Słuchaj, opowiem Ci coś, co u nas się wydarzyło, jeszcze za mojej młodości. Mieszkała w naszej sąsiedniej wsi, tuż przy Wiśle, dziewczyna. Jadzia miała na imię. Taka cicha, niewyróżniająca się. Wiesz, są tacy ludzie niby są, a jakby ich nie było. Cały czas wzrok spuszczony do ziemi, jasny, cienki warkoczyk, bluzeczka sprana, apaszkę starą zawsze miała na szyi. Pracowała na poczcie listy sortowała, emerytury roznosiła.
Nikt na Jadzię specjalnie nie patrzył. Nasi chłopacy ze wsi, to jak koguty lubią, jak dziewczyna kolorowa, głośna, z charakterem. A Jadzia… taka była, wiesz, jak myszka szara.
Wiosną przyszło nowe do naszego PGR-u przysłali nowego mechanika. Staszek się nazywał. Wysoki, barczysty, czarne włosy, spojrzenie takie bystre, trochę łobuzerskie. A jeszcze grał na akordeonie! Wieczorami siadał pod świetlicą, zaczął grać, aż wszystkim dziewczynom serca topniały. I Jadzi też zabiło szybciej, może choćby za bardzo, bo rozum jej od tego odleciał.
No ale gdzie tam Jadzi, takiej zwykłej, do takiego gościa? Wokół Staszka najładniejsze dziewczyny się kręciły, a ona tylko z daleka patrzyła i wzdychała tak smutno, iż choćby mi jej szkoda było.
I wtedy, kochana, w wiosce zaczęły dziać się dziwne rzeczy.
Do Jadzi zaczęły przychodzić listy z Krakowa. Koperty śliczne, eleganckie, pismo męskie, mocne, pewne. Jadzia pracowała na poczcie, więc pierwsza je widziała, ale nie utrzymasz tajemnicy nasza naczelna listonoszka, ciotka Zosia, zaraz się rozgadała:
Hej, nasza cicha Jadzia romans ma! Miejski do niej pisze, często i ładnie! Pewnie żenić się z nią będzie!
Jadzia nagle zrobiła się tajemnicza, rumieńce na policzkach, oczy się jej świeciły. I nawet, wyobraź sobie, wypiękniała. Prosto szła, warkocz czerwono wstążką przewiązała. Idzie przez wieś z listem, jakby medal niosła.
Staszek też zaczął patrzeć. Jak to chłopy jak zobaczą, iż kobieta komuś potrzebna, to się zaraz sami interesują.
A Jadzia, biedulka, coraz bardziej się w to wkręcała. Siedziała czasem na schodach przed pocztą, czytała te listy, uśmiechała się do swoich myśli. A baby w wiosce szeptały: „Farciara, chociaż taka niepozorna”.
I nagle, pewnego wieczoru, bum! Wszystko wyszło na jaw, jak grom z jasnego nieba. Była zabawa, ludzi co niemiara, muzyka grała, młodzi tańczyli. Jadzia też przyszła, elegancka, w nowej sukience w kwiatki. Torebeczkę przez ramię przewieszona miała.
I podeszli do niej miejscowi łobuziaki, bracia Nowaccy już trochę po piwie. Chcieli się pośmiać, szarpnęli za torebkę. Pasek stary, pękł od razu, torebka spadła, a z niej wszystko się posypało, cała babcia Jagusia. A wśród tego paczka tych słynnych listów, przewiązana wstążką.
Jeden z braci, Romek, porwał te listy, rechocze:
No ludzie, czytamy, co ten jej kochanek z Krakowa wypisuje!
Jadzia podbiega, blada jak ściana:
Oddaj, nie wolno!
Ale gdzie tam, Romek cwaniak, odskoczył, wyjął list z koperty i zaczął czytać głośno, na całą wieś:
„Moja droga Jadziu! Twoje oczy są jak niebieskie jeziora…”
Wszyscy się zasłuchali, napięcie czuć. A potem Romek się zająknął. Obrócił kartkę, wyciągnął inną pomiętą, zapisaną od góry do dołu, przekreślone całe wersy. Przysunął ją pod światło od lampy:
Patrzcie, ludzie! Ale beka! ryknął. Tu wszystko przekreślone! Najpierw: „Witaj, Jadzinko moja”, potem przez całą stronę tłuste kreski, pod spodem: „Cześć, ukochana moja”. I znowu przekreślone! To przecież brudnopis! Ona sama pisała do siebie i poprawiała!
I taki śmiech się poderwał, jakby całe sołectwo się rozkrzyczało.
Sama sobie listy wypisuje!
Wesela nie doczekała, to sobie wymyśliła!
Jadzia stała w środku tego koła, twarz w dłoniach schowała, cała się trzęsła. Wstyd taki, iż człowiek by się pod ziemię zapadł. Ja byłam wtedy młoda, zamurowało mnie, stałam i tylko oddychać nie mogłam.
Nagle muzyka ucichła.
Staszek, który siedział z akordeonem na progu, odłożył instrument. Powoli podszedł. Ludzie się rozstąpili w oczach miał taki cień, twardy jak skała.
Podszedł do Romka. Bez słowa wyjął mu te listy z rąk, Romek choćby się nie odezwał, tylko odwrócił wzrok.
Staszek zebrał z ziemi porozrzucane koperty, otrzepał z piachu. Podszedł do Jadzi. Ona wciąż nie odsłaniała twarzy, skurczyła się cała.
A on wziął ją za łokieć delikatnie, ale stanowczo i mówi głośno, tak, żeby wszyscy usłyszeli:
Z czego się śmiejecie, hej? Człowieka nigdy nie widzieliście?
A do niej już cicho:
Chodź, Jadzia. Odprowadzę cię. Już ciemno.
I odeszli. Przeszli przez milczącą, zawstydzoną wieś. On szedł dumnie, trzymał jej torebkę i listy w jednej ręce, drugą asekurował ją przy łokciu.
Od tego dnia zaczęło się między nimi. Nie od razu, Jadzia długo unikała ludzkich spojrzeń. Ale Staszek nie odpuszczał. Odprowadzał z pracy, chodził za nią z kwiatami. Po pół roku mieli wesele.
Żyli zgodnie jak w bajce. Staszek szalał za nią, nie pozwalał na nią krzywo spojrzeć. Jadzia wypiękniała, zaradna gospodyni, troje synów mu urodziła. I nigdy już nikt we wsi nie wspomniał o tej historii. Staszek miał taki wzrok, iż plotkarze milkli.
Minęło sporo lat. Staszka już nie ma od trzech lat serce mu wysiadło. Jadzia, czyli Jadwiga, zupełnie opadła bez niego. Zaglądam do niej, ciśnienie jej mierzę, kawę razem pijemy.
Pewnego dnia usiadłyśmy w jej izbie. Jesień, deszcz dudni o dach, w piecu trzaskają polana. Jadzia grzebie w komodzie, wyciąga drewniane pudełeczko Staszek je sam wyrzeźbił.
Otwiera, a tam… Te same listy. Pożółkłe, w starych kopertach.
Wiesz, Maryśka mówi do mnie łamiącym się głosem myślałam, iż on je wtedy wyrzucił, czy spalił. Wstydziłam się o nie zapytać. Całe życie wstydziłam się tamtego kłamstwa.
Sięga po wierzchnią kopertę, a pod nią kartka w kratkę. Świeża, nie pożółkła, widać niedawno pisana, pewnie miesiąc przed śmiercią Staszka.
Zakłada okulary, czyta, łzy jej po policzkach płyną.
Podaje mi: Przeczytaj, Marysia. Nic nie widzę.
Biorę, ledwo rozczytuję ten jego charakter pisma:
Moja Jadzinko. Znalazłem to pudełko, znów je przełożyłem. Przepraszam Cię, iż tyle lat milczałem. Widziałem, jak się tej historii wstydzisz, nie chciałem wyciągać, rozdrapywać. Dziś myślę, iż trzeba było powiedzieć, żebyś nie dźwigała tego kamienia w sercu. Od razu, tamtego dnia pod świetlicą, wiedziałem, iż sama sobie pisałaś. Poznałem Twój charakter pisma z potwierdzeń na poczcie. Wiesz, czemu się nie śmiałem? Bo mi serce pękło z żalu. Pomyślałem sobie jak trzeba być samotną, żeby samej sobie pisać miłe słowa? I jak my, chłopy, jesteśmy ślepi, iż takiej dobrej duszy nie widzieliśmy wcześniej. Dziękuję ci za te listy, Jadzia. Gdyby nie one, chyba bym przeszedł obok swojego szczęścia. Dla mnie zawsze byłaś najpiękniejsza. Twój Staszek.
Siedziałyśmy wtedy i płakałyśmy jak dzieci. Pokój pachniał ziołami, suszonymi jabłkami i taką prawdziwą, przejmującą miłością, jakiej dziś już mało kto doświadcza.
Widzisz, jak to jest. Kłamała z rozpaczy, żeby ktoś ją dostrzegł. A on nie zobaczył tego kłamstwa, tylko ból, który się za nim krył. I ogrzał tę duszę, przez całe życie ogrzewał.
Teraz jak widzę to pudełko, to myślę: nie oceniaj ludzi surowo za głupstwa. Bo któż wie, jak bardzo pragną, żeby ktoś ich pokochał.











