemy razem, ale w tej jej nowej sile odnalazłem iskierkę nadziei, iż kiedyś mi wybaczy. Że będę mógł być dla dzieci lepszym ojcem, niż byłem mężem.
A Justyna po prostu szła dalej, z wysoko uniesioną głową wolna, piękna, nie do zdobycia. I ta świadomość bolała bardziej niż wszystko, co straciłem.
Wtedy zrozumiałem najważniejsze: czasem człowiek rozumie, co miał, dopiero gdy to utraci na zawsze. I nie zawsze ma drugą szansę.










