Miejsca spotkań (nie)oczywiste…
Mimo iż na „Facebook-owym” koncie znajomych ponad pół tysiąca, to nijak nie idzie
się spotkać ze wszystkimi tak twarzą w twarz. Gdyby tak z każdym codziennie
spotkać się wypadło, zajęło by to prawie dwa lata. Oczywiście z częścią tych
„fejsowych” znajomych spotykać się jest dane częściej, bo to i sąsiad i znajomy z
pracy i rodzina bliska także. A tak to z resztą znajomych raz „lajk”, raz serduszko,
czasem komentarz, a w ekstremalnym przypływie potrzeby bliższego kontaktu zdarzy
się krótka rozmowa dzięki komunikatora…
I tak wyrwawszy się z nad ekranu telefonu poprzedniej soboty, koniecznością
zakupu pary kaloszy zmuszony, trafić na targ, ot akurat w Rejowcu Fabrycznym,
dane było. Targ nieduży, kameralny… tu stoisko z butami, tu z portkami, tu i młotek,
tu śrubokręt można kupić, a tam dalej schab i szynkę. I rozmowy zewsząd słychać…
A to kupiec jeden z drugim po mrozach pierwszy raz obok siebie stragan
rozłożywszy, nadrabiają zaległości w wiadomości wymianie. A to panie starsze dwie,
przy wyborze nasion, doświadczenia z kwiatków sadzenia przekazują. Dalej zaś
przecisnąć trochę będzie się trzeba, bo oto dwaj wiekowi emeryci czasy pracy w
cementowni wspominają i o prawnukach rozprawiają… Tak mimochodem obserwując
te ludzkie spotkania, co też do pisania tego impuls dały, zatęsknić mi przyszło za
kontaktem zwykłym, ludzkim, prostym, czystym, w miejscu takim na spotkania
właśnie (nie)oczywistym. Bo na te spotkania i stolik w restauracji rezerwowany być
nie musiał, a i czas specjalnie poświęcony nie był. Zdarzyły się, ot tak, przypadkiem i
bez umawiania, bez telefonowania… Wspomnieniami cofać mi się zdarza do czasów
zamierzchłych, gdy bez informacji zaanonsowanej telefonem z pytaniem o możność
spotkania, w pociąg się wsiadało, na drugi koniec kraju jadąc… I wspominam jak to
na ławeczkach wioskowych przy płocie stawianych, wieczorową porą spotkania
nieumawiane codziennością były… I na stacji kolejowej, i sklepie przyjezdnym, i
rampie mleczarni i gruszy przed domem… Miejsca to spotkań były z tych
(nie)oczywistych… I zniknęły one jakoś tak niepostrzeżenie, zamiast ławek tuje
strzeliste a i grusza owoców już nie rodzi jak kiedyś… Płot też jakiś taki… Kiedyś
drewniany i o wysokości wygodnej by ramiona oprzeć można było na nim i pogadać z
sąsiadem i o tym i o tamtym. Dziś płot ostrzem grota wrogo zakończony, oparciu
ramion nie posłuży, bo też i za wysoki…
Wrócę niebawem na ten targ niewielki, może kupię wiertło, może parę kapci, a może
nic nie kupię, tylko znów posłucham i popatrzę, tak z nostalgią, z zatrzymaniem…. za
rozmową zwykłą, ludzką tęskniąc… Kończę zatem już to moje pisanie, choć już
wieczór nastał to wyjdę z domu, na spacer, bez telefonu…
Kto wie, może i mi w miejscu (nie)oczywistym zdarzy się jakieś spotkanie…
