Mieszkała u nas, w sąsiednim Wielisławowie, zaraz przy samej rzece, dziewczyna jedna. Nazywała się Bogusia. Taka cicha, niezauważalna. Są tacy ludzie niby są, a jakby ich nie było. Chodziła zawsze ze spuszczonym wzrokiem, cienki warkoczyk, jasny, popielaty, apaszka sprana. Pracowała na poczcie, listy sortowała i emerytury roznosiła po wiosce.
Nikt na Bogusię uwagi nie zwracał. Nasi chłopcy, to jak koguty muszą mieć barwną, głośną dziewczynę, żeby charakter było widać. A ona No cóż.
Tej wiosny przysłali do naszego PGR-u nowego mechanika. Miał na imię Andrzej. Wysoki, barczysty, czarny jak smoła kosmyk na czole i figlarne oczy. A do tego harmonista. Jak wieczorem pod remizę przyszedł, rozciągnął harmonię wszystkim dziewczynom serca zamierały. choćby Bogusi zabiło mocniej. Tak mocno, iż zupełnie rozum jej odebrało.
Ale jej, szarej myszce, co do takiego jastrzębia? Dookoła niego najładniejsze dziewczyny kręciły się jak bluszcz, a ona tylko z daleka patrzyła i wzdychała, aż mi się serce ściskało od patrzenia na nią.
Aż, słuchajcie, zaczęły się rzeczy dziwne dziać na naszej wsi.
Do Bogusi zaczęły przychodzić listy. Z miasta. Koperty grube, eleganckie, pismo silne, męskie, szerokie. A iż sama listy roznosiła, to pierwsza je widziała. Ale długo tajemnicy się nie ukryje nasza starsza listonoszka, ciotka Zosia, zaraz plotkę rozniosła:
No i patrzcie nasza cicha ma romans! Miastowy do niej pisze, często! Pewnie o ślub poprosi!
A Bogusia zrobiła się tajemnicza, policzki się rumieniły, oczy błyszczały, choćby wypiękniała. Plecy wyprostowała, warkocz przepasała atłasową wstążką. Szła ulicą z kopertą w ręku niczym z orderem.
I Andrzej zaczął patrzeć w jej stronę. Bo to już wiadomo, jak facet widzi, iż kobieta się komuś podoba, to samemu się robi ciekawie.
A Bogusia biedna coraz głębiej w to wszystko popadała. Siadała czasem na schodkach poczty, czytała list, uśmiechała się do czegoś swojego, a ludzie szeptali: „Ale jej się poszczęściło, taka niepozorna!”
Aż tu nagle wydarzyło się coś, jak burza z jasnego nieba, i to bolesne.
Było święto. Pod remizą tłum, harmonia gra, młodzi tańczą. Bogusia też przyszła, odświętna, w nowej sukience z kretonu. Torba przez ramię.
Podbiegli do niej miejscowi rozrabiacy, bracia Grzelakowie, już nieźle podpici. Chcieli sobie pożartować, szarpnęli za torbę. Pasek, stary, pękł, torba upadła, rozchyliła się, a z niej wysypało się całe dziewczęce dobro. I paczka tych listów, przewiązana wstążką.
Jeden z braci, Staszek, złapał paczkę i zaśmiał się:
No, ludzie! Poczytajmy, co tam jej kawaler z miasta wypisuje!
Bogusia rzuciła się do niego blada jak ściana:
Oddaj! Nie waż się!
Ale gdzie tam! Staszek zwinnie uskoczył, wyciągnął jeden list i zaczął czytać na głos, przez całą remizę.
„Moja kochana Bogusiu! Twoje oczy jak jeziora błękitne”
Zrobiło się cicho, ludzie słuchają, bo piękne to było. Ale zaraz Staszek się zaciął, odwrócił kartkę, sięgnął po kolejny list taki pomięty, zapisany wte i wewte. Przystawił pod światło nad wejściem, zmrużył oczy.
Ej, wy, patrzcie! To jest dopiero numer!
Machnął kartką nad głową:
Tutaj wszystko powykreślane! Najpierw: Witaj, Bogusiu kochana przekreślone, niżej: Cześć, ukochana moja znów grubo przekreślone! Toż to brudnopis! Siedziała i sama sobie pisała sama poprawiała!
I rozległ się taki śmiech, iż aż liście z brzóz posypały się na ziemię.
Sama ze sobą się koresponduje!
To dopiero numer! Narzeczonego sobie wymyśliła!
Bogusia stała pośrodku, twarz w dłoniach, całym ciałem drżała. Taki to był wstyd… Uciec by się chciało, zniknąć, schować.
Sam byłem wtedy młody, zgłupiałem, nie wiedziałem jak pomóc, tylko bezradnie na nią patrzyłem.
Nagle zamilkła harmonia.
Andrzej, który do tej pory siedział na ganku z harmonią, odłożył instrument. Wstał. Powoli zszedł, rozstąpili się, bo w oczach miał coś takiego, ciężkiego, twardego.
Podszedł do Staszka. Milcząco odebrał mu te listy. Staszek choćby nie pisnął, tylko zbladł.
Andrzej pozbierał rozrzucone koperty z ziemi, otrzepał z kurzu. Podszedł do Bogusi. Ona ciągle dłońmi zakrywała twarz, skulona w sobie.
Wziął ją pod łokieć delikatnie, ale pewnie i powiedział głośno, dla wszystkich:
Z czego się śmiejecie, gapy? Nigdy nie widzieliście człowieka?
Potem cicho do Bogusi:
Chodź, Bogusia. Odprowadzę cię do domu. Już ciemno.
I poszli razem. Przez tłum, przez nagłą, ostrą ciszę, w której wstyd dzwonił jak szkło. Szli: on wyprostowany, dumny, w jednej ręce jej torba z tymi nieszczęsnymi listami, drugą obejmował ją pod ramię.
Od tego wieczoru wszystko się zmieniło. Nie od razu długo Bogusia unikała spojrzeń. Ale Andrzej był wytrwały, nie odstępował jej na krok, czekał pod pocztą. Po pół roku była już ich wesele.
Żyli jak w bajce. Andrzej świata poza żoną nie widział, dbał o nią jak o skarb. Bogusia wypiękniała, przyszło jej władanie domem, urodziła mu trzech synów. I nikt już we wsi nigdy nie drążył tamtej sprawy. Andrzej miał taki wzrok, iż gaduły milkły w pół słowa.
Lata minęły. Trzy lata temu Andrzeja zabrakło serce. Bogusia zupełnie przygasła beż niego. Zaglądam do niej teraz często ciśnienie zmierzyć, herbaty się napić.
Pewnego jesiennego wieczoru siedzieliśmy razem w izbie. Deszcz dzwonił o dach, polana trzaskały w piecu. Bogusia grzebała w starym kredensie, wyjęła drewnianą szkatułkę, rzeźbioną Andrzej sam ją kiedyś zrobił.
Otworzyła ją, a tam te właśnie listy. Podniszczone, pożółkłe koperty.
Wiesz, Wandziu powiedziała do mnie przez łzy myślałam, iż on je wtedy wyrzucił. Albo spalił. Wstydziłam się pytać. Całe życie wstydziłam się tej głupoty.
Sięgnęła po górny list, a pod nim karteczka w kratkę. Jeszcze świeża, nie pożółkła, jakby niedawno napisana, może ze dwa miesiące przed śmiercią Andrzeja.
Bogusia nałożyła okulary, czyta, a łzy spływają jej po policzkach.
Podała mi: Przeczytaj, Wandziu. Oczy mi już nie służą.
Biorę, rozszyfrowuję krzywy charakter pisma:
Bogusiu, moja. Znalazłem właśnie tę szkatułkę, przełożyłem. Przepraszam cię, stary głupcze ze mnie, iż milczałem te wszystkie lata. Widziałem, jak wstydziłaś się tamtej historii i nie chciałem rozdrapywać ci ran. A teraz żałuję, iż milczałem. Trzeba było powiedzieć ci już wtedy, żebyś kamienia w sercu nie nosiła. Ja przecież, zaraz wtedy, pod remizą, wiedziałem, iż sama pisałaś te listy. Twój charakter pisma znałem z pokwitowań. Wiesz, czemu nie śmiałem się wtedy? Bo mi serce pękło. Pomyślałem: jak bardzo trzeba być samotnym, żeby samemu sobie pisać czułe słowa? I jak ślepi byliśmy my, faceci, iż nie widzieliśmy takiej duszy. Dzięki tym listom, Bogusiu, zawdzięczam szczęście. Gdyby nie one, może przeszedłbym obojętnie. Dla mnie zawsze byłaś najpiękniejsza. Twój Andrzej.
I tak siedzieliśmy, rycząc jak bobry, w izbie pachnącej korwalolem, suszonymi jabłkami i miłością taką gorzką i prawdziwą, jakiej dziś już prawie nie ma.
Tak to już bywa, kochani moi. Kłamała z rozpaczy, żeby ktoś ją wreszcie zauważył. A on zobaczył nie kłamstwo, a ból, jaki się pod nim krył. I ogrzał ją. Przez całe życie ją ogrzewał.
Teraz patrzę na tę szkatułkę i myślę nie sądźcie tak surowo tych, co głupoty robią. Bo kto wie, jaka tęsknota za miłością ich do tego popycha?










