Między życiem a tym, co po nim – Marek Szwedowski o przemijaniu, stracie i nadziei

glosseniora.pl 5 godzin temu
Zdjęcie: Marek Szwedowski


Psychologia Przejścia to projekt poświęcony tematom, które są ważne dla wszystkich człowieka, choć nie zawsze łatwo o nich rozmawiać. W kolejnych artykułach, wywiadach, spotkaniach i rozmowach z ekspertami będziemy wspólnie przyglądać się zagadnieniom związanym ze zmianą, stratą, przemijaniem, pamięcią o bliskich oraz poszukiwaniem sensu i wewnętrznego spokoju. Na początek zapraszamy do rozmowy o psychologii przejścia z jasnowidzem i medium, panem Markiem Szwedowskim, który podzieli się swoim spojrzeniem na zagadnienia związane z przemijaniem, stratą i duchowym wymiarem ludzkiego doświadczania.

Od prawej: Łukasz Salwarowski, Marek Szwedowski, Iwona

Pana droga jako jasnowidza i medium rozpoczęła się już w wieku 14 lat, po doświadczeniu śmierci klinicznej. Co się wtedy adekwatnie wydarzyło i jak to doświadczenie zmieniło bądź wpłynęło na Pana życie?

To odległa historia, ale wiem, iż pozostanie ze mną na zawsze. Miałem 14 lat i mieszkałem w Laskach pod Warszawą. Bardzo bolała mnie głowa, zacząłem tracić przytomność. Lekarka stwierdziła zapalenie opon mózgowych. Nie było wiadomo, czy wirusowe, czy ropne. Trafiłem do szpitala Dzieci Warszawy przy Siennej, gdzie wykonano punkcję. Lekarz powiedział mamie, iż przy wirusowym zapaleniu mam szansę przeżyć, choć z możliwymi powikłaniami. Przy ropnym powinna przygotować się na najgorsze. Byłem nieprzytomny. Kiedy wbijano mi igłę w kręgosłup, usłyszałem w głowie trzask, palące się w kominku. Nagle zobaczyłem siebie na stole zabiegowym i usłyszałem: „Panie doktorze, on nam ucieka”.

Zacząłem unosić się do góry. Sufit się rozpłynął i znalazłem się na przepięknej łące. Nic mnie nie bolało, czułem niezwykłą lekkość. Podszedł do mnie ktoś, kogo określiłbym jako mnicha, i powiedział: „Nie teraz. Znowu na dole błąd popełnili, wracaj”. Zapytałem: „Gdzie? O co chodzi?”. Odpowiedział: „Masz tyle do roboty”. Po chwili usłyszałem: „Panie doktorze, mamy go”. Wróciłem do ciała i przez kolejne trzy dni byłem nieprzytomny. Badania wykazały ropne zapalenie opon mózgowych, a lekarz adekwatnie nie dawał mi szans. Mama była osobą bardzo wierzącą, choć nie fanatycznie. Zaczęła się intensywnie modlić. Po latach opowiedziała mi, iż zobaczyła wtedy światło, jakby ktoś skierował w jej stronę latarkę, i usłyszała: „Będzie żył, ale dla mnie”. Powiedziała tacie: „Marek będzie żył”.

Po trzech dniach się obudziłem. Rozglądam się, widzę szybę, drzwi i słyszę: „Marek ma zapalenie opon mózgowych”. Wołam więc: „Opony koledzy podpalili, ja nie! Proszę mnie wypuścić!”. Zupełnie nie rozumiałem, o czym mówią.

Kiedy wychodziłem ze szpitala, lekarz powiedział, iż nie ma po chorobie żadnego śladu. Nazwał to cudem. Późniejsze badania, między innymi RTG, również niczego nie wykazały. Samo przejście na drugą stronę było dla mnie najwspanialszym dniem w życiu. Tego doświadczenia adekwatnie nie da się opowiedzieć słowami. Z całą pewnością zmieniło mój sposób patrzenia na świat. Być może również te trzy dni nieprzytomności sprawiły, iż coś we mnie się zmieniło.

Czy osoby odchodzące są świadome tego przejścia?

Myślę, iż tak, bo sam byłem tego świadomy. Tyle iż wróciłem – można powiedzieć, iż nie dostałem jeszcze wizy na tamtą stronę. Ludzie odchodzą oczywiście w różnych okolicznościach – po ciężkiej chorobie, nagle, na ulicy czy w wypadku – i wtedy może to wyglądać inaczej. Ja miałem około 40 stopni gorączki, a mimo to pamiętam, iż kładą mnie na łóżku i słyszę lekarza mówiącego, iż czymś mnie posmaruje, żebym nie czuł bólu. Wiedziałem więc: jestem tutaj, coś się ze mną dzieje, za chwilę będzie zabieg. Sam moment wkłucia, trzask i wychodzenie z ciała był niezwykle wyraźny. Patrzysz na siebie z góry i wszystko rozumiesz. Oczywiście jesteś zdezorientowany – masz 14 lat, a wtedy o takich doświadczeniach adekwatnie się nie mówiło. Widzę siebie na dole, ktoś mówi: „On ucieka”, a ja myślę: „To mnie łapcie!”. Zatem u mnie ta świadomość była bardzo intensywna.

Czy zmarli są w jakiś sposób przy nas na co dzień? Dają nam znaki?

Tak, tak właśnie uważam. Niecałe dwa lata temu zmarła moja mama i również mam poczucie, iż dawała mi różne znaki. Z własnych doświadczeń i historii innych osób wiem, iż czasami dzieją się rzeczy trudne do racjonalnego wyjaśnienia – światło samo się zapala, coś się przesuwa, pojawia się charakterystyczny sygnał. Odbieram to jako próbę powiedzenia: „Jestem. Istnieję. Nie martw się”.

Po stracie często pogrążamy się w rozpaczy. Żałoba jest żałobą bez względu na wiek osoby, która odeszła. Po prostu zaczyna nam jej brakować. Jednocześnie, kiedy znak się pojawia, często sami się go boimy. Zapytałem kiedyś znajomą: „Co byś zrobiła, gdybyś zobaczyła swoją zmarłą mamę?”. Odpowiedziała: „O nie, w życiu!”. Pytam: „A jaka była twoja mama?”. „Cudowna”.
I w tym jest paradoks. Tęsknimy za człowiekiem, a jednocześnie boimy się możliwości ponownego doświadczenia jego obecności.

A jakie znaki nam dają?

Mogą być bardzo różne. Czasami to światło, które samo się zapala. Mieszkam w domu kupionym od znajomego, którego brat zmarł. Pewnego dnia siedziałem w pokoju i światło zaczęło mrugać. Mam to choćby nagrane telefonem. Powiedziałem: „Jeżeli jesteś tutaj, zapal światło”. I bach – zapala się. Mówię: „Dobrze, a teraz je zgaś”. I gaśnie. Rozpoczęła się więc bardzo nietypowa rozmowa dzięki światła. Ale mogą być też pukania, stuknięcia, przesuwające się przedmioty, choćby zdjęcie ślubne.

Zdarzają się również subtelniejsze sytuacje. Pewna kobieta siedziała na balkonie pogrążona w ogromnym smutku, adekwatnie w rozpaczy. Nagle przyleciały dwa motyle i usiadły jej na ramieniu. Takich znaków może być wiele. Problem w tym, iż w codziennym pośpiechu często ich nie zauważamy.

Która historia związana z Pana zdolnościami była najbardziej szokująca również dla Pana?

Nie wiem, czy użyłbym słowa „szokująca”. Jedną z najbardziej wzruszających i przejmujących historii było odnalezienie grobu ponad 30 żołnierzy wyklętych w Grotkowie koło Opola. Poproszono mnie o pomoc w odnalezieniu żołnierzy zamordowanych podczas operacji „Lawina” – chodziło o oddział „Bartka” Flamego. Jest tam ogromne poniemieckie lotnisko, zarośnięty teren, stare bunkry i krzaki. Można chodzić godzinami. Przyjechałem, zobaczyłem pewne pole, stanąłem i powiedziałem: „Oni tu są”. Po prostu ich widziałem, jakby stali przede mną. Rozpoczęły się poszukiwania i zaczęto odnajdywać pierwszych pomordowanych. Później spotkałem się z ich rodzinami. Niezwykle poruszające było widzieć wdzięczność ludzi, którzy po tylu latach odzyskali swoich bliskich. Byli tam choćby bracia Golec, ponieważ ich ciotka również została zamordowana jako młoda dziewczyna związana z partyzantką. Powstał o tym film „Odkrywanie prawdy”. Pamiętam też mszę, podczas której widziałem tych żołnierzy, jak salutowali. choćby po latach wciąż mnie to wzrusza. To obraz, który już zawsze będzie ze mną.

Czy zmarli mają względem żyjących wyłącznie dobre intencje?

Myślę, iż wiele zależy od relacji, jakie łączyły ludzi za życia. Jedna kobieta żyła z mężem przez 30 lat. Czasami żartuję, iż nie wiem, po co, bo był to człowiek, którego lubiła cała wieś – poza własną żoną. Kiedy zmarł, na pogrzeb przyszło mnóstwo kobiet, a żona sama bała się tam pojawić. Ich relacja była bardzo trudna. Potrafił być wobec niej bardzo zły i powtarzał, iż kiedy umrze, nikt już do niej nie przyjdzie i choćby remontu sobie nie zrobi. Po jego śmierci wymieniła okna – nowe szyby nagle popękały. Później poznała innego seniora. Kiedy szedł do niej po schodach, przewrócił się, rozbił głowę i złamał nogę. choćby do niej nie dotarł. W końcu napisała do mnie, żebym jej pomógł.

Jeżeli relacje były dobre i pełne miłości, mam poczucie, iż zmarli mogą nas wspierać. Przy bardzo trudnych relacjach może wyglądać to inaczej. Bywałem w domach, gdzie działy się naprawdę niepokojące rzeczy, łącznie z przemieszczaniem się przedmiotów. Mam choćby w internecie film „Demoniczny opiekun”. Ale to już inna historia i inna sfera.

Pisze Pan w swoich książkach o radiowym rejestrowaniu głosów osób zmarłych. Skąd ma Pan pewność, iż słyszy Pan głos zmarłego, a nie przypadkowy dźwięk, zakłócenie albo interpretację własnego mózgu?

To jedno z pytań, które słyszę najczęściej. Dla mnie najważniejsza jest interakcja. Załóżmy, iż mówię przez radio: „Krzysztof, o ile jesteś, odezwij się. Czy mnie słyszysz? Jestem Marek”. I słyszę: „Mów do mnie, Marek”. Pytam dalej: „Powiedz coś do mamy, żeby wiedziała, iż to ty”. Pada: „Mama, rower”. A siedząca obok matka mówi: „Wczoraj sprzedałam jego rower”. Wtedy przestaje to być dla mnie wyłącznie przypadkowym dźwiękiem.

Ludzie pytają też: „A może to przypadkowe słowa z audycji radiowej?”. Tylko czego jest w radiu więcej – słów czy muzyki? Muzyki. Tymczasem muzyka w takich nagraniach mi się nie pojawia. Pojawiają się słowa. Czasem korzystamy ze stacji anglojęzycznych, a nagle słyszymy polskie słowa. Siedziałem kiedyś z matką, której syn położył się spać i już się nie obudził. Zapytała, kogo spotkał po drugiej stronie. Pojawiła się informacja o dziadku i wspólnym graniu w szachy. Matka potwierdziła, iż rzeczywiście często razem grali. Później zapytałem przez radio: „Powiedz, jak tam u ciebie jest. Kogo spotkałeś?”. W nagraniu usłyszeliśmy: „dziadek”, „szachy”. Oczywiście człowiek może czasem usłyszeć to, co chce. Dlatego interesujące jest, kiedy nagrania słuchają trzy osoby, żadna nie zdradza swojej interpretacji, a wszystkie wskazują dokładnie to samo słowo. Wtedy pojawia się interakcja, a nie jednostronny monolog.

Albo słyszysz: „Kocham cię, Marysiu. Cieszę się, iż byłaś na moim grobie. Dziękuję za piękny wazon”. A kobieta odpowiada: „Tak, rzeczywiście taki wazon mu dałam”. Takie momenty utwierdzają mnie w przekonaniu, iż mamy do czynienia z komunikacją.

A czy wizje ograniczają się wyłącznie do obrazu, czy odczuwa Pan również zapachy albo charakterystyczne kolory?

Czasami pojawiają się inne odczucia, choć u mnie najważniejsze są słowa – to, co słyszę we własnej głowie. Zdarza się jednak, iż nagle czuję bardzo intensywny zapach perfum, a osoba obok mówi: „Przecież nasza ciocia pracowała w perfumerii. Zawsze mówiliśmy jej: pachniesz jak perfumeria”. Takie szczegóły potrafią być bardzo charakterystyczne.

Marek Szwedowski

Temat śmierci szczególnie dotyczy osób starszych, a jednak w rodzinach często się go unika. Dlaczego Pana zdaniem tak trudno nam rozmawiać o odchodzeniu i stracie?

Przede wszystkim śmierć nie jest wyłącznie tematem dotyczącym seniorów. Dotyczy wszystkich. Moment odejścia może przyjść w każdym wieku i w każdej chwili. Osobom starszym mówi się czasem: „Masz już tyle lat, jesteś bliżej”. Zawsze pytam: bliżej czego? Przecież nikt nie wie, kiedy ten moment nastąpi.

Kiedyś kulturowo byliśmy bardziej oswojeni ze śmiercią. Piszę o tym w swojej książce. Ludzie umierali w domu. Były świece, modlitwa, trumna, rodzina i sąsiedzi uczestniczyli w tym procesie. Dzisiaj przyjeżdża zakład pogrzebowy, zabiera ciało i czasami otoczenie choćby nie wie, iż ktoś odszedł. Wszystko odbywa się niemal incognito.

Kiedyś celebrowano nie tyle samą śmierć, ile moment odejścia. Pamiętam śmierć mojego ojca. Zmarł w domu. Przyszli sąsiedzi, zapaliliśmy świece i wspólnie się modliliśmy. Dzisiaj świat pokazuje głównie to, co kolorowe, atrakcyjne i przyjemne. „Spłaciłem kredyt, jestem wolny” – tylko można zapytać: wolny od czego? Śmierć odsuwamy na bok, a dopiero kiedy wydarza się tragedia, nagle staje się najważniejszym tematem.

Czy można psychicznie przygotować się do własnej śmierci albo śmierci bliskich?

Myślę, iż człowiek nigdy nie będzie w pełni przygotowany. To nie egzamin – chociaż do egzaminów również często nie jesteśmy przygotowani. Ważniejsze jest zrozumienie, iż śmierć stanowi integralną część życia. Bez względu na to, czy będziemy o niej myśleć, czy przed nią uciekać – ten etap kiedyś nastąpi.

Trzeba też w pewnym sensie zaufać. Wielu ludzi nie wierzy, iż istnieje dalsza droga czy „druga strona”. Tymczasem współczesny świat i media bardzo koncentrują się na high life – tym, co przyjemne, efektowne i piękne. W tym szalonym układzie przestaliśmy adekwatnie rozmawiać o śmierci. Odsunęliśmy ją od codzienności, tworząc pozorne poczucie komfortu. Tylko iż to nie jest prawdziwy komfort.

Co jest najtrudniejsze po stracie – tęsknota czy raczej nauczenie się życia w nowej rzeczywistości?

Myślę, iż jedno i drugie, bo bardzo mocno się ze sobą łączą. Tęsknota może być niewyobrażalna, szczególnie po ogromnej stracie. Niedawno spotkałem kobietę, której zmarła córka. Utonęła. Przejście przez coś takiego jest jak przejście przez piekło. Wchodzisz do pokoju: misie, zabawki, wszystko wygląda tak samo, tylko małej Marysi już nie ma.

Najpierw pojawia się żałoba, ogromny żal i pustka. Później czasami człowiek odpycha wszystkich: „Nikt mi nie pomoże. Wyjdź z tego domu. Muszę być sama. Ty i tak nie jesteś w stanie niczego zmienić”. A potem trzeba nauczyć się funkcjonować na nowo – wrócić do pracy, aktywności i ludzi. To bywa niezwykle trudne.

Otoczenie też czasem zaczyna taką osobę wyłączać z normalnego życia. Nie wiemy, jak się zachować ani co powiedzieć, więc jej unikamy. Dlatego ważni są ludzie potrafiący wspierać osoby w żałobie. W naszym stowarzyszeniu mamy terapeutkę, która właśnie w takich sytuacjach pomaga. Sam bardzo przeżyłem odejście mamy. Najpierw jest świadomość, iż człowieka już nie ma, a później trzeba żyć z myślą, iż rano nie podam mu kawy, nie usłyszę jego głosu. W przypadku dziecka nie powiesz już: „Coś ty znowu, Wojtuś, zrobił? Pani dzwoniła”. Zwyczajne sytuacje, które wcześniej były oczywiste, nagle stają się wspomnieniem. I właśnie to jest tak bolesne.

A kiedy żałoba przestaje być naturalnym procesem i wymaga już pomocy specjalisty?

Sygnałem alarmowym jest sytuacja, kiedy po wielu latach człowiek przez cały czas adekwatnie nie potrafi funkcjonować bez osoby, która odeszła. Widziałem kobietę, która po sześciu latach leżała na grobie i mówiła: „Zdziś, coś ty mi zrobił? Wróć”. Czasem zadaję wtedy trudne pytanie: „Nad kim adekwatnie płaczesz – nad człowiekiem, który odszedł, czy nad sobą i nad tym, iż teraz nie wiesz, co zrobić ze swoim życiem?”. To dwie różne rzeczy. Ludzie mówią: „Pan zobaczy, on wszystko płacił. Jak ja teraz mam żyć?”. I pojawia się pytanie, czy przez cały czas myślimy przede wszystkim o osobie zmarłej, czy już o własnym lęku przed przyszłością. o ile wierzymy, iż ten człowiek gdzieś istnieje, może warto przesłać mu coś dobrego – choćby modlitwę, a być może przede wszystkim modlitwę.

Problem zaczyna się, kiedy sami siebie psychicznie okaleczamy, powtarzając: „Nie dam sobie rady. Nie potrafię bez niego żyć”. Wtedy naprawdę warto skorzystać z pomocy specjalisty. Sam upływ czasu nie jest jedynym kryterium. Znam osoby, które po wielu latach przez cały czas nie pogodziły się ze śmiercią córki, męża czy żony. Najważniejsze jest to, czy człowiek stopniowo wraca do życia, czy pozostaje w pewnego rodzaju letargu.

Co powiedziałby Pan seniorowi, który bardzo boi się własnej śmierci albo śmierci kogoś bliskiego?

Powiedziałbym przede wszystkim: nie bój się. Coś na ciebie po tamtej stronie czeka. Bądź odważny. Mówię to niezależnie od poglądów politycznych, religijnych czy światopoglądowych. Można powiedzieć, iż wierzącemu jest łatwiej, niewierzącemu trudniej, ale rzeczywistość nie jest aż tak prosta. Najważniejsze, żeby nie podporządkowywać całego życia lękowi przed śmiercią. Żyjmy. A kiedy przyjdzie moment odejścia, dobrze mieć spokojne, czyste sumienie. Kiedyś mówiło się, iż jeżeli ktoś boi się śmierci, to pewnie ma wiele grzechów na sumieniu. Moim zdaniem to zbyt duże uproszczenie. Chodzi raczej o poczucie życiowego spełnienia. Wierzę, iż po coś tutaj przyszliśmy. Każdy ma jakieś zadanie. Moim jest pomaganie ludziom, Pani zadaniem jest między innymi przeprowadzanie takich rozmów. Nie możemy przez całe życie zastanawiać się, kiedy się ono skończy. Nie bójmy się tego, tylko róbmy swoje. Nie patrzmy bez przerwy w PESEL i nie pytajmy: jestem już bliżej czy jeszcze dalej? Tak można sobie odebrać euforia życia.

Dlatego powiedziałbym seniorom: nie martwcie się. Bądźcie dobrzy, pomagajcie innym i żyjcie tak, żeby kiedyś móc spojrzeć sobie w twarz i powiedzieć: zadanie wykonane.

Wspominał Pan o przejściu na drugą stronę. Czy Pana wizje pokrywają się z wizją chrześcijańską, według której istnieją piekło, niebo i czyściec? A może wygląda to inaczej?

To bardzo dobre pytanie. Jestem katolikiem, człowiekiem wierzącym i praktykującym. Dużo modlę się na różańcu i bardzo wiele zawdzięczam Matce Bożej. Moje doświadczenia w dużej mierze pokrywają się z chrześcijańską wizją życia po śmierci.

Czyściec postrzegam natomiast jako pewną formę oczyszczenia – przechodzenia przez kolejne etapy, rozumienie własnych decyzji i uświadamianie sobie, iż pewnych rzeczy być może nie należało robić. Nie jako dosłowne noszenie kamieni czy fizyczne kary. Mam raczej poczucie, iż po drugiej stronie życie w pewnym sensie przypomina to, które znamy tutaj. Piszę o tym w swoich książkach i takie obrazy pojawiają się w przekazach. Wielu świętych opowiadało o wizjach domów, ogrodów czy alei. Święty Jan Bosko, mój patron od dzieciństwa, również opisywał wizje alei, drzew i życia po drugiej stronie. Moje doświadczenia są więc w pewnym stopniu zbieżne z chrześcijańską wizją, ale nie chcę twierdzić, iż wszystko należy interpretować dosłownie. Do końca przecież nikt z nas tego nie wie.

Czy uważa Pan, iż można oszukać przeznaczenie?

Jak w tym filmie? Myślę, iż nie da się oszukać ani losu, ani Pana Boga. Czasami ktoś pyta: „Czy uważa Pan, iż jest gdzieś zapisane, ile mamy żyć?”. Być może tak. Lubię prosty przykład. Wyjeżdża pociąg z Warszawy do Krakowa. Wiadomo, skąd rusza i dokąd zmierza, natomiast wszystko, co wydarzy się po drodze, tworzy historię tej podróży. Być może podobnie jest z naszym życiem. Pewna trasa została wyznaczona, ale mamy wolną wolę i podejmujemy własne decyzje. Możemy pomagać seniorom, robić coś dobrego, ale możemy też zachować się zupełnie inaczej.

Jeśli chodzi o sam moment odejścia, często słyszymy: „Gdyby nie pojechał wtedy tym tramwajem, może przez cały czas by żył”. Być może uniknąłby tramwaju, ale wydarzyłoby się coś innego. Nie chcę tworzyć filmowych scenariuszy, ale mam poczucie, iż kiedy przychodzi określony moment, trudno przed nim uciec. Lekarz może powiedzieć: „Uratowałem panu życie. Podałem odpowiednie leki i dzięki temu może pan przez cały czas chodzić i funkcjonować”. Odpowiem: „Dziękuję, pomógł mi pan”. Ale mogę też myśleć, iż być może po prostu tyle czasu było mi jeszcze dane. Dlatego powiedziałbym: samego przeznaczenia być może nie da się oszukać, ale można dobrze wykorzystać życie, które mamy.

Dziękuję bardzo za wywiad.

Ja również bardzo dziękuję. Wszystkiego dobrego i dużo pogody ducha.

Wywiad w wersji audowizualnej (część 1) dostepny na: youtube.com/@GlosSenioraTV

Przeczytaj także: Jak radzić sobie ze stratą bliskiej osoby – przewodnik po etapach żałoby

Idź do oryginalnego materiału