Są takie dni, po których wychodzi się z sali z głową pełną sprzecznych myśli. Tak właśnie miałem po dzisiejszym Walnym MMKS Podhale.
Nie spodziewałem się cudów. Po latach podobnych zebrań człowiek nabiera dystansu. I rzeczywiście – było napięcie, były spory, nie przeszła zmiana statutu, podziały wcale nie zniknęły. Dużo kurtuazji, mniej konkretów. A jednak było też coś innego: próba rozmowy zamiast krzyku, mediacyjna rola prowadzącego obrady, deklaracje współpracy.
To były zmienne odczucia. I może właśnie w tej zmienności jest cień nadziei.
Ale jest też coś, czego nie da się przemilczeć.
Obecność na sali poprzedniego prezesa była czymś więcej niż formalnym faktem. To był policzek w twarz wszystkich tych, którzy wierzyli, iż przeszłość została oddzielona grubą kreską.
To właśnie okres jego prezesury jest początkiem problemów, z których klub próbuje się podnieść. To wtedy narastały napięcia, komplikacje organizacyjne i decyzje, których skutki odczuwamy do dziś.
I oto ten sam człowiek przychodzi na Walne jak gdyby nigdy nic. Głosuje. Uczestniczy. Funkcjonuje swobodnie i śmieje się w twarz ludziom, którzy naiwnie myśleli, iż już w tym środowisku go nie zobaczą.
Nie chodzi choćby o to, iż ten człowiek nie ma wstydu – każdy odpowiada za siebie. Chodzi o to, iż jest akceptowany. Że nikt nie podnosi zasadności tej obecności. Że nie pada ani jedno zdanie refleksji. Że człowiek kojarzony z najtrudniejszym okresem w historii klubu staje się naturalnym elementem obecnego układu.
A przecież jeszcze niedawno obecny zarząd zapowiadał rozliczenia poprzedników. W narracji pojawiały się hasła o odpowiedzialności, choćby o możliwych konsekwencjach prawnych. Dziś trudno nie dostrzec rozdźwięku między tamtymi zapowiedziami a dzisiejszym obrazem sali.
Do tego dochodzi symboliczny kontrast: ochrona przy drzwiach, początkowe niewpuszczanie ludzi, którym los klubu naprawdę leży na sercu – i równoczesna pełna swoboda dla osoby utożsamianej z jego najtrudniejszym etapem. To boli.
Bo jak wierzyć w odbudowę, skoro zamiast realnego odcięcia się od przeszłości, widzimy jej spokojną obecność przy stole? Jak przekonywać, iż zaczyna się nowy rozdział, jeżeli symbole starego funkcjonują bez najmniejszego dyskomfortu?
To trochę tak, jakby zaprosić na urodziny człowieka, który wcześniej wyniósł z twojego domu połowę wyposażenia – i jeszcze przyjąć od niego „złoty zegarek” którego właśnie Ci zap…
W takich okolicznościach trudno mówić o pełnej wiarygodności opowieści o zmianie.
Milczenie też jest stanowiskiem. A sygnał, który wielu odczytało, był prosty: przeszłość nie jest problemem.
Mimo tej goryczy, paradoksalnie, pojawiła się też nadzieja. W spokojnej, mediacyjnej postawie Krzysztofa Jakobiszyna, który pilnował procedur, tonował emocje i próbował być mostem, a nie kolejną barykadą. To było potrzebne. Wreszcie ktoś, kto zdaje się rozumieć, iż bez dialogu ten klub będzie kręcił się w kółko.
Nie ukrywam, iż bliżej mi do wizji ludzi z Dalej Podhale, w której daje się szansę świeżej energii i osobom patrzącym w przyszłość, a nie wstecz.
W ich postawie widzę determinację, autentyczne zaangażowanie i – co dziś szczególnie ważne – gotowość do wzięcia odpowiedzialności, a nie tylko komentowania z boku
Jeśli ktoś deklaruje chęć pracy dla klubu, jeżeli mówi o szkoleniu młodzieży, o wsparciu pierwszej drużyny, o uporządkowaniu struktur – to takiej energii nie powinno się marnować.
Bo zmiana, jeżeli ma być realna, nie może być selektywna. Nie może polegać na kosmetycznych korektach przy jednoczesnym zachowaniu symboli starego porządku.
Nowy początek wymaga odwagi
Podhale przetrwało wiele. Pytanie czy przetrwa i teraz. A to już zależy od ludzi – nie od statutów.




